sobota, 11 stycznia 2025

TRZEBA ŻYĆ PÓKI SIĘ ŻYJE

 

Wreszcie wszystkie powody do świętowania, celebrowania, imieninowania, a nawet obchodów smutnych rocznic się zakończyły. Ucichły związane z tym emocje. Ze stołu zniknął czerwony obrus przetykany metaliczną nitką. Odświętna porcelana wróciła do pudełek.

Na scenie pozostał tylko cyprysik, który ozdabiał stół od początku grudnia (w związku z nadejściem prawdziwej zimy tuż po Nowym Roku w dalszym ciągu nie można go było wywieźć na cmentarz) oraz troszkę już przysuszony zielony wianuszek z żywych roślin, zakupiony w katolickiej szkole na bożonarodzeniowym jarmarku.

Roślinkom, które się już u mnie zasiedziały, dokupiłam do towarzystwa najpierw hiacynty (bo tak mi się już chciało wiosny), potem amarylisy. Z innego marketu niż poprzednio – teraz często korzystam z takiego znacznie skromniejszego po drodze do nowszej szkoły.

Skromniejszy market, to i amarylisy skromniejsze. Cóż powiedzieć, ze swoimi pojedynczymi pędami wyglądają jak ubodzy krewni tych, które hodowałam poprzednio. No trudno, nie wszystko musi być idealne.

Narzekać nie będę, bo z takim nastawieniem weszłam w Nowy Rok. Całkiem to zgodne z mottem, którym w Sylwestra Beata Pawlikowska pożegnała użytkowników swojego kalendarza Rok dobrych myśli 2024. Trochę mi szkoda, że nasza wspólna przygoda już się skończyła.

Na Nowy Rok zabieram ze sobą: Mniej narzekania na to co było. Więcej zachwytu nad tym co jest piękne dzisiaj. Kocham moje życie i dziękuję za to, że je mam!” - napisała pani Beata.

Zasadniczo się z nią zgadzam. Narzekanie bardzo obniża jakość życia. Powoduje, iż wydaje nam się, jakby było gorsze od tego, które mają inni ludzie. Bardzo niepotrzebne jest takie samodołowanie.

O ileż przyjemniejszy jest zachwyt. Tylko tu już potrzeba więcej samozaparcia, o które trudno w zabieganiu i zmęczeniu, by dostrzegać każdy skierowany ku nam przez życie promyk życiodajnego światła. Czasem czujemy na skórze jego wyraźny dotyk, czasem zaledwie lekkie muśnięcie. Ale, gdy to się dzieje, to muszę poświęcać temu większą uwagę. Bo warto ją kierować na wszystko, co rozświetla nasze dni. To podnosi na duchu.

Moje świąteczne ferie były również związane z książkami, które wykraczały poza skrótowe wpisy we wspomnianym kalendarzu:). Wśród nich znajdowała się kolejna pozycja od Beaty Pawlikowskiej, tym razem na temat zdrowego odżywiania. Przeczytałam z pozytywnym nastawieniem,  bo lata śmieciowego, kompulsywnego, tuczącego jedzenia, zaczęły mi już całkiem dosłownie „wychodzić bokiem”, przyczyniając się do coraz większych dolegliwości żołądkowo - wątrobowych. Trzeba naprawdę zastanawiać się nad tym, co się nie tylko je, ale, na co wskazuje Pani Beata, co w ogóle robi się sobie w każdej dziedzinie życia, żeby poprawić jego jakość. Lepiej oczywiście późno niż wcale.

Największą radość miałam jednak z czytania „Ostatniego uderzenia serca” autorstwa Rajmonda Nadera, reklamowanego na okładce lektury jako „Człowiek, który rozmawia ze św. Szarbelem”. Zainteresowałam się nią od pierwszego zobaczenia w internecie. Tak bardzo przecież tęsknię do chwil, które spędziłam w Libanie. Wspomnienia o podążaniu tam śladami Świętego staram się chronić za pomocą specjalnych skrytek w swej pamięci i swoim sercu niczym drogocenny klejnot.

Rajmond Nader wpisał się swoimi pytaniami o sens życia dokładnie w czas moich osobistych przemyśleń nad poprawą jego jakości. Z tym, że u tego autora wymiar takiego przedsięwzięcia zdaje się być maksymalny, nieograniczony żadną poprzeczką powyżej i do tego transcedentny.Czy wiesz, po co przyszedłeś na ten świat? Dlaczego jesteś tu i TERAZ? (…) Co masz do zrobienia między swoim pierwszym a ostatnim oddechem?” - to pytania, które już z okładki dosięgają czytelników książki.

Zadawałam je często w młodości, a potem chyba brakowało mi czasu, a może i chęci, żeby sie nad nimi zastanawiać. Ale bez tego łatwo pobłądzić. Trzeba więc powrócić do źródła, do młodzieńczych refleksji, trzeba myśleć nad każdym swoim krokiem, każdym wyborem

Na moim facebookowym koncie umieściłam kiedyś obrazek, który do mnie bardzo przemawia. „It is only a short trip, enjoy it(wg translatora: To tylko krótka podróż/wycieczka, ciesz się nią)

przekazuje staruszka sobie samej z dzieciństwa. Postacie stoją po dwóch stronach lustra i to zdaje się być ten jeden magiczny moment w życiu, kiedy mogą się wzajemnie zobaczyć… Przekuwam to w hasło: trzeba żyć póki się żyje. 

Umrzeć za życia wcale nie tak trudno. Ale jeśli mimo wszystkiego, co mi się przytrafiło, żyję dalej, to być może dlatego, że mam jeszcze jakieś zadanie do wykonania przed swoim ostatnim oddechem. Trzeba tylko:) je odkryć, trzeba starać się widzieć znaki, trzeba wciąż sprawdzać, czy jesteśmy na dobrym kursie. Dbać o to życie, doceniać je i hmm, to mi najtrudniej napisać (i wykonać) – po prostu je kochać.

No i właśnie przy okazji się wydało, że czas feriowy, to był okres mojej wzmożonej aktywności w internecie. Choć wiem, że to nie najlepszy sposób, tak radzę sobie w trudnych chwilach, pełnych nagromadzonych w Święta uczuć. Odcinam się od nich, uciekam, staram się nie konfrontować, próbuję zająć sie czymś, co pozwala ich nie analizować. Na razie jeszcze nie umiem inaczej. Mam nadzieję, że kiedyś się nauczę...

Ale ma to też dobre strony. W internecie wyszukuję sporo niezłych tekstów (no zgadza się, między stosami śmieci;), czasem natrafiam na to, co mnie pozytywnie porusza lub pociesza.

Przed Świętami największe wrażenie zrobił wiersz pod tytułem „Świąteczne porządki” Ewy Akšamović. Znalazłam go na koncie Edi i od razu przekleiłam do siebie, okraszając przy tym komentarzem:

Wzruszyłam się... Nie, jeszcze nie posprzątałam. Ale tak właśnie chciałabym przygotować się do Świąt.

A ponieważ później na koncie Autorki znajduję przedświąteczny apel: „Udostępnijcie każdemu (każdej?) ten przepis”, to z prawdziwą przyjemnością przytaczam wiersz poniżej.

Dzięki Ewa Akšamović, dzięki Edi Razemtuiteraz:

Zdjęłam pajęczyny z nieużywanych wzruszeń

Wyrzuciłam resztki banalnych marzeń

Wyciągnęłam z serca cztery drzazgi i nóż

Odkurzyłam odłożone, niedokończone wiersze

Rozplątałam kłębek poszarpanych nerwów

Poukładałam starannie chaotyczne myśli

Pomalowałam plany na przyszłość na jasny kolor

Przetarłam łzami na mokro zakurzoną pamięć

Zebrałam śmieci z zakamarków duszy

Wyprałam sumienie z bezpodstawnych wyrzutów

Wypolerowałam pamięciowe portrety tych, którzy odeszli

Umyłam ręce od ludzkiej głupoty

Teraz mogą zacząć się Święta”…

I choć przy udostępnionym wierszu Edi napisała: „Nie ma mnie, Sprzątam…”, to jednak była – przynajmniej dla mnie. Bardzo znacząco jest teraz obecna w moim życiu i niezwykle to cenna obecność. Jak to wszystko się między nami dziwnie zaplata, dając powody do nieustannej wdzięczności...

Jednym z nich jest zaproszenie na spotkanie w gronie koleżanek ze szkoły masowej, gdzie pracowałam omal przez całe swoje życie zawodowe. W Wigilię Sylwestra (tak! takie właśnie święto zostało wymyślone przez uczestniczki imprezki:) spędziłyśmy u Edi przemiły czas pełen wegetariańskich pyszności i Aperola Spritza :), a także wesołych wspominek i snucia planów na przyszłość. To taki dzień, który zapadł na długo w pamięć.

Następny na pewno też można zaliczyć do tej samej kategorii. Tym razem dzięki nieocenionej Madzi, która zorganizowała wyjazd z udziałem swojej Mamy i Cioci do katowickiego NOSPRU na koncert pod tytułem: Sylwester w rytmie tanga. A właściwie, jak głosi opis ze strony organizatora: ”w klimatach latynoskich! Tego wieczoru w NOSPR królować będą tańce i melodie rodem z Ameryki Południowej. Salsa, tango, conga i inne muzyczne synonimy doskonałej zabawy zabrzmią w wykonaniu NOSPR pod batutą Vladimira Fanshila, a w fortepianowych partiach solowych usłyszymy latynoamerykańskiego pianistę i kompozytora Daniela Rojasa. Trudno o lepsze rozpoczęcie sylwestrowego świętowania”.

To absolutna prawda. Był to Sylwester, którego na pewno nigdy nie zapomnę. Taki, o jakim zawsze marzyłam. W przemiłym towarzystwie, z wielką dawką muzycznej kultury i dobrego nastroju oraz małą dawką:) szampana w przerwie.

Reszta obchodów przywitania Nowego Roku odbyła się w towarzystwie Zuzi, Kacpra i... stada przestraszonych zwierzaków. O północy nie wznieśliśmy nawet toastu bezalkoholowym szampanem, który cały dzień czekał na to w lodówce. Trzeba było uspokajać trzęsącego się ze strachu Wafelka (który i tak był już na środkach uspokajających), a także cztery kotki w czasie największego huku robionego przez wystrzeliwane z każdej strony petardy. No i na nic się zdały przedświąteczne prośby, apele i tłumaczenia na facebookowych kontach wszystkich zwierzolubów. Co rok się powtarza to samo, a i tak do większości nic nie trafia. Zastanawiam się, jakim trzeba być człowiekiem, żeby wiedzieć, jak wielką traumą dla zwierząt jest ten typ rozrywki i kompletnie to ignorować. I w ogóle co to za atrakcja wysłać w niebo całomiesięczne oszczędności? To nie tylko jest okrutne wobec zwierząt, ale także całkowicie sprzeczne ze zdrowym rozsądkiem.

Niemniej Rok 2025 został uroczyście przywitany. W moim przypadku rozpoczął się nie tylko posiadówką w gronie najbliższych, ale też mszą noworoczną w intencji Andrzeja i Bartka, którego rocznicę śmierci obchodziliśmy w ostatnich dniach. Ale o tym tu pisać nie chcę. W tym temacie mam jeszcze wiele do posprzątania.

Tym bardziej życzę więc sobie, by 2025 był rokiem prawdziwie dobrych myśli. Żeby mi się udało wytrwać w noworocznych postanowieniach nienarzekania i poszukiwania promieni światła. Żebym wciąż miała powody do wdzięczności za ludzi. I żebym żyła, póki żyję...

środa, 1 stycznia 2025

ŚWIĘTA PEŁNE WDZIĘCZNOŚCI


Tegoroczne Święta przyniosły nieoczekiwanie… wyciszenie, co tym bardziej uzmysłowiło mi, w jakim przebodźcowaniu ostatnio funkcjonuję. A przecież mam w sobie tak ogromną potrzebę ciszy. Na pewno jest to związane z rodzajem i miejscem pracy, jaką wykonuję. Z każdym rokiem szkolnym coraz trudniej mi znosić hałas, który generuje życie w szkole.

Początkowo, dla czekającego na mnie w domu męża z niepełnosprawnością ruchową, było to trudne do przyjęcia, a nawet troszkę przykre. Moje powroty ze szkoły wiązały się bowiem z tym, że najpierw musiałam odpocząć od wszystkich bodźców i wszystkich ludzi (nawet włącznie z nim). A przecież on miał mi właśnie akurat tyle do powiedzenia, chciał t podzielić się ze mną muzyką, filmami albo wykładami, odkrytymi w sieci podczas samotnych godzin, spędzanych w domowych pieleszach. Niestety, musiał przywyknąć do tego, że mogłam wszystkiego (choć nie, nie wszystkiego, lecz tylko takiej części, która nie przebodźcowywała) wysłuchać dopiero po chwili odpoczynku bez żadnego towarzystwa i żadnego bodźcowania. Przywykł - zrozumiał i zaakceptował. Ułożyliśmy sobie dobre życie, które już się skończyło…

Teraz sama próbuję wszystko ułożyć na nowo. Nikt mi już nie podsuwa żadnych ekscytujących inspiracji. I bardzo mi tego brakuje. Czasem nie pamiętam nawet o tym, że sama powinnam o siebie zadbać...

