sobota, 27 stycznia 2018

MARZYCIELE I BOHATEROWIE ŚWIATA

Kiedyś zupełnie nie interesował mnie himalaizm, a ludzi, którzy go uprawiali, posądzałam w ignorujący sposób o wariactwo. Oczywiście brałam przy tym pod uwagę aspekt narażania wspinaczy na śmierć, a ich rodzin na jej konsekwencje.
Niemniej nie myślałam na ten temat zbyt często. Himalaje były tak daleko, tak odległe. Całkiem niedawno poczułam jednak, że zaczęły się przybliżać. To wszystko przez "zmniejszanie się" świata, nie tylko w kategoriach dostępności podróży, ale także popularyzowania wiedzy o nich, dzięki czemu można zobaczyć w internecie  relacje z każdego omal zakątka na Ziemi.
Czytanie blogów o podróżach i wypowiedzi na poświęconych im forach stało się już dawno jedną z moich ulubionych czynności w każdym wolnym czasie. Dzięki temu zobaczyłam, jak wielu ludzi, i to wcale nie wyczynowych sportowców, odwiedza rejony najwyższych gór, organizując przy tym w takich okolicach bliższe lub dalsze trekkingi. Oczywiście podróżnicy ci, przemierzając szlaki Himalajów, nie mają na celu zdobywania ośmiotysięczników. Samo ich zobaczenie jest dla nich czasem sporym wyzwaniem i wielkim przeżyciem. A ja, czytając o tym i oglądając zdjęcia z ośnieżonymi szczytami w tle, wkręcam się coraz bardziej w himalajską tematykę. I przyznać muszę, ze skutkuje to też przychylnością w myśleniu o tych, którzy ważą się dotrzeć tam, gdzie inni podróżnicy mogą co najwyżej spojrzeć. A jej wskaźnik skacze nawet powyżej ośmiu tysięcy przy powiązaniu tego tematu z takimi magicznymi dla mnie słowami jak pasja i marzenia.

Rozważam je szczególnie intensywnie przez cały weekend, czym wpisuję się w atmosferę, jaka zapanowała w Polsce w związku z tragicznymi zajściami pod szczytem Nanga Parbat. Walka o życie Tomka Mackiewicza budzi we mnie tyle emocji, że aż trudno mi je udźwignąć. Przez całą sobotę nie jestem w stanie oderwać się od internetu, gdzie trwa "na żywo" relacja z prowadzonej akcji, mającej na celu uratowanie życia chłopakowi. Dom jeszcze niedosprzątany na przyjście księdza po kolędzie, Kacprowa koszula nie przeprasowana przed studniówką, moje ćwiczenia z angielskiego, które muszę wykonać do końca miesiąca, leżą odłogiem, a ja posuwam się do tego, że nawet raz po raz odświeżam strony, które są odświeżane automatycznie(!). Byle tylko dowiedzieć się jak najszybciej i jak najwięcej na temat działań ratowników.

Rzadko kiedy coś z medialnego szumu robi na mnie aż takie wrażenie. Tym razem dzieje się tak dlatego, że w osobie Tomka moje serce rozpoznaję natychmiast człowieka, który próbuje zmienić siebie i świat poprzez spełnianie marzeń. Nie tylko ja tak myślę. "Gdyby nie tacy ludzie, to wciąż mieszkalibyśmy w jaskiniach" - pojawiają się w internecie komentarze na temat naszego wspinacza. Ja też należę do osób  żywiących przekonanie, że to właśnie Pasjonaci nadają kolory szarej rzeczywistości. Jeden z internautów - z kontekstu wynika mi, że znał Tomka - nazywa go "barwnym ptakiem". Piękne określenie, nie sądzę, żeby któryś z moich znajomych mógł kiedykolwiek powiedzieć coś takiego o mnie (niestety). "Mackiewicz po raz siódmy podjął próbę zdobycia zimą Nanga Parbat" - czytam na stronie Onet sport. Ile trzeba mieć w sobie wiary, uporu i odwagi, by podążać taka ścieżką życia? Podziw i szacunek - tylko tak potrafię to podsumować.

Ale w internecie nie brak też głosów krytycznych. Ludzie piszą o tym, że Tomek wiedział, co robi, wybierając tak ryzykowną pasję. A ja myślę, że to ona wybrała jego. I w takim przypadku żadna wiedza niczego nie zmieni. Rezygnacja z pasji tak intensywnie odczuwanej może być postrzegana przez Marzycieli w rodzaju Tomka prawie jak rezygnacja z sensu życia. Jak więc w takim wypadku żyć dalej?
Jakby na potwierdzenie znajduję w internecie słowa polskiej himalaistki, która przeszła do historii już jako postać omal legendarna: 

"Znam wartość życia. Nie tylko mojego, każdy z nas ma przecież bliskich. Podczas wspinania się boję. Myślę jednak, że alpinizm stał się dla mnie tak wielką częścią życia i tak ogarniającą pasją, że nie mogłabym z niego zrezygnować. Tak jak nie mogłabym zrezygnować ze swojego życia " (https://sportowefakty.wp.pl/alpinizm/686621/25-lat-od-zaginiecia-wandy-rutkiewicz)


"Góry wysokie, wiem co z Wami walczyć każe!
Ryzyko, śmierć, te są zawsze tutaj w parze.
Największa rzecz, swego strachu mur obalić,
Odpadnie stu, lecz następni pójdą dalej."

Adam Sikorski "Cień wielkiej góry".


Utwór Budki Suflera dedykowany był Himalaistom, którzy pozostali już w górach na zawsze. Jednym z nich od dziś będzie też Tomek. Ekipie ratowniczej z powodu pogarszającej się pogody nie udało się do niego dotrzeć. W pełnej determinacji i niezwykle heroicznej operacji wysokogórskiej uratowano jednak Francuzkę, która wspinała się wraz z naszym rodakiem. Oczywiście dopingowałam tej akcji z całego serca, choć przyznać się muszę, że do Elizabeth Revol nie było mi ani trochę tak blisko jak do Tomka. Ale denerwowałam się też o los Ratowników, poświęcających chyba wszystko dla idei ratowania życia drugiego człowieka i dokonujących niemożliwego na ścianie Nanga Parbat . Był taki moment, w którym mogłabym podpisać się pod słowami jednego z internautów: "kur...niech ktoś ich stamtąd zabierze, bo się wykończą".

Nie ma takich słów, którymi można by było opisać postawę i dokonania polskich Himalaistów, głównie Adama Bieleckiego i Denisa Urubko, biorących udział w akcji ratowniczej. Najpierw porzucili swoje marzenia i jako ochotnicy spod szczytu K2 zostali przetransportowani na Nanga Parbat. W nocy ruszyli na mega trudny szlak. Zdecydowali się na ekstremalny wysiłek w ekstremalnych warunkach, ryzykowali własnym życiem, by pomóc komuś innemu przeżyć. Któryś z internautów wytypował ich już jako Ludzi Roku 2018. W odpowiedzi na to ktoś inny nadał im jeszcze lepszy tytuł: "Bohaterowie Świata"! Tak, to ci, którzy właśnie zmienili go na lepsze. Wydaje mi się, że himalaizm od teraz będzie w kręgach moich ścisłych zainteresowań. Zyskał ludzką twarz. I to nie jedną - to twarz między innymi Tomka, Adama, Denisa... Na pewno będę śledziła dalsze poczynania polskich himalaistów i ich wyprawy.

Bohaterowie Świata szczęśliwie już odpoczywają  przed powrotem do swojej bazy pod szczytem K2.
A w Himalajach razem z Tomkiem Mackiewiczem pozostał ból. Czuję go w zupełnie namacalny sposób, gdy myślę o powolnym, samotnym umieraniu. To też jest jeden z powodów, dla których ta sprawa aż tak mnie porusza. Boże, jeśli nie możesz już oddać Tomkowi życia, to daj mu chociaż szybką, bezbolesną śmierć. A słowa, zatrzymanej również na wieczność przez góry, polskiej  himalaistki niech stanowią epitafium:

"Nie powinniśmy osądzać ludzi, którzy szukają niebezpieczeństwa w najwyższych miejscach świata, lub wymagać od nich odpowiedzi na pytanie o sens tego, co robią. (...) Kiedy płacą najwyższą cenę za swoją pasję, powinniśmy po prostu o nich pamiętać."

Wanda Rutkiewicz









środa, 24 stycznia 2018

DŁUGOWIECZNOŚĆ

Wydaje mi się, ze dzień oficjalnego ogłoszenia mojego uzdrowienia nadchodzi wielkimi krokami! Przedwczoraj odebrałam wyniki badania tomograficznego – są dobre! Węzły chłonne i śledziona się nie powiększają, a dodatkowo znikły (!) podejrzane zmiany w tej ostatniej, które pojawiły się już w trakcie leczenia. Udało mi się też spotkać z prowadzącą mnie Panią Hematolog. Miałam szczęście, że dostałam się pod jej opiekę. Potwierdzają to opinie leczonych przez nią pacjentów, z którymi miałam okazję rozmawiać w Katowicach.
Wizyty w Poradni Hematologicznej są dla mnie trudne, choć na szczęście wszyscy spotkani tam przeze mnie pracownicy są mili i pełni ciepła. Ale przybija mnie ogrom ludzkich cierpień, z którym się tam stykam. Wysłuchiwanie w kolejce do lekarza opowieści o przerzutach, remisjach, objawach pobocznych za każdym razem mną wstrząsa. Kiedy idę na badania krwi na oddział szpitalny, to w gabinecie zabiegowym zawsze widzę przez szybę przynajmniej kilkoro nieszczęśników, podłączonych do chemii. I czymże jest wobec tego tych jedenaście krwawych fiolek, które muszę oddać w trakcie badań? Na szpitalnym korytarzu nietrudno spotkać osobę, która musi się im poddawać codziennie.

U mnie na szczęście nie jest to potrzebne. Pierwsze wyniki w podstawowych obszarach najnowszych badań miałam na tyle dobre, że Pani Hematolog stwierdziła, iż mogą one wskazywać na dochodzenie do siebie po infekcji. W związku z tym na razie nie zostanę poddana biopsji szpiku kostnego, która mi spędzała sen z oczu. Ale pozostałe badania musiałam powtórzyć przedwczoraj, tam już takiej rewelacji w wynikach nie było. W sprawie biochemii krwi i poziomu enzymów wątrobowych moje uzdrowienie wymaga jeszcze ciut, ciut czasu. Ale może końcem tygodnia, kiedy mam następny termin do Pani Doktor, okaże się, że wszystko już doszło do normy? Albo przynajmniej ku niej zmierza? Wydaje mi się, że to by wystarczyło do zamknięcia leczenia na tym etapie.

Potem jeszcze pozostałoby mi doleczyć przeziębienie, z którym zmagam się od czasu pierwszej wizyty w Poradni Hematologicznej i może mogłabym wrócić do normalnego życia? Mój cud jest prawie na ukończeniu. Jola z naszej grupy religijnej dziękowała za niego Bogu już w weekend. Mój mąż też uznał mnie właściwie za uzdrowioną i zakończył odmawianie za mnie nowenny pompejańskiej. Do tego typu modlitwy zachęcił go przykład Joli, która w zeszłym roku również w cudowny sposób doszła do zdrowia. Teraz jej świadectwo pobudza ludzi naszego pokroju do odmawiania nowenny ku czci Matki Bożej Różańcowej z Pompei. Cuda zdarzają się częściej niż sądzimy.
Dobry obrót spraw w kwestii mojego uzdrowienia stał się dla nas okazją do świętowania  po wizycie w Poradni Hematologicznej. Mąż zaprosił mnie do... KFC, bo tam jest to niezdrowe jedzenie, które najbardziej go kusi. I gdy on skupił się po posiłku na rozmowie z napotkanym znajomym, ja miałam okazję zapoznać się z pewnym Naukowcem. To było wszystko, co ten Pan powiedział o sobie, więc trudno mi go nazwać jakoś inaczej. Zwrócił moją uwagę swoim lekko zaniedbanym wyglądem już wtedy, gdy podchodził do KFC. A potem stało się jasne, że to człowiek potrzebujący - poprosił dziewczynę obok o dorzucenie się do herbaty, a następnie sprawdził, czy nie zostawiła na tacy czegoś do jedzenia.
A na naszym stoliku było wszystkiego w nadmiarze – zakupione w wielkiej ilości skrzydełka, których nie mogliśmy już dojeść i kubki z colą, której nie mogliśmy już dopić. Cała niesprawiedliwość świata aż kłuła po oczach – trudno to zrozumieć, dlaczego to tak jest w życiu ustawione, ze jedni mają za dużo, a drudzy za mało. Na widok Pana natychmiast zapragnęłam choć odrobinę tę różnicę zniwelować. A dobre słowa, jakie w zamian usłyszałam, były warte każdego działania w tym względzie.
Czasem spotykamy drugiego Człowieka i czujemy, jakby ktoś nam go zesłał, by do nas przemówił. Tak właśnie było tym razem. Pan przemawiał do mnie, jakby wiedział, skąd jadę i co aktualnie przeżywam. Skupiał się na zdrowiu i przepowiadaniu mi go w długim życiu. Mówił, powołując się na swoją naukową wiedzę, że komórki ludzkie mogą żyć sto pięćdziesiąt lat, a przyglądając mi się zauważył, że moje wyglądają jeszcze całkiem młodo (to była ocena stanu mojej skóry na twarzyJ)

- Jeśli tylko jakiś nowotwór się nie przypląta po drodze, to będzie Pani długowieczna – optymistycznie zakończył przemowę.
W podziękowaniu za dobre słowo powróciłam do Pana z gorącym b-smartem. Wzruszył się.
- Tacy jak Pani nie powinni umierać nigdy! – powiedział mi na pożegnanie.

