środa, 24 stycznia 2018

DŁUGOWIECZNOŚĆ

Wydaje mi się, ze dzień oficjalnego ogłoszenia mojego uzdrowienia nadchodzi wielkimi krokami! Przedwczoraj odebrałam wyniki badania tomograficznego – są dobre! Węzły chłonne i śledziona się nie powiększają, a dodatkowo znikły (!) podejrzane zmiany w tej ostatniej, które pojawiły się już w trakcie leczenia. Udało mi się też spotkać z prowadzącą mnie Panią Hematolog. Miałam szczęście, że dostałam się pod jej opiekę. Potwierdzają to opinie leczonych przez nią pacjentów, z którymi miałam okazję rozmawiać w Katowicach.
Wizyty w Poradni Hematologicznej są dla mnie trudne, choć na szczęście wszyscy spotkani tam przeze mnie pracownicy są mili i pełni ciepła. Ale przybija mnie ogrom ludzkich cierpień, z którym się tam stykam. Wysłuchiwanie w kolejce do lekarza opowieści o przerzutach, remisjach, objawach pobocznych za każdym razem mną wstrząsa. Kiedy idę na badania krwi na oddział szpitalny, to w gabinecie zabiegowym zawsze widzę przez szybę przynajmniej kilkoro nieszczęśników, podłączonych do chemii. I czymże jest wobec tego tych jedenaście krwawych fiolek, które muszę oddać w trakcie badań? Na szpitalnym korytarzu nietrudno spotkać osobę, która musi się im poddawać codziennie.

U mnie na szczęście nie jest to potrzebne. Pierwsze wyniki w podstawowych obszarach najnowszych badań miałam na tyle dobre, że Pani Hematolog stwierdziła, iż mogą one wskazywać na dochodzenie do siebie po infekcji. W związku z tym na razie nie zostanę poddana biopsji szpiku kostnego, która mi spędzała sen z oczu. Ale pozostałe badania musiałam powtórzyć przedwczoraj, tam już takiej rewelacji w wynikach nie było. W sprawie biochemii krwi i poziomu enzymów wątrobowych moje uzdrowienie wymaga jeszcze ciut, ciut czasu. Ale może końcem tygodnia, kiedy mam następny termin do Pani Doktor, okaże się, że wszystko już doszło do normy? Albo przynajmniej ku niej zmierza? Wydaje mi się, że to by wystarczyło do zamknięcia leczenia na tym etapie.

Potem jeszcze pozostałoby mi doleczyć przeziębienie, z którym zmagam się od czasu pierwszej wizyty w Poradni Hematologicznej i może mogłabym wrócić do normalnego życia? Mój cud jest prawie na ukończeniu. Jola z naszej grupy religijnej dziękowała za niego Bogu już w weekend. Mój mąż też uznał mnie właściwie za uzdrowioną i zakończył odmawianie za mnie nowenny pompejańskiej. Do tego typu modlitwy zachęcił go przykład Joli, która w zeszłym roku również w cudowny sposób doszła do zdrowia. Teraz jej świadectwo pobudza ludzi naszego pokroju do odmawiania nowenny ku czci Matki Bożej Różańcowej z Pompei. Cuda zdarzają się częściej niż sądzimy.
Dobry obrót spraw w kwestii mojego uzdrowienia stał się dla nas okazją do świętowania  po wizycie w Poradni Hematologicznej. Mąż zaprosił mnie do... KFC, bo tam jest to niezdrowe jedzenie, które najbardziej go kusi. I gdy on skupił się po posiłku na rozmowie z napotkanym znajomym, ja miałam okazję zapoznać się z pewnym Naukowcem. To było wszystko, co ten Pan powiedział o sobie, więc trudno mi go nazwać jakoś inaczej. Zwrócił moją uwagę swoim lekko zaniedbanym wyglądem już wtedy, gdy podchodził do KFC. A potem stało się jasne, że to człowiek potrzebujący - poprosił dziewczynę obok o dorzucenie się do herbaty, a następnie sprawdził, czy nie zostawiła na tacy czegoś do jedzenia.
A na naszym stoliku było wszystkiego w nadmiarze – zakupione w wielkiej ilości skrzydełka, których nie mogliśmy już dojeść i kubki z colą, której nie mogliśmy już dopić. Cała niesprawiedliwość świata aż kłuła po oczach – trudno to zrozumieć, dlaczego to tak jest w życiu ustawione, ze jedni mają za dużo, a drudzy za mało. Na widok Pana natychmiast zapragnęłam choć odrobinę tę różnicę zniwelować. A dobre słowa, jakie w zamian usłyszałam, były warte każdego działania w tym względzie.
Czasem spotykamy drugiego Człowieka i czujemy, jakby ktoś nam go zesłał, by do nas przemówił. Tak właśnie było tym razem. Pan przemawiał do mnie, jakby wiedział, skąd jadę i co aktualnie przeżywam. Skupiał się na zdrowiu i przepowiadaniu mi go w długim życiu. Mówił, powołując się na swoją naukową wiedzę, że komórki ludzkie mogą żyć sto pięćdziesiąt lat, a przyglądając mi się zauważył, że moje wyglądają jeszcze całkiem młodo (to była ocena stanu mojej skóry na twarzyJ)

- Jeśli tylko jakiś nowotwór się nie przypląta po drodze, to będzie Pani długowieczna – optymistycznie zakończył przemowę.
W podziękowaniu za dobre słowo powróciłam do Pana z gorącym b-smartem. Wzruszył się.
- Tacy jak Pani nie powinni umierać nigdy! – powiedział mi na pożegnanie.

Chyba nie do końca bym sobie tego życzyła. Marzę, że kiedyś po tamtej stronie wreszcie będę mogła uściskać ponownie mojego najdroższego Bartka. Tak niewyobrażalnie za nim tęsknię. Ale teraz tu na Ziemi mam zadanie do wykonania, a ono ma na imię Kacper. I dlatego ucieszyły mnie przepowiednie Pana Naukowca. 
Dziękuję Ci z całego serca dobry Człowieku – dostałam od Ciebie tak wiele za tak niewiele. 

Dzięki Tobie poczułam jakby mój cud został właśnie przypieczętowany.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz