piątek, 29 października 2021

DNI O SMAKU MIODU, CYTRYNY I CZOSNKU

 Wydaje się, że świat znowu pojaśniał. To dzięki temu, że pożółkły drzewa, które wcześniej były wciąż jeszcze zielone. Te zbrązowiałe zaś w większości już zrzuciły liście, ukryte teraz w zadziwiająco, jak na finał października, bujnej trawie. Panorama, którą mogę obecnie obserwować z okien mojej usadowionej w najwyższym punkcie osiedla szkoły zachwyca. Ostatnio codziennie rozpoczynamy z Beatą nasze szkolne dniówki od sprawdzenia, czy na horyzoncie widać Tatry. I przy tej pogodzie, jaka się u nas utrzymuje, najczęściej je widać:). To miło nastraja do pracy, choć sama sytuacja w szkole już taka miła nie jest.

Mamy kolejny wysp kwarantannowych nieobecności zarówno wśród pracowników, jak i uczniów. Tym razem wszystko zaczęło się od zachorowania jednego z przedstawicieli naszego nauczycielskiego grona. Ha, smaczku dodaje fakt, że takiego, który na wiosnę karnie się zaszczepił. Wzbudziło to liczne niesnaski. Głównie wśród nauczycieli zaszczepionych - ci muszą pracować bez względu na to, czy mieli kontakt z osobą zarażoną czy też nie. Trudno się dziwić, ze czują się z tym mało komfortowo i mało bezpiecznie. Pozostali zostali zaklasyfikowani jako zagrożeni chorobą i skierowani przez sanepid na kwarantannę.

Ja na szczęście po raz pierwszy chyba od początku pandemicznej historii jestem w sytuacji, kiedy nie miałam jakiegoś dłuższego kontaktu z pechowym nauczycielem przed jego zachorowaniem. Czuję się więc w miarę spokojnie. Może też po prostu doszłam do wniosku, że bardziej mi szkodzi strach przed pandemią i związany z tym stres niż sama pandemia. Oczywiście może się okazać, że to bardzo zwodnicze poczucie spokoju. Pewnie zamiast się nim napawać, powinnam zacząć zwracać teraz większą uwagę na swoje bezpieczeństwo, gdyż liczba chorych ostatnio bardzo szybko przyrasta. Dziś mamy ich w Polsce 9387.

Ale z drugiej strony obcowanie z różnymi chorobami sezonowymi to dla mnie po tylu latach pracy w szkole normalność. Obecnie również większość naszych dzieciaków ma katar, pokasłuje, kicha, albo też jest zwalniana całymi stadami do domu z powodu bólu brzucha. W tym roku staram się podchodzić do tych objawów tak, jak kiedyś przed laty - bez nadmiaru przytłaczających emocji.

Mojej rodziny także nie ominęły jesienne choroby. Kacper przez ponad tydzień nie mógł się ruszyć z domu, a i mąż powrócił ze szpitala, kaszląc w sposób niemiłosierny. I znów przez dłuższy czas zmartwienia zaciskały mi na szyi swoje długie, mocne palce. Na szczęście wszystko powoli powraca do normy. Nasz student już goni na zajęcia i stara się nadrobić zaległości w języku chińskim - podziwiam, bo to naprawdę niełatwe. Mąż natomiast robi wszystko, by odzyskać utracone siły - trochę to trwa, bo nie korzysta z żadnych farmakologicznych wspomagaczy. W Ochojcu zapewniono go, że jego przeziębienie nie rozwija się w kierunku stanu zapalnego, więc staramy się po prostu przetrwać ten gorszy czas, stosując stare, sprawdzone, domowe sposoby. I tak oto teraz nasze dni mają smak miodu, cytryny i czosnku.

Czekamy, by mąż poczuł się na tyle zdrowy, aby mógł się... zaszczepić. Tak, gdy pisałam o tym, że nie jesteśmy antyszczepionkowcami, tylko osobami nieprzekonanymi do szczepienia, to nie kłamałam. Ale tym razem w Ochojcu znaleźli się ludzie, którzy wpłynęli na mężowe przekonania. Dwoje kardiologów rozmawiało z mężem na temat konsekwencji zarażenia się przez niego koronawirusem przy tym rodzaju schorzeń, jakie są jego udziałem. Pani doktor, pracująca zarazem na oddziale covidowym, oceniła jego szanse przeżycia w takiej sytuacji na... żadne. Opowiadała o ostatnich chwilach równie schorowanych jak mąż, a zarazem zapadających na covid - 19 ludzi i o własnym poczuciu bezsilnności, gdy mimo najszczerszych chęci nic już nie jest w stanie takim osobom pomóc. Bardzo smutne, wręcz przerażające historie i ogrom ludzkich tragedii. Mąż był nimi szczerze poruszony.

Również pielęgniarka, która się nim opiekowała wrzuciła swój kamyk do ogródka.

- My tu się nie testujemy, bo wszyscy jesteśmy zaszczepieni. Ale żyjemy normalnie. I każdy z nas może Pana zarazić czymś, co przyniesie spoza szpitala - ostrzegła męża.

Trudno dyskutować z takimi argumentami. Zwłaszcza, kiedy są podane jako sprawy do przemyślenia, a nie źródło nacisku w nurcie obowiązującej propagandy. Gdy traktuje się ludzi podmiotowo w rozważaniach dotyczących ich zdrowia i przyszłości, w dyskusji pozbawionej propagandowej agresji, atmosfera między rozmówcami oczyszcza się ze zbędnych emocji. I okazuje się, że wtedy można jednak wpłynąć na opornych nawet pacjentów.

Dochodzi do nas wówczas bowiem przypuszczenie, że być może druga strona kieruje się autentyczną troską o nasz los, o nasze życie. I właśnie w ten sposób postanowiliśmy potraktować dobre rady służby zdrowia z Ochojca. Ale może gdzieś w naszym wnętrzu już była wcześniej taka potrzeba, żeby ktoś potrafił nas sensownie do szczepienia przekonać.

To, że tak się stało, staram się teraz traktować jako jeden z pozytywów ostatniego mężowego pobytu w szpitalu. Tak, są też inne. Pozytywną stroną czasu spędzonego w Ochojcu było oczywiście przede wszystkim postawienie przedoperacyjnej diagnozy. I w tym zakresie okazało się, po pierwsze, że mimo podejrzeń ratowników medycznych z naszego miasta do zawału u męża nie doszło (skończyło się na przeciążeniu mięśnia sercowego), a po drugie, iż można też wykluczyć u niego wieńcówkę. Tak więc powody do radości są.

Ale też i do obaw. Niestety ochojski anestezjolog potwierdził to, przed czym wcześniej ostrzegał nas naczyniowiec i kardiolożka pracująca w naszym mieście. Otóż największe ryzyko dla męża przyniesie nie czas operacji, ale kilka najbliższych po niej miesięcy. I niestety szacunki w tym względzie wyglądają przerażająco. Anestezjolog określił ryzyko śmierci w takim okresie na 50%. Nogi się pod nami ugięły z wrażenia.

Ale i tak decyzji w sprawie operacji nie sposób zmienić.

- A jakie pan ma wyjście? - pyta retorycznie anestezjolog. - Pogorszenie może zacząć przyspieszać i za chwilę stan zrobi się taki, że już nic nie będzie się dało u pana uratować.

No więc cóż. Operacja jest umówiona wstępnie na styczeń. Kardiochirurg, który chciał ją wykonać już 3 tygodnie po badaniach, dał się przekonać, żeby zostawić mężowi jeszcze czas na spokojne przeżycie Świąt Bożego Narodzenia. Potem już chyba nie da się i nie ma sensu niczego dłużej odwlekać.

A do tego momentu trzeba przestać myśleć o zagrożeniach oraz ostatecznościach i skoncentrować się na tym, co przynosi bieżące życie. Nasza codzienność jest wystarczająco wymagająca i trzeba podołać jej wyzwaniom każdego dnia. Do porannych przymrozków dołączyły ostatnio chłodne mgły. Świat zmienia się na coraz bardziej listopadowy i .nostalgiczny. Zaczyna się weekend Wszystkich Świętych...

sobota, 16 października 2021

PRZERWA W ZMARTWIENIACH


Trudno było nie zauważyć, że tegoroczne październikowe dni stają się coraz zimniejsze i zimniejsze. Ale i tak pierwszy przymrozek był dla mnie dużym zaskoczeniem.

No i oczywiście przepiękny, kolorowy świat, który miałam za oknami nagle zrobił się surowy i dojrzale jesienny. Zniknęła prawie całkiem czerwień winorośli, a i żółte klonowe liście skuliły się i pomarszczyły. Świat powoli przyodziewa się w rdzę i brązy. I nie to, żeby stało się brzydko, po prostu  po tej nagłej zmianie kolorów zrobiło się na nim jakoś całkiem inaczej.

Aż trudno uwierzyć, że to wszystko tak szybko przemija, dopiero co było lato, którym zresztą w ogóle nie zdążyłam się nacieszyć. Lato w przesiedzeniu nad książkami, niekoniecznie porywającymi, w zmęczeniu po intensywnej pracy umysłowej i stresie, w zmartwieniu chorobą Kacpra. Nawet wakacyjny wyjazd do Rumunii niczego radykalnie nie zmienił. Bo chociaż naprawdę przeżyliśmy w jego trakcie wiele pięknych i niezapomnianych chwil, to jednak czuliśmy się tak zmęczeni codziennymi trudnościami organizacyjnymi (a wyjechaliśmy już w stanie zmęczenia letnimi trudnościami), że w końcu bardzo szybko i z chęcią rozpoczęliśmy rozmowy na temat powrotu do domu. Bo może tak naprawdę to mentalnie z niego wcale nie wyjechaliśmy? Gdy myśli zostają daleko od nas - przy dziecku, zwierzakach, czy domowych sprawach do załatwienia, to bardzo trudno przeżyć swoją podróż w "tu i teraz".

Poza tym w jej trakcie szybko okazało się, że ogarnianie noclegów z dnia na dzień jest dla nas bardziej stresujące i trudne niż wcześniej przypuszczaliśmy, a nocowanie w tym, co pozostało po rezerwacjach innych turystów nie zawsze spełniało nasze oczekiwania.

- Teraz wszyscy chcą wyjechać po długim okresie zamknięcia - tłumaczyła mi recepcjonistka z Hotelu Continental w Suceavie, gdy chciałam (oczywiście bez skutku) przedłużyć nasz pobyt. Dodatkowo, jak się okazało, w Rumunii, również tak jak w Polsce, mieszkańcy kraju korzystają z rozdanych przez rząd bonów wakacyjnych. Wprawdzie nie wiemy, na jakich zasadach, ale na własnej skórze odczuliśmy, że to przyczynia się do wzmożonego ruchu turystycznego. Czyli tak naprawdę sytuacja Rumunów nie różniła się od tej w naszym kraju.

I tak mieliśmy więc szczęście, że te noclegi dla nas (i w naszym przedziale cenowym) jakoś się znajdowały po drodze. Ale pełnych obaw chwil, w których nie byliśmy pewni, czy tym razem zakończymy dzień z przyzwoitym dachem nad głową nie wspominamy szczególnie miło.

Właściwie ze wstydem przyłapuję się na tym, że gdy sięgam myślą wstecz, to moje najpiękniejsze rumuńskie wspomnienia nie dotyczą tego, co zwiedziłam, czy też które z “must see” odwiedziłam, ale raczej koncentrują się na tych chwilach, gdy się obijałam, nie bacząc na okoliczne zabytki i miejsca polecane w przewodnikach. I najmilej wspominam... przerwy w podróży - w tym te ze spotkanymi ludźmi w podróży, miejsca piknikowe, relaks na trawie nad rzeczką, moczenie się w basenach, a nade wszystko w jakuzzi pod gwiazdami:). Jak więc widać, mimo wszystko i tak zapewniliśmy sobie niebagatelną ilość ciepłych wspomnień:).

Tyle że, z upływem każdego jesiennego dnia coraz słabiej nas one rozgrzewają. Teraz ciepła musimy szukać w tym, co dzieje się dobrego wokół nas w bieżącym życiu. No i mimo, że może nie są to wydarzenia godne fajerwerków, to stanowią dawno wyczekiwaną zmianę w mocno dołującej nas od jakiegoś czasu codzienności.

Wyliczam więc teraz to, co mnie ucieszyło ostatnio:

1. Przede wszystkim Kacper - to, że mimo choroby podjął wyzwanie i wystartował w studenckie życie i studencki rytm pracy. Nawet jeśli ta sytuacja z jakiegoś powodu się zmieni (wczoraj chłopak już sygnalizował przeziębienie), to i tak jestem szczęśliwa z tego, co na razie.

2. Teraz o tym, jak bardzo powody do radości mogą być nieoczywiste. Cała sytuacja ma związek z wydarzeniami z zeszłego tygodnia, kiedy to mąż wezwany jako osoba niepełnosprawna do jednej z miejscowych instytucji, zasłabł podczas wchodzenia na schody. Tam zastała go jakaś miła pracownica i mimo mężowych protestów wezwała pogotowie. Ratownicy zrobili mężowi EKG i... się przerazili. Po telefonicznej konsultacji z kardiologiem postawili diagnozę - zawał serca:(. Próbowali zabrać męża do szpitala, ale oczywiście on zrezygnował z tej możliwości. Wrócił do domu, twierdząc, że już mu wszystko przeszło i nie czuje, żeby działo się z nim coś innego niż zwykle. Ja też jakiejś zmiany w jego samopoczuciu i zachowaniu nie widzę. Więc muszę się przyznać, że mąż mnie przekonał (choć może tego po prostu bardzo chciałam), że nic groźnego się nie dzieje i że trudno orzec zawał na postawie telefonicznej konsultacji z kardiologiem (tu radość:). No ale oczywiście cień obaw pozostał. I dlatego cieszę się, że na jutro mąż jest zapisany na badania przedoperacyjne do kliniki w Ochojcu. To radość z tego powodu, że nikt mu terminu nie odwołał, co w tym trudnym w służbie zdrowia czasie też było wcześniej powodem niepokoju. Będę spokojniejsza, kiedy szpitalni kardiolodzy spojrzą na mężowe serce fachowym okiem.

3. Na koniec o mojej sytuacji. Mam wrażenie, że antydepresanty, choć wciąż zażywane w połowie poprzedniej dawki, jednak zadziałały. Powoli wyciszają się odczucia, które mnie strasznie wyczerpywały przez ostatnie miesiące. Już mi te strachy związane z sytuacją covidową coraz mniej straszne. W związku z tym w swojej szkole czuję się coraz pewniej, mimo że dopiero co zaliczyliśmy jako instytucja przyznany nam przez sanepid status ogniska rozprzestrzeniania koronawirusa. Mieliśmy klasy na kwarantannie, chorych nauczycieli i uczniów (w tym oczywiście takich, z którymi na przykład debatowałam całą długą przerwę przed ich zachorowaniem), ale jakoś mimo wszystko uniknęłam choroby.

Teraz sytuacja w naszej szkole wygląda na opanowaną. Ja też tak teraz coraz bardziej wygladam:). I od razu pracuje mi się lepiej. A to zaowocowało przyznaną mi przedwczoraj (Dzień Nauczyciela) nagrodą dyrektora "za osiągnięcia w pracy dydaktyczno - wychowawczej". Cieszę się:).

I jeszcze jedno: w mojej szkole oficjalnie i ostatecznie zamknięto już punkt szczepień. Może to wreszcie znak, że pandemia powoli odchodzi w przeszłość? Wczoraj mieliśmy 2771 nowych przypadków zarażenia. Czyli jeszcze nie jest tak źle. Rok temu o tej porze było ich znacznie więcej.

staram się cieszyć tym, że taka dobra przerwa w tym codziennym szarpaniu się z życiem - piszę do Oli, z którą tego samego dnia zostałyśmy magistrami psychologii.

Dość się już zamartwiałam ostatnio. Jak to dobrze, że mogę sobie zrobić w tym zamartwianiu chociaż jakąś krótką przerwę:). Jak widać, chyba w każdej sytuacji można się doszukać powodów do radości:).

piątek, 8 października 2021

O STARYCH PEDAGOGACH I NOWYCH TECHNOLOGIACH

Kiedy lata temu zaczynałam pracę w zawodzie pedagoga szkolnego, przekonawszy samą siebie, że to chwilowe zajęcie, to miałam przy tym pewną wizję tego, kto się do takiej pracy nadaje. Zgodnie z nią ów wyobrażony sobie “przyjaciel dzieci i młodzieży” od strony psychiczno-duchowej powinien posiadać wszelkie możliwe przymioty - to miał być po prostu ideał wychowawczy. Pod względem fizycznym zaś stawiałam tylko jeden warunek. Ten ktoś miał koniecznie być ... młody. Bo w moim odczuciu młodość gwarantowała możliwość porozumienia z innymi młodymi, zrozumienia ich świata, udzielenia pomocy w radzeniu sobie z jego najbardziej aktualnymi i dobrze znanymi pomagaczowi problemowymi obszarami.

Konieczność odejścia z zawodu, gdy tylko młodość przeminie, motywowałam mniej więcej takimi słowy:

- Trudno sobie wyobrazić, że dzieciom będzie potrzebna w zmaganiu się z ich problemami sześćdziesięcioletnia, niedosłysząca, niedowidząca babcia, która podpierając się laseczką z trudem przemieszcza się po szkolnym korytarzu do swojego gabinetu. Nie da się pracować w tym zawodzie do emerytury.

Los mnie pokarał za te słowa. Praca w szkole mnie wciągnęła, nie koncentrowałam się na upływających szybko latach. Zanim się spostrzegłam, zrobił ze mnie pedagogiczną babcię. Wprawdzie jeszcze widzę i słyszę dość dobrze (a przynajmniej tak mi się zdaje:) i z laseczki nie korzystam, ale do sześćdziesięciu lat dobiję już w przyszłym miesiącu. Czyli jednak emerytura zastanie mnie na stanowisku pedagoga szkolnego.

Czy mam świadomość problemów, z którymi borykają się współczesne dzieci? Pewnie nie całkiem, ale z latami wykonywania swojego zawodu doszłam do przekonania, że nikt z dorosłych jej nie ma. Bo życie pędzi tak szybko, generując wciąż nowe płaszczyzny, na których pojawiają się wciąż nowe zagrożenia. Nawet nauczyciele tuż po studiach mogą nie mieć pojęcia, z czym muszą mierzyć się osoby kilka, kilkanaście lat młodsze od nich. To już przeważnie zbyt duża różnica wieku. Tym bardziej dotyczy to rodziców, których od własnych dzieci dzieli już całe pokolenie doświadczeń.

Uświadamiam sobie to bardzo ostro uczestnicząc w kolejnych szkoleniach doskonalących warsztat pracy. Formuła online jest tu genialną pomocą. Nigdy nie udało mi się wziąć udziału w tylu konferencjach, kursach, warsztatach, co podczas pracy zdalnej. Zawsze brakowało czasu albo możliwości zwolnienia z pracy. Teraz zaś wystarczy tylko usiąść przy komputerze - koniec z dojazdami w różne, czasem naprawdę odległe miejsca. Mało tego, większość webinarów odbywa się wieczorem  - na spokojnie po skończonym dniu nawet domowej pracy. I jest tego tyle, że można wybierać naprawdę same wyjątkowo ciekawe oferty.  Więc wybieram, uczestniczę i korzystam...

Ostatnio dość dużo czasu poświeciłam doskonaleniu zawodowemu z zakresu bezpieczeństwa uczniów w świecie nowych technologii. Ten przykład chyba najlepiej uświadamia, jak bardzo trudno nam dorosłym nadążyć za zmianami, które są udziałem naszych dzieci.

Niedawno jeden z szóstoklasistów spytał mnie, jakie są moje ulubione gry komputerowe. Uczciwie odpowiedziałam, że nie gram w takie. P.... na to:

- No dobra, ale w co Pani grała, gdy była mała?