Chyba nie do końca bym sobie tego życzyła. Marzę, że kiedyś po tamtej stronie wreszcie będę mogła uściskać ponownie mojego najdroższego Bartka. Tak niewyobrażalnie za nim tęsknię. Ale teraz tu na Ziemi mam zadanie do wykonania, a ono ma na imię Kacper. I dlatego ucieszyły mnie przepowiednie Pana Naukowca. 
Dziękuję Ci z całego serca dobry Człowieku – dostałam od Ciebie tak wiele za tak niewiele. 

Dzięki Tobie poczułam jakby mój cud został właśnie przypieczętowany.

sobota, 6 stycznia 2018

MĘDRCY ŚWIATA




https://brainly.pl/zadanie/6138607


Tak, chcemy widzieć Dziecię. I pośpieszymy w tym celu do samego Betlejem. To już postanowione. Wprawdzie to nie będzie tak romantyczne, jak moje wyobrazenie wielotygodniowej królewskiej podróży przez pustynię na wielbłądach, ale przecież liczy się cel.
Mój mąż tuż po Świętach Wielkanocnych zrobił nam rezerwację na samolot do Izraela. To dla nas podróż sentymentalna. Od zawsze mieliśmy w planach powrót do miejsc, gdzie spędziliśmy bardzo ważny okres naszej młodości. I zawsze chcieliśmy pokazać je naszym synom. To się chyba nazywa budowaniem rodzinnej historii.
Wybacz nam, ukochany Bartku, że tak wielu rzeczy nie zdążyliśmy zrobić, gdy byłeś z nami. Że tak wiele rzeczy odkładaliśmy na póżniej. Teraz wiem, że zawsze mamy mniej czasu niż nam się wydaje. Byliśmy taką szczęśliwą rodziną, póki od nas nie odszedłeś. Nie było nam potrzebne posiadanie złota, kadzidła czy mirry, by czuć się wyjątkowo. Teraz, gdy zostało nas tylko troje, nasza rodzina wydaje mi się taka mała i bezbronna. Jak okruch życia wystawiony na łaskę i niełaskę wszelkich przeciwności losu. Potrzebujemy opieki. I jedyną naszą nadzieją w tym względzie jest Dziecię, które przyszło na świat, by nas zbawić.
Zatem Trzej Królowie przylecą do Ziemii Świętej w czasie ferii zimowych. Dzisiejszy solenizant - Król Kacper nie jest tym szczególnie zachwycony. Nie dość, że nie lubi podróży z resztą swojej królewskiej rodziny, to jeszcze niepokoi się obecną sytuacją w Izraelu. Dokładnie miesiąc temu prezydent Stanów Zjednoczonych uznał Jerozolimę za stolicę tego państwa, czym rozwścieczył chyba cały arabski świat. Już następnego dnia po tym wydarzeniu można było przeczytać:

„Przywódca radykalnej palestyńskiej organizacji Hamas Ismail Hanije wezwał dziś do "nowej intifady", czyli palestyńskiego powstania przeciwko Izraelowi.”
No i skończył się kruchy pokój na Bliskim Wschodzie. Ale, swoją drogą, czy kiedykolwiek było w tamtym rejonie w pełni spokojnie i bezpiecznie? Mam co do tego duże wątpliwości. A jednak, nie zważając na to, dwa tysiące lat temu Trzej Królowie wybrali się w drogę, by pokłonić się Zbawcy świata. I ja chcę pójść w ich ślady. Nie zrezygnuję z tej podróży.
I jak zwykle, zabiorę Cię Bartku ze sobą – będziesz tam z nami, przemierzając świat w naszych sercach. Nic więcej już Ci dać nie możemy. Jutro mamy zamówioną w szpitalnej kaplicy mszę, która rozpocznie okres przeżywania drugiej rocznicy Twojej śmierci. Skończy się znów kruchy pokój, który od tamtego wydarzenia z takim trudem próbujemy budować w życiu naszej rodziny.


JEDŹMY WIĘC! 
Przyszła pora, by się szykować do drogi...

Nic monarchów nie odstrasza
Ku Betlejem spieszą,
Gwiazda Zbawcę im ogłasza,
Nadzieją się cieszą.”