niedziela, 25 lutego 2018

HAJFA - POWRÓT DO PRZESZŁOŚCI


Pojechałam do Izraela z przekonaniem, że symbolicznym sercem tej podróży będzie dla mnie Hajfa. To w tym mieście rozpoczęła się, rozprzestrzeniając na całe moje dotychczasowe życie, nieustająca miłość do tego przedziwnego kraju, który stał się celem obecnego wyjazdu. I oto jestem teraz tu, gdzie chciałam powrócić przez ostatnie trzydzieści lat. Próbuję odgrzebać w pamięci to, co z upływem czasu przekształciło się ze wspomnienia w marzenie. W ciągu mijających lat zdążyłam zaakceptować, że pozostanie nim już na zawsze. I ten powrót zaskoczył także mnie samą.
Hajfo, wróciłam...


W jakże innym miejscu spirali życia jestem w stosunku do tamtego pobytu przed trzydziestu laty. Kiedyś biedna studentka z komunistycznego kraju, z żałosnym, właściwie nie pozwalającym na przeżycie, budżetem, będącym pozostałością po darowiźnie gości weselnych, dziś turystka, która może sobie pozwolić na w miarę wygodne przemieszczanie się po całym, skądinąd niewielkim kraju. W czasach studenckich, by przeżyć, obsługiwałam w nim innych – różnie bywało - jako sprzątaczka, kelnerka, barmanka, teraz ja jestem obsługiwana – w apartamentach, które tu wynajmuję, w hotelach i ich restauracjach. To wciąż dla mnie drogi kraj, ale jestem w stanie pozwolić sobie na pobyt tutaj w czasie zimowych ferii, oszczędzając – dłużej lub krócej w zależności od stopnia zmotywowania - w ramach swoich nauczycielskich poborów. Świat się zmienił. Gdy byłam tu poprzednim razem, nauczycielka w Polsce (siostra mojego męża) zarabiała na starcie 6 dolarów.

Można sobie uświadomić w namacalny sposób, co to oznacza, podczas rezerwacji izraelskich hoteli. W kwestii wyszukiwania najtańszych miejsc noclegowych potrafię dokonać najprawdziwszych cudów, niemniej „z pustego i Salomon nie naleje”. W Izraelu tanich hoteli po prostu nie ma, a 6 dolarów najczęściej nie stanowi nawet jednej dziesiątej ceny akceptowalnego pokoju dwuosobowego poza sezonem, czyli w okresie, na który mieliśmy zaplanowaną  podróż. W takich przypadkach, no cóż, zazwyczaj zadowalam się jak najlepszym stosunkiem jakości do ceny.

Tym razem na czas wizyty w Hajfie znalazłam go w Art Gallery Hotelu, oznaczonym na jednych stronach na trzy i pól, na innych na cztery gwiazdki. Wprost nie mogłam uwierzyć w swoje szczęście. Obiekt, położony przy jednej z ulic w centrum miasta, będącej z tego, co pamiętam, głównym traktem handlowym, pełnym eleganckich sklepów i kawiarni, miał dodatkowe zalety w postaci windy, tak ważnej w przypadku niepełnosprawności, hotelowego parkingu, a także tarasu widokowego na dachu budynku. Ze Spa, masaży oraz siłowni, jak również pozostałych udogodnień hotelu nie zamierzałam korzystać – aż takim luksusowym turystą jeszcze nie jestem.





Do Hajfy dotarliśmy późnym piątkowym popołudniem po odstawieniu Kacpra i jego dziewczyny z Jerozolimy na lotnisko w Tel Avivie. Zaczynał się szabat, obsługa hotelowa zapalała właśnie świece w holu budynku. Po drodze zrobiliśmy sobie przystanek w Cezarei Nadmorskiej – wystawiłam twarz do słoneczka na plaży pod rzymskim akweduktem, było pięknie i ciepło, termometr w wypożyczonym samochodzie wskazywał 23 stopnie. Żal było się stamtąd zbierać. 



















Od razu pożałowałam też, że nie przyłożyłam się do poszukiwania hotelu w nadmorskiej części Hajfy. Zakładając, że luty to jeszcze nie pora na plażowanie, postawiłam na sentymentalne spacery po bliższej i dalszej okolicy naszego miejsca noclegowego, choć brałam pod uwagę fakt, że mogło już to nie mieć nic wspólnego z naszymi wspomnieniami. Miasta zmieniają się nie do poznania przez trzydzieści lat. W pamięci też niewiele udaje się przechować przez taki szmat czasu. Oglądając położenie naszego hotelu na mapie, trudno było nam bliżej zorientować się, w której z wyblakle zapamiętanych części miasta przyjdzie nam spędzić trzy dni naszej podróży. Hajfa, trzecie co do wielkości izraelskie miasto, przy braku GPS -a jawiło się nam jako spore wyzwanie.

Mimo to bez większych trudności i na dodatek rozpoznając co nieco po drodze, dojeżdżamy do Art Gallery Hotelu. Dostaję klucz od pokoju, wsiadam do windy w niewielkim, ale funkcjonalnie urządzonym hotelowym lobby i z przyjemnym samopoczuciem zadowolonego z siebie czterogwiazdkowego turysty rozglądam się po korytarzach zamienionych w galerię izraelskiej sztuki. No i na tym moje zadowolenie się kończy! Pokój jest malutki, stare meble mnie przytłaczają, a widok mam na ścianę sąsiedniego budynku. Hotelowy parking jest zapełniony i trzeba szukać miejsca do pozostawienia samochodu we własnym zakresie. Jestem rozczarowana i pokonując swój brak asertywności bez ogródek mówię recepcjoniście, co o tym wszystkim sądzę.
 - Old room? – facet jest najbardziej zdziwiony krytyką wystroju.  – To taki „stajl”.



Pierwsze więc co robię po wniesieniu bagaży, to sprawdzam w internecie, czy na pewno nie ma pomyłki w mojej rezerwacji – no przecież te cztery gwiazdki, niech nawet będzie trzy i pół... Rezerwowałam miejsca noclegowe już jakiś czas temu i w sporej ilości, może mi coś umknęło? No i co czytam w opisie hotelu na stronie Booking.com? „Hotel Art Gallery położony jest w centrum Hajfy i oferuje unikalny wystrój w stylu Bauhaus” No rety, wychodzi na to, że kompletnie nie znam się na sztuce!

Więc dobrze, choć mi się to dalej nie podoba, jakoś przetrawię ten pokojowy Bauhaus, skoro on taki unikalny, ale tego widoku na mur to już na pewno nie zniosę! No i okazuje się, że wcale znosić nie muszę, bo kolejny zaczepiony na korytarzu pracownik (właściciel?) hotelu bez żadnych trudności zmienia mi pokój na inny. To nic, że jeszcze mniejszy skoro z okien rozpościera się widok na całą zatokę! Gdy się ściemni, jej brzegi rozbłysną morzem świateł...

Mój mąż dociera wreszcie do właśnie zdobytego przeze mnie pokoju. Podchodzi do okna. I... pokazuje mi dom, w którym mieszkaliśmy trzydzieści lat temu... Jest przy następnej ulicy, widoczny jak na dłoni, dzieli nas od niego tylko ciąg schodów, prowadzących na malutki szuk. Nie mogę w to uwierzyć... Jest tyle miejsc w Hajfie, tyle hoteli, a my trafiliśmy właśnie tutaj, w zasadzie dokładnie pod ten dom ze wspomnień, pod dom Neli. Czy to możliwe, by to był przypadek? W jednej chwili zapominam o Bauhausie, ciasnocie i kłopotach z parkowaniem. Sentymentalna podróż wchodzi w swoje apogeum.
*


Nela Bauman była jedną z trzech kobiet, które pomogły przetrwać w Hajfie naszej studenckiej grupie w czasie wyprawy naukowej wokół Basenu Morza Środziemnego. Poznaliśmy je w kościele, gdzie polskie msze odprawiał ksiądz żydowskiego pochodzenia.  Ojciec Daniel Rufeisen był postacią tak niezwykłą, że na pewno zasługuje na więcej niż krótka biograficzna notka z Wikipedii - https://pl.wikipedia.org/wiki/Daniel_Rufeisen
Mam nadzieję napisać kiedyś więcej o niezapomnianym spotkaniu z tym człowiekiem. Jego osoba i poglądy w młodości wywarły na mnie wpływ, utrzymujący się przez całe moje życie.
Ale dziś chcę oddać hołd Paniom, które dały nam w Hajfie dach nad głową. Podzieliły się z nami swoim domem. Wśród nich była Eliszewa - pracująca w kościele Niemka. Wprawdzie oddała nam na jakiś czas swój letniskowy domek w Atlit być może po to, by zapobiec zbyt długiemu koczowaniu w przykościelnych pomieszczeniach, które otworzył dla nas złotego serca Ojciec Daniel, niemniej jednak była to dla nas cenna i bardzo konkretna pomoc. Zupełnie inny typ kobiety reprezentowała Stella  - ona dzieliła się bez żadnych ograniczeń z potrzebującymi wszystkim, co miała. Choć czasem było tego niewiele, to kawałek podłogi do przespania pod stołem był nam oddany wraz z częścią serca i dlatego jest to szczególne, pełne ciepła wspomnienie. Ku mojemu zaskoczeniu, pisząc ten tekst, odkryłam, że i Stella ma poświęconą jej notkę w Wikipedii - https://pl.wikipedia.org/wiki/Stella_Zylbersztajn-Tzur

No i wreszcie Nela – u niej mieszkałam najdłużej i w dodatku rodzinnie – po okresie studenckiej wyprawy naukowej zaliczyłam w Izraelu pobyt w celu zarobkowym – wraz z mężem i tatą. Mam wyjątkowo piękne wspomnienia z tamtych miesięcy, w tym dotyczące naszej gospodyni. To Polka, która wyemigrowała po wojnie do Izraela jako żona Żyda, Sądziła, że jest to ich punkt przesiadkowy w drodze do Ameryki. Nie spodziewała się, że zostanie w Hajfie do końca swoich dni, w dodatku przez długie lata sama po śmierci męża i wyjeździe syna za ocean. Tyle zawdzięczam tej wspaniałej, dzielnej i pełnej wewnętrznej siły kobiecie. Tak mi żal, że nie zobaczę jej już w Hajfie - od jednej z uczestniczek dawnej studenckiej wyprawy dowiedzieliśmy się o śmierci Neli.
A teraz patrzę na jej dom i wiem już, jakie uczucia zdominują moją sentymentalną podróż. Gdy widzę opustoszały budynek, gdzie kiedyś było tyle życia, w tym kawałek mojego, ogarnia mnie nostalgia przetykana niteczkami smutku. Tamten świat, którego kiedyś doświadczyłam w Hajfie zbyt szybko odszedł do przeszłości. A ja wróciłam za późno, żeby się z nim pożegnać.

*
Na dom Neli mam okazję spoglądać przez  przemysłowe okna w odrapanych z lakieru metalowych framugach nie tylko przez cały wieczór po przyjeździe, ale i przez cały następny dzień. W malutkim pokoiku w stylu Bauhaus uwięziły nas choroba męża i pogoda. Od północy nadciągają burze i w zasadzie mniej lub bardziej intensywnie, ale leje cały dzień. To czas zatrzymania. Czas snucia refleksji i prowadzenia wspominkowych rozmów. Czas porównywania przeszłości z teraźniejszością.
To, co stało się z Hajfą przez ostatnie trzydzieści lat nie wydaje się zmianą na lepsze. Nela, która była dumna, że mieszka w takiej dobrej dzielnicy, zapewne teraz byłaby ogromnie zasmucona tym, jak wygląda okolica jej domu. To trochę tak, jakby dolna, portowa część miasta, nie mająca nigdy dobrej reputacji, rozprzestrzeniała się, obejmując coraz wyższe partie góry Karmel i powodując ich degradację.
Obecnie dzielnica naszego hotelu nazywana jest rosyjską. W czasie, gdy trzydzieści lat temu opuszczaliśmy Izrael, rozpoczynała się tam właśnie zakrojona na szeroką skalę akcja sprowadzania i osiedlania Żydów z byłych republik Związku Radzieckiego. Można o tym przeczytać na stronie http://www.psz.pl/168-archiwum/migracje-w-izraelu :
 „Druga fala emigracji z krajów postradzieckich rozpoczęła się w 1989 roku i trwała niemal dekadę; objęła ponad milion Żydów, z czego około 750 000 trafiło do Izraela. Była to jedna z największych emigracji w dziejach Izraela. Emigranci z krajów Bloku Wschodniego stanowili blisko 90% wszystkich Olim [żydowskich imigrantów – przyp.aut.] z lat 90.”
Izraelczykom wydawało się to ogromną szansą na rozwój i umocnienie ich kraju. Nie jestem pewna, czy ich nadzieje się spełniły, skoro do Izraela napłynęła wówczas ogromna masa zubożonych ludzi z terytorium postkomunistycznego Wschodu, chcących przede wszystkim poprawić swój status materialny. Trzeba było im zapewnić zakwaterowanie i środki do życia, dopóki nie znajdą pracy. Na pewno okazało się to wyzwaniem kosztownym i czasochłonnym. I pewnie nie w każdym przypadku wszystko zgadzało się z zamierzeniami. Proces asymilacji imigrantów też raczej nie skończył się sukcesem – całe dzielnice posługują się tu językiem rosyjskim, hebrajski trudno usłyszeć w okolicy naszego hotelu, choć podobno jest znany ich mieszkańcom. Potwierdzają to znów informacje z cytowanej powyżej strony:
„Olim rosyjskojęzyczni stanowią zamkniętą i bardzo aktywną grupę, jednorodną kulturowo i językowo. Przez Izraelczyków określani są jako 'Rosjanie', nie rosyjscy Żydzi czy Żydzi z Rosji. 'Rosjanie' prowadzą własne szkoły, wydają rosyjskojęzyczne gazety oraz tłumaczenia literatury izraelskiej.
Nowi przybysze z dawnych radzieckich republik  wydają się nie mieć takiej motywacji ideowej, związanej z żydowską tożsamością, jak pierwsi osadnicy. Po trosze sprawiają wrażenie emigrantów zarobkowych, którzy powrócą do miejsc, skąd przybyli, jeśli nie odczują poprawy jakości życia.  
Dowodem na to jest człowiek, którego spotkaliśmy w ostatnie wakacje w Kijowie. Przemiły starszy Żyd, który przysiadł się do nas w parku pod Pałacem Maryńskim, usiłując częstować koniakiem z piersiówki zza pazuchy i czekoladą z wytwórni prezydenta Poroszenki na zagrychę. On też był jedną z osób, które udały się lata temu na emigrację do Izraela. Wraz ze swoją rosyjską żoną spędził tam dziesięć lat. I wrócił. Na pytanie dlaczego, odpowiedział ze smutkiem o swych odczuciach: „Lepiej być Żydem w Rosji niż Rosjaninem w Izraelu.”
Nie wnikaliśmy w szczegóły. Być może marzenia o dostatnim życiu wobec takiej ilości chętnych do pracy przybyszy z barierą językową nie miały szans tak szybko się spełnić. Być może też rosyjskojęzyczni emigranci nie czuli się przyjęci przez Izraelczyków jak „na Ojczyzny łono”. Być może nie uważali, że są traktowani z nimi na równi. Jakby na potwierdzenie czytam wiadomości ze strony: http://www.newsweek.pl/swiat/rosyjskojezyczni-zydzi-izrael-imigracja-z-zsrr-do-izraela-newsweek,artykuly,277823,1.html
wielu Rosjan czuje, że nie są tu doceniani; uważają, że ich wykształcenie, uniwersyteckie dyplomy nie spotkały się w Izraelu z dostatecznym uznaniem”.
Fakt jest taki, że ci z nich, którzy pozostali w Izraelu (zapewne znaczna większość), trzymają się razem i sprawiają wrażenie jakby się wspierali. Nawet ja tego doświadczyłam  - ze swoją marną umiejętnością posługiwania się językiem rosyjskim i tak od razu w dzielnicy Art Gallery Hotelu byłam traktowana jak „swoja” (na przykład sklep poniżej hotelu). Cytowany powyżej artykuł z Nesweeka ma tytuł:  „Rosyjskojęzyczni Żydzi zmieniają Izrael: Nacjonalizm i choinki”. Jestem zbyt krótko, by przekonać się o istnieniu jednego czy drugiego, ale za to napisy cyrylicą widzę na każdym kroku.

*

Okolice domu Neli na pewno nie są zamieszkiwane przez Rosjan, którzy odnieśli materialny sukces w Hajfie. Widać tu biedę i zaniedbanie na każdym kroku. Nikt niczego nie wyremontował chyba od dnia, kiedy poprzednio opuściliśmy Izrael. W zasadzie każdy budynek jest odrapany - z połaciami odłażącego tynku. Jeśli dach przecieka, to wystarczy deska i dwa gwoździe do utrzymania na miejscu całego poszarpanego i przyrdzewiałego arkusza blachy. Nikt tu w nic nie inwestuje. Wiele balkonów i innych powierzchni użytkowych jest za to przekształconych w składziki starych rupieci, które jeszcze kiedyś mogą się przydać. Brud i obskurność to niestety teraz główne cechy okolicy, z którą mam tak bliski sentymentalny związek.














O podupadającej świetności innych części Hajfy mam okazję przekonać się na spacerze nazajutrz. Po mokrej i wietrznej nocy pogoda się uspokaja i udaje mi się „na sucho” przejść szlak spod naszego hotelu przez całe rozciągające się nad nim zbocze Góry Karmel. Są tam schodki, które kiedyś dzień w dzień przemierzałam po drodze z pracy. Przed trzydziestu laty byłam zatrudniona w luksusowej francuskiej restauracji, położonej w Central Carmelu - najbardziej ekskluzywnej wówczas dzielnicy Hajfy. Lokal miał nazwę Tropical Garden i rzeczywiście posiadał wielki, prześliczny ogród w wielkim hangarze, pełen kwitnących roślin, wśród których rozkładano stoliki i krzesła dla biesiadników. Urządzano tam wykwintne przyjęcia, głównie weselne. Dziś na tym miejscu widzę dwa nowe bloki i serce prawie zaczyna mi krwawić. Z mojej restauracji pozostał jedynie niewielki budynek – kiedyś przeznaczony na skromniejsze imprezy – party koktajlowe, potańcówki dyskotekowe czy też posiłki dla zorganizowanych grup, obecnie mieszczący butikowy czterogwiazdkowy hotel. Widziałam jego ofertę na stronie internetowej, i mimo że był w promocji, to i tak nie było mnie na niego stać. Chciałabym kiedyś móc pobyć w środku chociaż wiem, że to może zaboleć.














Rozglądam się wokół po Central Carmelu, próbując odnaleźć obecne dowody na jego ekskluzywność, lecz ich nie dostrzegam. Dzielnica zestarzała się dokładnie tak samo jak całe miasto. Kiedyś Hajfa była dla mnie rajskim ogrodem, pięknym nawet w zimowych miesiącach, dziś widzę ją szarą i zmęczoną upływem czasu. Ale może to nie ona tak się zmieniła tylko ja? Przed trzydziestu laty byłam przecież zupełnie innym człowiekiem. Pewnie nie jest trudno zachwycić kogoś, kto wcześniej niczego nie widział, a na dodatek przybył z miejsca, gdzie królowały socjalistyczne wzorce piękna. Dziś mam już za sobą podróże po świecie, a także takie zmiany w swoim ojczystym kraju, dzięki którym nie muszę się wstydzić za jego wygląd. Obecnie skala porównania jest zupełnie inna. Nie znajduję teraz w Hajfie luksusu, który przed trzydziestu laty jawił się biednemu przybyszowi z Bloku Wschodniego w tak nieosiągalnych w jego miejscu pochodzenia cudach cywilizacji, jak na przykład: jednorazowe foliowe torby na zakupy, plastikowe butelki na napoje, nie mówiąc już nawet o czajnikach bezprzewodowych!

Kiedyś bardzo chciałam pozostać i zamieszkać w Hajfie na stałe. Powstrzymywała mnie tylko myśl, że skazałabym moje przyszłe dzieci, które nigdy nie staną się Żydami, na to, że w tym kraju będą obywatelami drugiej kategorii. Wróciłam do Polski ze względu na nie. I cieszę się obecnie z podjętego trzydzieści lat temu wyboru. Wybacz mi Hajfo – wciąż Cię kocham, ale teraz wiem, że nie potrafiłabym z Tobą pozostać na dłużej. Już tego zresztą wcale nie chcę.
*

Wyjedżając z Hajfy podejmujemy ostatnią próbę powrotu do przeszłości. Niestety po wjeździe na szczyt Carmelu zastajemy zamknięty Klasztor Stella Maris - miejsce związane z postacią Ojca Daniela. Inne zabytki miasta, zaznaczone na jego planie przez uprzejmą recepcjonistkę Art Gallery Hotelu, jakoś nas nie interesują. Nie robi na nas wrażenia nawet sztandarowa atrakcja Hajfy, rekomendowana w 100% przez znany turystyczny portal Cholidaycheck:

"W Hajfie, wśród wielu innych atrakcji i zabytków, warto udać się również do niezwykłych wiszących ogrodów Bahai. [...] Od 2008 roku wiszące ogrody Bahai widnieją na liście Światowego Dziedzictwa Kulturowego UNESCO, bywają również określane mianem  ósmego cudu świata. Jest to pierwszy tak ważny obiekt, związany z religią, która powstała w czasach nowożytnych."
https://www.holidaycheck.pl/pi/89ed7f3a-d308-3ef9-8823-bac027667498


My omijamy ogrody wraz z mauzoleum zwieńczonym złotą kopułą z daleka. Widzieliśmy je trzydzieści lat temu, no i cóż, nie dla nich tu wróciliśmy. 
Ale trudno oderwać się od wspomnień. Zamiast wybrać najprostszy przejazd do Galilei, która jest następnym celem naszej podróży, kręcimy się po drogach w szczytowej części Góry Karmel, co chwilę wywołując z dawnych czasów cienie naszych ówczesnych znajomych: o tu gdzieś chyba mieszkała Yael, a tu może być osiedle Iris, być może to zakręt pod dom Mistera Gomme... Pewności nie mamy żadnej.


Wreszcie za uniwersytetem wjeżdżamy na teren Parku Narodowego Góry Karmel. Tu też gdzieś czai się wspomnienie miłego letniego dnia spędzonego kiedyś na pikniku z przyjaciółmi. Miejsce nie do odnalezienia, zdajemy sobie sprawę z ogromu parkowej przestrzeni. Na niebo wreszcie wychodzi słońce. I nagle te sentymenty przetykane nitkami smutku, które zaczęły nas już przytłaczać, przestają za nami podążać. Zostawiamy je na drodze za sobą, jak strażników pilnujących powrotnego wjazdu do Hajfy. My podążamy dalej. 

Gubiąc się między polanami i łąkami, pokrytymi dzikimi cyklamenami i czerwonymi anemonami. 




Przystając na wiosenne, słoneczne sesje zdjęciowe. 

Zbaczając z drogi do miejsc wartych uwagi, jak klasztor El-Muhraqa związany z Prorokiem Eliaszem czy też Kfar Kana, słynące z przemiany wody w wino.


Ciesząc się ciepłymi chwilami błądzenia po właściwie nieturystycznych szlakach. 


Galilea otwiera przed nami szeroko swoje bramy. I tak naprawdę to ona okaże się sercem obecnej podróży.





P.s. Relację z Galilei i innych miejsc, odwiedzonych w Izraelu napiszę w wolnej chwili.