poniedziałek, 25 listopada 2019

LA VIE EST BELLE - październikowa Abruzja


Gdy na lotnisku w Krakowie przechodzę przez sklep „duty free”, to moją uwagę przykuwa tylko jeden produkt. „2 miejsce według najpopularniejszych wyborów wśród podróżujących” – głosi napis na półce, gdzie umieszczony jest zapach La vie est belle. Gdyby mnie ktoś spytał, co było na pierwszym, to nie umiałabym odpowiedzieć. W ogóle mnie to nie zainteresowało. Ale La vie est belle towarzyszy mi w podróżach już od chwili wprowadzenia na rynek (promocja w samolotach Ryanair:), wkradając się, nawet nie wiem kiedy, w orbitę moich pragnień. To dla tego zapachu chyba jestem gotowa zdradzić mój ukochany Un jardin sur le Nil, z którym nie potrafiłam się rozstać od czasu ostatniego rodzinnego wyjazdu w pełnym składzie (Wenecja – parę dni przed śmiercią Bartka).

*

Lot do Pescary jest krótki, ledwie starcza czasu, by przed lądowaniem podsłuchać rozmowy znawców włoskich tematów na temat pięknej pogody we wciąż czynnych podobno kąpieliskach Abruzji. La vie est belle – uśmiecham się sama do siebie. I zanim zdąży nas dopaść znużenie podróżą, już wypożyczonym na lotnisku czarnym Pegotem 208 dojeżdżamy do hotelu. Tym razem pobyt wykupiliśmy na włoskim Grouponie. W Grand Hotel Montesilvano & Residence, gdzie spędzimy pierwsze trzy noce, dostajemy upgrade do pokoju superior. Do tego z widokiem na morze! La vie est belle, czyż nie?
Choć przybyliśmy do Abruzji głównie w celu pielgrzymkowym, to widok słońca i plaży cieszy mnie ogromnie. Zdążyłam się już przeziębić podczas pierwszych październikowych przymrozków i słotnych jesiennych dni. Ale oczywiście zamiast tradycyjnego leczenia wybrałam leki w postaci światła i ciepła. I chociaż powrót do pełni sił w tym układzie trochę potrwa, to i tak będę obstawać przy tym, że dokonałam najlepszego wyboru.

*

Odbudowana po działaniach wojennych Pescara jest miejscem pozbawionym tego uroku starości, który charakteryzuje wiele innych włoskich miast. Niemniej sprawia przyjemne wrażenie – nadmorska dzielnica, będąca naszym stałym szlakiem z Montesilvano na południe, pełna klockowatych, nie za wysokich zabudowań pomiędzy zielenią, ma uporządkowany charakter, tworząc komunikacyjną szachownicę. W tej części miasta nie widać biedy, czy też zaniedbania.  Wydaje się, że mieszkańcy prowadzą tu wygodne i stateczne życie.
„Pod względem architektonicznym Pescara, poważnie zniszczona wskutek bombardowań w czasie II wojny światowej nie jest zbyt interesująca” - czytam w przewodniku R. Belforda, M. Dunforda, C. Woolfrey „Włochy Południowe”. Rzeczywiście tak ją odbieram.
Wcześniej próbowałam szukać informacji na temat miasta, przeglądając pozycję  „Włochy część środkowa” tych samych autorów (z dodatkiem M. Ellinghama), lecz na próżno, choć wydawałoby się po zerknięciu na mapę kraju, że to oczywista logika podziału. No ale pewnie ktoś, kto pisze książki na ten temat ma inną wiedzę i inne kryteria dzielenia niż tylko geografia:)
- Jak się żyje w Pescarze? – zagaduję Polkę prowadzącą tu sklep ze starociami o uroczej nazwie Portobello.
- Spokojnie – odpowiada dziewczyna, która związała się z Włochami czternaście lat temu. – Wcześniej mieszkałam w Rzymie, tam to dopiero było (w domyśle szaleństwo - przyp. aut.)...
 - Tu są bardzo ładne okolice - przekonuje pani z Portobello. - Wystarczy wyjechać w stronę L'Aquilli...
Tak, wkrótce mamy okazję wybrać się w taką wycieczkę i  przeżyć absolutne zauroczenie Abruzją. Gdy le monde est belle, to czy życie może pięknym nie być?