Nasze dzieci zastały świat już z całym dobrodziejstwem (i przytłaczającym bagażem) technologii, o których nam się kiedyś nie śniło. Na moich oczach do codziennego użytku weszły najpierw magnetowidy, potem komórki, komputery, wreszcie sieci internetowe. Teraz widzę, że nawet własnych dzieci nie byłam w stanie przygotować na zderzenie się z zagrożeniami, które przyniosły. Nie miałam o nich pojęcia. Nowinki techniczne zawsze wymagają czasu, by dokładnie zbadać ich możliwości. Problem w tym, że dzieci eksperymentują z nimi w tym samym czasie, a nawet wielokrotnie wcześniej i szybciej niż my. W jaki sposób więc możemy je przygotować na rozsądne i bezpieczne używanie nowych technologii? Bo mam wrażenie, ze kiedy już my dorośli sformułujemy wreszcie zasady dotyczące konkretnego obszaru technologicznego, to młodzi już są w jakimś kolejnym. Jakby zawsze o krok przed nami...

Teraz widzę więc, że nawet jako matka nie przygotowałam moich dzieci na nowinki, w które weszli przede mną - media społecznościowe, internetowy hejt, cyberprzemoc... W szkole też dopiero od niedawna o tym mówimy. Nawet jeśli staramy się ją zmieniać i przystosowywać do współczesności, to i tak nie nadążamy za życiem.

Przy okazji ostatniej konferencji online na temat bezpieczeństwa dzieci w sieci mieliśmy okazję obejrzeć film dokumentalny pt. “Influencer”. Dla nas dorosłych znów nowy obszar zainteresowań, ale, jak się wydaje, przez naszych uczniów już od dawna eksplorowany. No bo jak inaczej rozumieć wyniki badań, o których napisano w tekście reklamującym dokument?

Influencer. W pogoni za lajkami” to film opowiadający o tym, jak działa świat nastoletnich influencerów, którzy obecnie są dla wielu dzieci i nastolatków autorytetem i wzorem do naśladowania. Ich obserwatorzy podążają za ich podpowiedziami (np. zakupowymi), patrzą na ich życie, pełne bogactwa, luksusu i blichtru. Pragną dosięgnąć do pokazywanego ideału. Sami pragną zostać influencerami, czego dowodzą badania na temat preferowanych zawodów - aż 48% badanych dziewcząt w wieku 10-15 lat widzi swoją karierę w prowadzeniu swojego kanału w mediach społecznościowych.
https://www.facebook.com/bezpiecznyinternet/photos/gm.1011425603041099/4247846998615354/

To niesamowite, że dopiero zaczynamy mówić o tym zjawisku, gdy przybrało ono tak masowe rozmiary. Czy my w ogóle jeszcze rozumiemy świat naszych dzieci?

Świat influencerów, youtuberów, vlogerów wszelkiej maści...

Streamują (transmisja na żywo w internecie ) teraz chyba wszyscy - autystyczna dziewczynka przedstawia się na moich zajęciach (i nie tylko) jako youtuberka i chwali się swoimi wrzutkami do sieci, chłopczyk z trzeciej klasy, który jeszcze niestety nie nauczył się czytać i pisać bierze przykład ze swojego idola Friza z Ekipy i umieszcza filmiki w internecie, przeżywając wzrastające (lub nie) ilości lajków, nawet mój syn działa w ramach jakiejś stworzonej przez siebie grupy poświęconej grom komputerowym. Czy my dorośli potrafimy w pełni zrozumieć ten świat? Świat równoległy, w którym żyją nasze dzieci? Świat, wydający nam się często iluzją, wykreowaną dla zysku wizją, kłamstwem stworzonym pod jak najliczniejszą publikę? 

Ale dzieci trudno byłoby o tym przekonać. Dla młodych ludzi to wzorzec wyznaczający zachowania, ideał życiowy, marzenie, za którym podążają... Jako dorośli nie potrafiliśmy ich ustrzec przed takim widzeniem świata oglądanego na ekranach monitorów i komórek. I żadne to pocieszenie, że w przyszłości oni też nie ustrzegą swoich dzieci przed zagrożeniami, które jeszcze nadejdą. Nawet jeśli będą mieli do pomocy w tym zadaniu cały sztab bardzo młodych pedagogów...