W jakże innym miejscu spirali życia jestem w stosunku do tamtego pobytu przed
trzydziestu laty. Kiedyś biedna studentka z komunistycznego kraju, z żałosnym,
właściwie nie pozwalającym na przeżycie, budżetem, będącym pozostałością po
darowiźnie gości weselnych, dziś turystka, która może sobie pozwolić na w miarę
wygodne przemieszczanie się po całym, skądinąd niewielkim kraju. W czasach
studenckich, by przeżyć, obsługiwałam w nim innych – różnie bywało - jako
sprzątaczka, kelnerka, barmanka, teraz ja jestem obsługiwana – w apartamentach,
które tu wynajmuję, w hotelach i ich restauracjach. To wciąż dla mnie drogi
kraj, ale jestem w stanie pozwolić sobie na pobyt tutaj w czasie zimowych
ferii, oszczędzając – dłużej lub krócej w zależności od stopnia zmotywowania - w
ramach swoich nauczycielskich poborów. Świat się zmienił. Gdy byłam tu
poprzednim razem, nauczycielka w Polsce (siostra mojego męża) zarabiała na
starcie 6 dolarów.
Można sobie uświadomić w namacalny sposób, co to oznacza, podczas rezerwacji izraelskich hoteli. W kwestii wyszukiwania najtańszych
miejsc noclegowych potrafię dokonać najprawdziwszych cudów, niemniej „z pustego
i Salomon nie naleje”. W Izraelu tanich hoteli po prostu nie ma, a 6 dolarów najczęściej nie stanowi nawet jednej dziesiątej ceny akceptowalnego pokoju
dwuosobowego poza sezonem, czyli w okresie, na który mieliśmy zaplanowaną podróż. W takich przypadkach, no cóż, zazwyczaj zadowalam się jak
najlepszym stosunkiem jakości do ceny.
Do Hajfy dotarliśmy późnym piątkowym popołudniem po odstawieniu Kacpra i
jego dziewczyny z Jerozolimy na lotnisko w Tel Avivie. Zaczynał się szabat,
obsługa hotelowa zapalała właśnie świece w holu budynku. Po drodze zrobiliśmy
sobie przystanek w Cezarei Nadmorskiej – wystawiłam twarz do słoneczka na plaży
pod rzymskim akweduktem, było pięknie i ciepło, termometr w wypożyczonym
samochodzie wskazywał 23 stopnie. Żal było się stamtąd zbierać.


Od razu pożałowałam też, że nie przyłożyłam się do poszukiwania hotelu w nadmorskiej części Hajfy. Zakładając, że luty to jeszcze nie pora na plażowanie, postawiłam na sentymentalne spacery po bliższej i dalszej okolicy naszego miejsca noclegowego, choć brałam pod uwagę fakt, że mogło już to nie mieć nic wspólnego z naszymi wspomnieniami. Miasta zmieniają się nie do poznania przez trzydzieści lat. W pamięci też niewiele udaje się przechować przez taki szmat czasu. Oglądając położenie naszego hotelu na mapie, trudno było nam bliżej zorientować się, w której z wyblakle zapamiętanych części miasta przyjdzie nam spędzić trzy dni naszej podróży. Hajfa, trzecie co do wielkości izraelskie miasto, przy braku GPS -a jawiło się nam jako spore wyzwanie.
Od razu pożałowałam też, że nie przyłożyłam się do poszukiwania hotelu w nadmorskiej części Hajfy. Zakładając, że luty to jeszcze nie pora na plażowanie, postawiłam na sentymentalne spacery po bliższej i dalszej okolicy naszego miejsca noclegowego, choć brałam pod uwagę fakt, że mogło już to nie mieć nic wspólnego z naszymi wspomnieniami. Miasta zmieniają się nie do poznania przez trzydzieści lat. W pamięci też niewiele udaje się przechować przez taki szmat czasu. Oglądając położenie naszego hotelu na mapie, trudno było nam bliżej zorientować się, w której z wyblakle zapamiętanych części miasta przyjdzie nam spędzić trzy dni naszej podróży. Hajfa, trzecie co do wielkości izraelskie miasto, przy braku GPS -a jawiło się nam jako spore wyzwanie.
Mimo to bez większych trudności i na dodatek rozpoznając co nieco po
drodze, dojeżdżamy do Art Gallery Hotelu. Dostaję klucz od pokoju, wsiadam do windy
w niewielkim, ale funkcjonalnie urządzonym hotelowym lobby i z przyjemnym
samopoczuciem zadowolonego z siebie czterogwiazdkowego turysty rozglądam się po
korytarzach zamienionych w galerię izraelskiej sztuki. No i na tym moje
zadowolenie się kończy! Pokój jest malutki, stare meble mnie przytłaczają, a widok
mam na ścianę sąsiedniego budynku. Hotelowy parking jest zapełniony i trzeba
szukać miejsca do pozostawienia samochodu we własnym zakresie. Jestem rozczarowana i pokonując
swój brak asertywności bez ogródek mówię recepcjoniście, co o tym wszystkim
sądzę.
Pierwsze więc co robię po wniesieniu bagaży, to sprawdzam w internecie,
czy na pewno nie ma pomyłki w mojej rezerwacji – no przecież te cztery
gwiazdki, niech nawet będzie trzy i pół... Rezerwowałam miejsca noclegowe już jakiś
czas temu i w sporej ilości, może mi coś umknęło? No i co czytam w opisie
hotelu na stronie Booking.com? „Hotel Art Gallery położony jest w centrum
Hajfy i oferuje unikalny wystrój w stylu Bauhaus” No rety, wychodzi na to, że kompletnie nie znam się na
sztuce!
Więc dobrze, choć mi się to dalej nie podoba, jakoś przetrawię ten pokojowy Bauhaus, skoro on taki unikalny, ale tego widoku na mur to już na pewno nie
zniosę! No i okazuje się, że wcale znosić nie muszę, bo kolejny zaczepiony na
korytarzu pracownik (właściciel?) hotelu bez żadnych trudności zmienia mi pokój
na inny. To nic, że jeszcze mniejszy skoro z okien rozpościera się widok na
całą zatokę! Gdy się ściemni, jej brzegi rozbłysną morzem świateł...
Mój mąż dociera wreszcie do właśnie zdobytego przeze mnie pokoju.
Podchodzi do okna. I... pokazuje mi dom, w którym mieszkaliśmy trzydzieści lat
temu... Jest przy następnej ulicy, widoczny jak na dłoni, dzieli nas od niego
tylko ciąg schodów, prowadzących na malutki szuk. Nie mogę w to uwierzyć...
Jest tyle miejsc w Hajfie, tyle hoteli, a my trafiliśmy właśnie tutaj, w
zasadzie dokładnie pod ten dom ze wspomnień, pod dom Neli. Czy to możliwe, by
to był przypadek? W jednej chwili zapominam o Bauhausie, ciasnocie i kłopotach
z parkowaniem. Sentymentalna podróż wchodzi w swoje apogeum.
*
Nela Bauman była jedną z trzech kobiet, które pomogły przetrwać w Hajfie naszej studenckiej grupie w czasie wyprawy naukowej wokół Basenu Morza Środziemnego. Poznaliśmy je w kościele, gdzie polskie msze odprawiał ksiądz żydowskiego pochodzenia. Ojciec Daniel Rufeisen był postacią tak niezwykłą, że na pewno zasługuje na więcej niż krótka biograficzna notka z Wikipedii - https://pl.wikipedia.org/wiki/Daniel_Rufeisen
Mam nadzieję napisać kiedyś więcej o niezapomnianym spotkaniu z tym
człowiekiem. Jego osoba i poglądy w młodości wywarły na mnie wpływ, utrzymujący
się przez całe moje życie.
Ale dziś chcę oddać hołd Paniom, które dały nam w Hajfie dach nad głową.
Podzieliły się z nami swoim domem. Wśród nich była Eliszewa - pracująca w
kościele Niemka. Wprawdzie oddała nam na jakiś czas swój letniskowy domek w
Atlit być może po to, by zapobiec zbyt długiemu koczowaniu w przykościelnych
pomieszczeniach, które otworzył dla nas złotego serca Ojciec Daniel, niemniej
jednak była to dla nas cenna i bardzo konkretna pomoc. Zupełnie inny typ kobiety
reprezentowała Stella - ona dzieliła się
bez żadnych ograniczeń z potrzebującymi wszystkim, co miała. Choć czasem było
tego niewiele, to kawałek podłogi do przespania pod stołem był nam oddany wraz
z częścią serca i dlatego jest to szczególne, pełne ciepła wspomnienie. Ku
mojemu zaskoczeniu, pisząc ten tekst, odkryłam, że i Stella ma poświęconą jej
notkę w Wikipedii - https://pl.wikipedia.org/wiki/Stella_Zylbersztajn-Tzur
No i wreszcie Nela – u niej mieszkałam najdłużej i w dodatku rodzinnie –
po okresie studenckiej wyprawy naukowej zaliczyłam w Izraelu pobyt w celu
zarobkowym – wraz z mężem i tatą. Mam wyjątkowo piękne wspomnienia z tamtych miesięcy, w tym dotyczące naszej gospodyni. To Polka, która wyemigrowała po
wojnie do Izraela jako żona Żyda, Sądziła, że jest to ich punkt przesiadkowy w
drodze do Ameryki. Nie spodziewała się, że zostanie w Hajfie do końca swoich
dni, w dodatku przez długie lata sama po śmierci męża i wyjeździe syna za ocean. Tyle zawdzięczam tej wspaniałej,
dzielnej i pełnej wewnętrznej siły kobiecie. Tak mi żal, że nie zobaczę jej już
w Hajfie - od jednej z uczestniczek dawnej studenckiej wyprawy dowiedzieliśmy
się o śmierci Neli.
A teraz patrzę na jej dom i wiem już, jakie uczucia zdominują moją
sentymentalną podróż. Gdy widzę opustoszały budynek, gdzie kiedyś było tyle
życia, w tym kawałek mojego, ogarnia mnie nostalgia przetykana niteczkami
smutku. Tamten świat, którego kiedyś doświadczyłam w Hajfie zbyt szybko odszedł
do przeszłości. A ja wróciłam za późno, żeby się z nim pożegnać.


O podupadającej świetności innych części Hajfy mam okazję przekonać się na spacerze nazajutrz. Po mokrej i wietrznej nocy pogoda się uspokaja i udaje mi się „na sucho” przejść szlak spod naszego hotelu przez całe rozciągające się nad nim zbocze Góry Karmel. Są tam schodki, które kiedyś dzień w dzień przemierzałam po drodze z pracy. Przed trzydziestu laty byłam zatrudniona w luksusowej francuskiej restauracji, położonej w Central Carmelu - najbardziej ekskluzywnej wówczas dzielnicy Hajfy. Lokal miał nazwę Tropical Garden i rzeczywiście posiadał wielki, prześliczny ogród w wielkim hangarze, pełen kwitnących roślin, wśród których rozkładano stoliki i krzesła dla biesiadników. Urządzano tam wykwintne przyjęcia, głównie weselne. Dziś na tym miejscu widzę dwa nowe bloki i serce prawie zaczyna mi krwawić. Z mojej restauracji pozostał jedynie niewielki budynek – kiedyś przeznaczony na skromniejsze imprezy – party koktajlowe, potańcówki dyskotekowe czy też posiłki dla zorganizowanych grup, obecnie mieszczący butikowy czterogwiazdkowy hotel. Widziałam jego ofertę na stronie internetowej, i mimo że był w promocji, to i tak nie było mnie na niego stać. Chciałabym kiedyś móc pobyć w środku chociaż wiem, że to może zaboleć.


Rozglądam się wokół po Central Carmelu, próbując odnaleźć obecne dowody na jego ekskluzywność, lecz ich nie dostrzegam. Dzielnica zestarzała się dokładnie tak samo jak całe miasto. Kiedyś Hajfa była dla mnie rajskim ogrodem, pięknym nawet w zimowych miesiącach, dziś widzę ją szarą i zmęczoną upływem czasu. Ale może to nie ona tak się zmieniła tylko ja? Przed trzydziestu laty byłam przecież zupełnie innym człowiekiem. Pewnie nie jest trudno zachwycić kogoś, kto wcześniej niczego nie widział, a na dodatek przybył z miejsca, gdzie królowały socjalistyczne wzorce piękna. Dziś mam już za sobą podróże po świecie, a także takie zmiany w swoim ojczystym kraju, dzięki którym nie muszę się wstydzić za jego wygląd. Obecnie skala porównania jest zupełnie inna. Nie znajduję teraz w Hajfie luksusu, który przed trzydziestu laty jawił się biednemu przybyszowi z Bloku Wschodniego w tak nieosiągalnych w jego miejscu pochodzenia cudach cywilizacji, jak na przykład: jednorazowe foliowe torby na zakupy, plastikowe butelki na napoje, nie mówiąc już nawet o czajnikach bezprzewodowych!
Kiedyś bardzo chciałam pozostać i zamieszkać w Hajfie na stałe. Powstrzymywała mnie tylko myśl, że skazałabym moje przyszłe dzieci, które nigdy nie staną się Żydami, na to, że w tym kraju będą obywatelami drugiej kategorii. Wróciłam do Polski ze względu na nie. I cieszę się obecnie z podjętego trzydzieści lat temu wyboru. Wybacz mi Hajfo – wciąż Cię kocham, ale teraz wiem, że nie potrafiłabym z Tobą pozostać na dłużej. Już tego zresztą wcale nie chcę.
"W Hajfie, wśród wielu innych atrakcji i zabytków, warto udać się również do niezwykłych wiszących ogrodów Bahai. [...] Od 2008 roku wiszące ogrody Bahai widnieją na liście Światowego Dziedzictwa Kulturowego UNESCO, bywają również określane mianem ósmego cudu świata. Jest to pierwszy tak ważny obiekt, związany z religią, która powstała w czasach nowożytnych."
P.s. Relację z Galilei i innych miejsc, odwiedzonych w Izraelu napiszę w wolnej chwili.
*
Na dom Neli mam okazję spoglądać przez przemysłowe okna w odrapanych z lakieru metalowych framugach nie tylko przez
cały wieczór po przyjeździe, ale i przez cały następny dzień. W malutkim
pokoiku w stylu Bauhaus uwięziły nas choroba męża i pogoda. Od północy
nadciągają burze i w zasadzie mniej lub bardziej intensywnie, ale leje cały
dzień. To czas zatrzymania. Czas snucia refleksji i prowadzenia wspominkowych
rozmów. Czas porównywania przeszłości z teraźniejszością.
To, co stało się z Hajfą przez ostatnie trzydzieści lat nie wydaje się
zmianą na lepsze. Nela, która była dumna, że mieszka w takiej dobrej dzielnicy,
zapewne teraz byłaby ogromnie zasmucona tym, jak wygląda okolica jej domu. To
trochę tak, jakby dolna, portowa część miasta, nie mająca nigdy dobrej
reputacji, rozprzestrzeniała się, obejmując coraz wyższe partie góry Karmel i
powodując ich degradację.
Obecnie dzielnica naszego hotelu nazywana jest rosyjską. W czasie, gdy trzydzieści
lat temu opuszczaliśmy Izrael, rozpoczynała się tam właśnie zakrojona na
szeroką skalę akcja sprowadzania i osiedlania Żydów z byłych republik Związku
Radzieckiego. Można o tym przeczytać na stronie http://www.psz.pl/168-archiwum/migracje-w-izraelu :
„Druga fala emigracji z krajów postradzieckich rozpoczęła się
w 1989 roku i trwała niemal dekadę; objęła ponad milion Żydów, z czego około
750 000 trafiło do Izraela. Była to jedna z największych emigracji w dziejach
Izraela. Emigranci z krajów Bloku Wschodniego stanowili blisko 90% wszystkich
Olim [żydowskich imigrantów – przyp.aut.] z lat 90.”
Izraelczykom wydawało się to ogromną szansą na rozwój i umocnienie ich
kraju. Nie jestem pewna, czy ich nadzieje się spełniły, skoro do Izraela
napłynęła wówczas ogromna masa zubożonych ludzi z terytorium
postkomunistycznego Wschodu, chcących przede wszystkim poprawić swój status
materialny. Trzeba było im zapewnić zakwaterowanie i środki do życia, dopóki
nie znajdą pracy. Na pewno okazało się to wyzwaniem kosztownym i czasochłonnym. I pewnie
nie w każdym przypadku wszystko zgadzało się z zamierzeniami. Proces
asymilacji imigrantów też raczej nie skończył się sukcesem – całe dzielnice
posługują się tu językiem rosyjskim, hebrajski trudno usłyszeć w okolicy naszego hotelu, choć podobno
jest znany ich mieszkańcom. Potwierdzają to znów informacje z cytowanej powyżej
strony:
„Olim rosyjskojęzyczni stanowią zamkniętą i bardzo aktywną grupę,
jednorodną kulturowo i językowo. Przez Izraelczyków określani są jako
'Rosjanie', nie rosyjscy Żydzi czy Żydzi z Rosji. 'Rosjanie' prowadzą własne
szkoły, wydają rosyjskojęzyczne gazety oraz tłumaczenia literatury izraelskiej.”
Nowi przybysze z dawnych radzieckich republik wydają się nie mieć takiej motywacji ideowej, związanej
z żydowską tożsamością, jak pierwsi osadnicy. Po trosze sprawiają wrażenie emigrantów
zarobkowych, którzy powrócą do miejsc, skąd przybyli, jeśli nie odczują poprawy
jakości życia.
Dowodem na to jest człowiek, którego spotkaliśmy w ostatnie wakacje w
Kijowie. Przemiły starszy Żyd, który przysiadł się do nas w parku pod Pałacem
Maryńskim, usiłując częstować koniakiem z piersiówki zza pazuchy i czekoladą z
wytwórni prezydenta Poroszenki na zagrychę. On też był jedną z osób, które
udały się lata temu na emigrację do Izraela. Wraz ze swoją rosyjską żoną spędził
tam dziesięć lat. I wrócił. Na pytanie dlaczego, odpowiedział ze smutkiem o
swych odczuciach: „Lepiej być Żydem w Rosji niż Rosjaninem w Izraelu.”
Nie wnikaliśmy w szczegóły. Być może marzenia o dostatnim życiu wobec
takiej ilości chętnych do pracy przybyszy z barierą językową nie
miały szans tak szybko się spełnić. Być może też rosyjskojęzyczni emigranci nie
czuli się przyjęci przez Izraelczyków jak „na Ojczyzny łono”. Być może nie
uważali, że są traktowani z nimi na równi. Jakby na potwierdzenie czytam wiadomości ze strony: http://www.newsweek.pl/swiat/rosyjskojezyczni-zydzi-izrael-imigracja-z-zsrr-do-izraela-newsweek,artykuly,277823,1.html:
„wielu Rosjan czuje, że nie są tu doceniani;
uważają, że ich wykształcenie, uniwersyteckie dyplomy nie spotkały się w
Izraelu z dostatecznym uznaniem”.
Fakt jest taki, że ci z nich, którzy pozostali w Izraelu (zapewne znaczna
większość), trzymają się razem i sprawiają wrażenie jakby się wspierali. Nawet
ja tego doświadczyłam - ze swoją marną
umiejętnością posługiwania się językiem rosyjskim i tak od razu w dzielnicy Art
Gallery Hotelu byłam traktowana jak „swoja” (na przykład sklep poniżej hotelu). Cytowany powyżej artykuł z
Nesweeka ma tytuł: „Rosyjskojęzyczni Żydzi
zmieniają Izrael: Nacjonalizm i choinki”. Jestem zbyt krótko, by przekonać się
o istnieniu jednego czy drugiego, ale za to napisy cyrylicą widzę na każdym
kroku.
Okolice domu Neli na pewno nie są zamieszkiwane
przez Rosjan, którzy odnieśli materialny sukces w Hajfie. Widać tu biedę i zaniedbanie
na każdym kroku. Nikt niczego nie wyremontował chyba od dnia, kiedy poprzednio
opuściliśmy Izrael. W zasadzie każdy budynek jest odrapany - z połaciami
odłażącego tynku. Jeśli dach przecieka, to wystarczy deska i dwa gwoździe do utrzymania
na miejscu całego poszarpanego i przyrdzewiałego arkusza blachy. Nikt tu w nic
nie inwestuje. Wiele balkonów i innych powierzchni użytkowych jest za to
przekształconych w składziki starych rupieci, które jeszcze kiedyś mogą się
przydać. Brud i obskurność to niestety teraz główne cechy okolicy, z którą mam tak bliski
sentymentalny związek.
O podupadającej świetności innych części Hajfy mam okazję przekonać się na spacerze nazajutrz. Po mokrej i wietrznej nocy pogoda się uspokaja i udaje mi się „na sucho” przejść szlak spod naszego hotelu przez całe rozciągające się nad nim zbocze Góry Karmel. Są tam schodki, które kiedyś dzień w dzień przemierzałam po drodze z pracy. Przed trzydziestu laty byłam zatrudniona w luksusowej francuskiej restauracji, położonej w Central Carmelu - najbardziej ekskluzywnej wówczas dzielnicy Hajfy. Lokal miał nazwę Tropical Garden i rzeczywiście posiadał wielki, prześliczny ogród w wielkim hangarze, pełen kwitnących roślin, wśród których rozkładano stoliki i krzesła dla biesiadników. Urządzano tam wykwintne przyjęcia, głównie weselne. Dziś na tym miejscu widzę dwa nowe bloki i serce prawie zaczyna mi krwawić. Z mojej restauracji pozostał jedynie niewielki budynek – kiedyś przeznaczony na skromniejsze imprezy – party koktajlowe, potańcówki dyskotekowe czy też posiłki dla zorganizowanych grup, obecnie mieszczący butikowy czterogwiazdkowy hotel. Widziałam jego ofertę na stronie internetowej, i mimo że był w promocji, to i tak nie było mnie na niego stać. Chciałabym kiedyś móc pobyć w środku chociaż wiem, że to może zaboleć.
Rozglądam się wokół po Central Carmelu, próbując odnaleźć obecne dowody na jego ekskluzywność, lecz ich nie dostrzegam. Dzielnica zestarzała się dokładnie tak samo jak całe miasto. Kiedyś Hajfa była dla mnie rajskim ogrodem, pięknym nawet w zimowych miesiącach, dziś widzę ją szarą i zmęczoną upływem czasu. Ale może to nie ona tak się zmieniła tylko ja? Przed trzydziestu laty byłam przecież zupełnie innym człowiekiem. Pewnie nie jest trudno zachwycić kogoś, kto wcześniej niczego nie widział, a na dodatek przybył z miejsca, gdzie królowały socjalistyczne wzorce piękna. Dziś mam już za sobą podróże po świecie, a także takie zmiany w swoim ojczystym kraju, dzięki którym nie muszę się wstydzić za jego wygląd. Obecnie skala porównania jest zupełnie inna. Nie znajduję teraz w Hajfie luksusu, który przed trzydziestu laty jawił się biednemu przybyszowi z Bloku Wschodniego w tak nieosiągalnych w jego miejscu pochodzenia cudach cywilizacji, jak na przykład: jednorazowe foliowe torby na zakupy, plastikowe butelki na napoje, nie mówiąc już nawet o czajnikach bezprzewodowych!
Kiedyś bardzo chciałam pozostać i zamieszkać w Hajfie na stałe. Powstrzymywała mnie tylko myśl, że skazałabym moje przyszłe dzieci, które nigdy nie staną się Żydami, na to, że w tym kraju będą obywatelami drugiej kategorii. Wróciłam do Polski ze względu na nie. I cieszę się obecnie z podjętego trzydzieści lat temu wyboru. Wybacz mi Hajfo – wciąż Cię kocham, ale teraz wiem, że nie potrafiłabym z Tobą pozostać na dłużej. Już tego zresztą wcale nie chcę.
Wyjedżając z Hajfy podejmujemy ostatnią próbę
powrotu do przeszłości. Niestety po wjeździe na szczyt Carmelu zastajemy zamknięty Klasztor Stella Maris - miejsce związane z postacią Ojca Daniela. Inne zabytki miasta,
zaznaczone na jego planie przez uprzejmą recepcjonistkę Art Gallery Hotelu,
jakoś nas nie interesują. Nie robi na nas wrażenia nawet sztandarowa atrakcja
Hajfy, rekomendowana w 100% przez znany turystyczny portal Cholidaycheck:
"W Hajfie, wśród wielu innych atrakcji i zabytków, warto udać się również do niezwykłych wiszących ogrodów Bahai. [...] Od 2008 roku wiszące ogrody Bahai widnieją na liście Światowego Dziedzictwa Kulturowego UNESCO, bywają również określane mianem ósmego cudu świata. Jest to pierwszy tak ważny obiekt, związany z religią, która powstała w czasach nowożytnych."
https://www.holidaycheck.pl/pi/89ed7f3a-d308-3ef9-8823-bac027667498
My omijamy ogrody wraz z mauzoleum zwieńczonym złotą kopułą z daleka.
Widzieliśmy je trzydzieści lat temu, no i cóż, nie dla nich tu wróciliśmy.
Ale trudno oderwać się od wspomnień. Zamiast wybrać najprostszy przejazd do Galilei, która jest następnym celem naszej podróży, kręcimy się po drogach w szczytowej części Góry Karmel, co chwilę wywołując z dawnych czasów cienie naszych ówczesnych znajomych: o tu gdzieś chyba mieszkała Yael, a tu może być osiedle Iris, być może to zakręt pod dom Mistera Gomme... Pewności nie mamy żadnej.
Ale trudno oderwać się od wspomnień. Zamiast wybrać najprostszy przejazd do Galilei, która jest następnym celem naszej podróży, kręcimy się po drogach w szczytowej części Góry Karmel, co chwilę wywołując z dawnych czasów cienie naszych ówczesnych znajomych: o tu gdzieś chyba mieszkała Yael, a tu może być osiedle Iris, być może to zakręt pod dom Mistera Gomme... Pewności nie mamy żadnej.
Wreszcie za uniwersytetem wjeżdżamy na teren Parku Narodowego Góry
Karmel. Tu też gdzieś czai się wspomnienie miłego letniego dnia spędzonego
kiedyś na pikniku z przyjaciółmi. Miejsce nie do odnalezienia, zdajemy sobie
sprawę z ogromu parkowej przestrzeni. Na niebo wreszcie wychodzi słońce. I nagle te sentymenty
przetykane nitkami smutku, które zaczęły nas już przytłaczać, przestają za nami
podążać. Zostawiamy je na drodze za sobą, jak strażników pilnujących powrotnego wjazdu do
Hajfy. My podążamy dalej.
Gubiąc się między polanami i łąkami, pokrytymi dzikimi cyklamenami i czerwonymi anemonami.
Przystając na wiosenne, słoneczne sesje zdjęciowe.
Zbaczając z drogi do miejsc wartych uwagi, jak klasztor El-Muhraqa związany z Prorokiem Eliaszem czy też Kfar Kana, słynące z przemiany wody w wino.
Ciesząc się ciepłymi chwilami błądzenia po właściwie nieturystycznych szlakach.
Galilea otwiera przed nami szeroko swoje bramy. I tak naprawdę to ona okaże się sercem obecnej podróży.
Gubiąc się między polanami i łąkami, pokrytymi dzikimi cyklamenami i czerwonymi anemonami.
Przystając na wiosenne, słoneczne sesje zdjęciowe.
Zbaczając z drogi do miejsc wartych uwagi, jak klasztor El-Muhraqa związany z Prorokiem Eliaszem czy też Kfar Kana, słynące z przemiany wody w wino.
Ciesząc się ciepłymi chwilami błądzenia po właściwie nieturystycznych szlakach.
Galilea otwiera przed nami szeroko swoje bramy. I tak naprawdę to ona okaże się sercem obecnej podróży.
P.s. Relację z Galilei i innych miejsc, odwiedzonych w Izraelu napiszę w wolnej chwili.