I w takim niezadbaniu właśnie spędziłam okres przedświąteczny. Skończyło się tym, że w Wigilię przyplątało się do mnie jakieś choróbsko. Ale jeszcze dawałam radę, jeszcze się spięłam, żeby wzorem zeszłego roku, uczestniczyć w dwóch Wieczerzach Wigilijnych – u rodziny brata i w swoim własnym domu z Zuzią i Kacprem. Niestety w pierwszy dzień Bożego Narodzenia musiałam się wreszcie poddać. Zapakowałam się z aspiryną do łóżka. I nie wiem w końcu, czy to ona tak zbawiennie na mnie zadziałała, czy też właśnie zrobiło to wyciszenie i spędzenie czasu w towarzystwie jedynie kocyka, herbaty i książki. Bo cisza ma również moc uzdrawiającą. Przynajmniej u mnie to tak działa.

Wszystkie moje problemy zdrowotne skończyły się więc bardzo szybko. Od drugiego dnia Świąt jestem już na nogach – nie tylko w całkiem dobrym zdrowiu, ale i nawet nastroju. I aby wzmacniać nadwątlone ostatnio siły, korzystam na maksa z pogody, która jest teraz omal wiosenna. Przynajmniej podczas dnia, bo noce wciąż potrafią straszyć przymrozkami.

Mam teraz ambitny plan poprawienia swojej kondycji przed czekającymi mnie wyjazdami podczas ferii zimowych. I choć spacery bez psa są tylko smętnym plątaniem się po okolicy, to jednak postanowiłam się do nich codziennie mobilizować, by moje ciało całkiem sobie nie zapomniało, że istnieje coś takiego jak aktywność fizyczna. Nie mogę z tym czekać do chwili, gdy, nie daj Bóg, w czasie tak oczekiwanych feriowych podróży okazałoby się, że jestem całkowicie niewydolna w tym zakresie.

A plany na ferie są zacne. Na początku października dostałam od Agatki z Edytką zapytanie, czy poleciałabym z nimi w pierwszym tygodniu ferii zimowych do Bari. Aż chciało mi się skakać do góry z radości.

Bari cudowne, zawsze cudowne. Wy też – odpisałam, mając wciąż w pamięci przemiły czas, który spędziłam z nimi zeszłej zimy w Neapolu i okolicach.

Ale ta radość z planowanego wyjazdu niestety szybko została z mojego życia wymieciona wraz ze śmiercią uczennicy nowej szkoły. I w długi weekend, rozpoczynający następny miesiąc, znowu w przygnębieniu błąkałam się po świecie. Telefon od Ani zastał mnie, gdy akurat byłam przy Balatonie – to zbiornik wodny w miejscowości, gdzie pracowałam przez ponad trzydzieści lat. Starałam się zgubić tam zły nastrój. Próbowałam strząsnąć z siebie chociaż największe smutki. 

To też taka próba odzyskania sił do życia. Ania chce w tym pomóc, jak tylko może. Kieruje rozmowę na zawsze dla mnie miły temat podróży.

I nagle, zupełnie nieoczekiwanie nawet dla siebie samej, mówię jej, że chciałabym pojechać na Maltę. Dlaczego tam, skoro nie wspominałam tego miejsca chyba od śmierci męża? Naprawdę nie wiem. To był impuls, dokładnie w tamtej chwili poczułam takie pragnienie. Może to miało związek z miejscem, w którym akurat przebywałam? Balaton znajduje się w byłym kamieniołomie, może jego klifowe brzegi z jasnej skały, miały tu kluczowe znaczenie? Może gdzieś w moim mózgu zrobiło się wówczas połączenie z obrazem innych białych klifów – tych właśnie oglądanych na Malcie? Teraz już nie dojdę, co mną wówczas kierowało…

Ale powiedziałam to i zaraz o wszystkim… zapomniałam. Ania na szczęście nie. I to ona niedługo później przysłała mi pierwszą ofertę wyjazdu na Maltę. Wybrałyśmy w końcu inną – rzecz jasna najtańszą, ale decyzja o spędzeniu tam kilku dni zapadła omal na biegu.

I tak oto pojawił się plan na zagospodarowanie również drugiego tygodnia ferii. Wielka to dla mnie niespodzianka i oczywiście radość.

Może więc tegoroczny okres świąteczno – noworoczny jest dla mnie czasem uspokojenia również z tego względu, że wciąż noszę z tyłu głowy to radosne wyczekiwanie? Wiem, że to już blisko – w tym roku ferie zimowe w naszym województwie zaczynają się w drugiej połowie stycznia. To tylko dwa i pół tygodnia do pierwszego wylotu. I jak tu nie dziękować życiu za taką niespodziankę?

Tak w ogóle to dużo u mnie ostatnio wdzięczności. Gdy podczas Świąt siedziałam sobie przy moim, zasłanym czerwonym obrusem, połyskującym stole, to byłam wdzięczna każdemu, kto przyczynił się do jego wyglądu i świątecznej obfitości. Dziękuję więc:

- Madzi za piękny talerz na ciasteczka cieszyńskie, które dostałam od niej w prezentowym komplecie;

- Eli i jej Mamie za cudowną porcelanową ozdobę w kształcie konika na biegunach, otrzymanego wraz z dopasowaną wzorem podkładką;

- Kasi z katolickiej szkoły za absolutnie mistrzowskie pierniki i ulubionej bibliotekarce Alince za dopełnienie piernikowego zapasu;

- pobierającym tam naukę uczniom za stroiki, wykonane na bożonarodzeniowy jarmark;

- Beatce z zeszłorocznej placówki masowej za przepiękne, białe, zasuszone przeze mnie hortensje;

- Marcie – współpracującej ze mną przez wiele lat psycholożce za wyjątkowe, towarzyszące mi od dawna w Święta świece;

- Zuzi i Kacprowi za gwiazdkową paterę (była też świeczka otrzymana od nich na urodziny:).

Dzięki temu niewiele rzeczy tak naprawdę musiałam dokupić, żeby zaakceptować świąteczną dekoracje stołu.

Zwłaszcza że, gdy pomyślałam o tego typu zakupach, to już niczego, co mnie interesowało, w sklepach nie było. Tym samym na stole pojawiły się znów amarylisy z materiału oraz cyprysik, którego ze względu na ryzyko przemrożenia nie wyniosłam na cmentarz. Tak, gwiazdy betlejemskie też próbowałam zakupić zbyt późno. Gdy w końcu wybrałam jedną jedyną godną uwagi w pobliskim markecie, to pani kasjerka urwała moją roślinkę tuż przy korzeniu podczas próby skasowania ceny. No cóż, trzeba było wybaczyć zmęczonej nawałem przedświątecznej pracy kobiecie i wybrać okaz z tych niegodnych żadnej uwagi. Trudno byłoby nawet powiedzieć, że utrzymał się w jako takim stanie do końca Świąt, bo się nie utrzymał. Ale jakoś się tym za bardzo nie przejmowałam. I tak jeszcze na stole pozostało dużo dobra, dzieki któremu mogłam zapraszać myślami moich bliskich darczyńców żeby ze mną świętowali. Każdy nawet najmniejszy drobiazg ofiarowany prosto z serca jakoś mnie w tym roku wyjątkowo wzruszał.

Na przykład opłatki, przyniesione (wraz z resztą świątecznego ekwipunku) od Beaty i Roberta, a także z zakładowych wigilijek. Jak również sianko, pozyskane z wielkiego wora, który Ania zakupiła dla Mirusia.

Została jeszcze sprawa choinki (chodzi o tę największą, pod którą składamy prezenty). W tym roku miała być udekorowana kolorowymi, glinianymi serduszkami od Moniki. No i jeszcze Małgosia podarowała mi przepiękną bombkę w prezencie Mikołajowym. Tyle że nic z tego dekorowania nie wyszło…

Jak przychodzi do ubierania choinki, to każdy się u nas zarzeka, że najładniejsza naturalna – śmieję się z naszej rodziny.

A Ty wiesz, że taka 'goła' jest naprawdę śliczna – pociesza Monika.

Serduszka (..) w końcu skończyły pod. A choinka goła rzeczywiście – odpowiadam siostrze. Ale w duchu przyznaję, że śliczna.

No i tego się będę trzymała. W Święta i w czasie po nich. A sylwestrowo – noworoczne wspomnienie zamieszczę już w nowym poście...