*
Kiedy po trzech dniach wyruszamy jeszcze bardziej na północ od Pescary, to zdaje mi się, że to mniej ciekawa (ładna) część Włoch. Ale może myślę tak dlatego,  że wycieczka do wnętrza Abruzji bardzo podniosła poprzeczkę w sensie kryteriów dla piękna świata. Po dotarciu na miejsce docelowe nie mogę jednak oprzeć się wrażeniu, że bezpośrednia okolica Hotelu San Remo w Villarosa postanowiła być prawdziwą ozdobą tego mniej atrakcyjnego dla mnie terenu 💗
To miejsce zupełnie inne niż Montesilvano – żadnych turystów w październiku, więc można się cieszyć spokojem i niczym nie zmąconym nadmorskim wypoczynkiem. Kameralny, omal rodzinny klimat miejscowości sprawił, że od pierwszej chwili czułam się jej dobrze dopasowaną częścią. Miałam też wrażenie, że dostaliśmy tu najlepszy, najbardziej przestronny pokój w hotelu, prawie pozbawionym innych klientów. Dysponowaliśmy tam obszerną werandą, gdzie miło było się zasiedzieć, patrząc na rozświetlony październikowymi promieniami słońca świat. Cztery dni w San Remo zaspokoiły w pełnej rozciągłości moje potrzeby dotyczące ładnych widoków na morze, od którego dzielił nas tylko hotelowy ogród pełen pini, promenada oraz prawie nie uczęszczana o tej porze roku droga dojazdowa do pozamykanych obiektów turystycznych.
Tym razem wykupiliśmy pobyt  (również w promocyjnej ofercie włoskiego Groupona) w opcji all inclusive (czy raczej w miejscowej wersji tej formuły). Bardzo to przypominało wielkanocny program żywieniowy, którego doświadczyliśmy w Kalabrii. Teraz jednak już wiedzieliśmy, że w takim przypadku musimy od razu się upominać o małe (bardzo małe!) porcje. I jakoś daliśmy radę, choć i tak czuliśmy się karmieni ponad miarę. Ale za to, ile przy tym przeżyliśmy kulinarnych zachwytów! Już sama nie wiem, jak to podsumować – czy napisać, że to życie jest piękne, czy że raczej piękny jest świat, dostarczający tak wspaniałych doznań dla podniebienia.
W ten oto sposób miałam w tym miejscu wszystko, czego potrzebowałam do ukojenia nerwów i pokrzepienia ciała. Zwolniłam, by odpocząć. Zwłaszcza, że, oprócz pielgrzymki do Loreto, niewiele zaplanowaliśmy w tej części wycieczki. La vie et  le monde sont belle...
*
I wreszcie mam tu czas i możliwości, by spełnić marzenia o plażowaniu. Pan z obsługi hotelu wynosi mi specjalnie leżaczek z magazynu i wbija parasol w piach naprzeciwko naszego hotelu (w miejsce sprzętu plażowego uprzątniętego na zimę w dniu poprzednim:) Czuję się jak królowa – mam dla siebie całą plażę na wyłączność😄 I absolutny luz...
Piszę do przyjaciół o otaczającej mnie scenerii:
dzisiaj występ w rolach głównych mają: ja. słońce, leżak, parasol, dluuga piaszczysta plaża i szumiące morze
Bez widowni:)
Coś czuję, że to będzie najlepszy dzień w naszej podróży:)
Zobaczyliśmy bardzo dużo, ale teraz już chyba muszę zbierać siły na dalsze przebywanie na urlopie zdrowotnym:)
 I zbieram... Z bardzo dobrym rezultatem.
La vie est belle, belle, belle..... Mimo że czasem tak krótkie i okrutne. Wiele czasu mi zabrało dojście do wniosku, że takie połączenie jest możliwe.


*
Z taką myślą odjeżdżam z Villarosa. Wsiadam do samochodu, oglądając się wciąż za siebie – na zalany słońcem krajobraz z morzem i plażą na pierwszym planie. Już beze mnie. Opuszczony leżak wraz z opuszczonym parasolem żegnają mnie z poczuciem smutku i zagubienia wśród kilometrów piasku.

Perfumy La vie est belle zakupię sobie kilka tygodni później na lotnisku w Larnace – już na następnym wyjeździe. Jako prezent w dniu swoich urodzin. Kolejne spełnione marzenie... Choć tak naprawdę najlepszym, wymarzonym prezentem, który dostałam od życia, jest ten rok do spędzenia w podróży. I to chyba nie wymaga już żadnego podsumowania...







Brak komentarzy:

Prześlij komentarz