Trudno było nie zauważyć, że tegoroczne październikowe dni stają się coraz zimniejsze i zimniejsze. Ale i tak pierwszy przymrozek był dla mnie dużym zaskoczeniem.
No i oczywiście przepiękny, kolorowy świat, który miałam za oknami nagle zrobił się surowy i dojrzale jesienny. Zniknęła prawie całkiem czerwień winorośli, a i żółte klonowe liście skuliły się i pomarszczyły. Świat powoli przyodziewa się w rdzę i brązy. I nie to, żeby stało się brzydko, po prostu po tej nagłej zmianie kolorów zrobiło się na nim jakoś całkiem inaczej.
Aż trudno uwierzyć, że to wszystko tak szybko przemija, dopiero co było lato, którym zresztą w ogóle nie zdążyłam się nacieszyć. Lato w przesiedzeniu nad książkami, niekoniecznie porywającymi, w zmęczeniu po intensywnej pracy umysłowej i stresie, w zmartwieniu chorobą Kacpra. Nawet wakacyjny wyjazd do Rumunii niczego radykalnie nie zmienił. Bo chociaż naprawdę przeżyliśmy w jego trakcie wiele pięknych i niezapomnianych chwil, to jednak czuliśmy się tak zmęczeni codziennymi trudnościami organizacyjnymi (a wyjechaliśmy już w stanie zmęczenia letnimi trudnościami), że w końcu bardzo szybko i z chęcią rozpoczęliśmy rozmowy na temat powrotu do domu. Bo może tak naprawdę to mentalnie z niego wcale nie wyjechaliśmy? Gdy myśli zostają daleko od nas - przy dziecku, zwierzakach, czy domowych sprawach do załatwienia, to bardzo trudno przeżyć swoją podróż w "tu i teraz".
Poza tym w jej trakcie szybko okazało się, że ogarnianie noclegów z dnia na dzień jest dla nas bardziej stresujące i trudne niż wcześniej przypuszczaliśmy, a nocowanie w tym, co pozostało po rezerwacjach innych turystów nie zawsze spełniało nasze oczekiwania.
- Teraz wszyscy chcą wyjechać po długim okresie zamknięcia - tłumaczyła mi recepcjonistka z Hotelu Continental w Suceavie, gdy chciałam (oczywiście bez skutku) przedłużyć nasz pobyt. Dodatkowo, jak się okazało, w Rumunii, również tak jak w Polsce, mieszkańcy kraju korzystają z rozdanych przez rząd bonów wakacyjnych. Wprawdzie nie wiemy, na jakich zasadach, ale na własnej skórze odczuliśmy, że to przyczynia się do wzmożonego ruchu turystycznego. Czyli tak naprawdę sytuacja Rumunów nie różniła się od tej w naszym kraju.
I tak mieliśmy więc szczęście, że te noclegi dla nas (i w naszym przedziale cenowym) jakoś się znajdowały po drodze. Ale pełnych obaw chwil, w których nie byliśmy pewni, czy tym razem zakończymy dzień z przyzwoitym dachem nad głową nie wspominamy szczególnie miło.
Właściwie ze wstydem przyłapuję się na tym, że gdy sięgam myślą wstecz, to moje najpiękniejsze rumuńskie wspomnienia nie dotyczą tego, co zwiedziłam, czy też które z “must see” odwiedziłam, ale raczej koncentrują się na tych chwilach, gdy się obijałam, nie bacząc na okoliczne zabytki i miejsca polecane w przewodnikach. I najmilej wspominam... przerwy w podróży - w tym te ze spotkanymi ludźmi w podróży, miejsca piknikowe, relaks na trawie nad rzeczką, moczenie się w basenach, a nade wszystko w jakuzzi pod gwiazdami:). Jak więc widać, mimo wszystko i tak zapewniliśmy sobie niebagatelną ilość ciepłych wspomnień:).
Tyle że, z upływem każdego jesiennego dnia coraz słabiej nas one rozgrzewają. Teraz ciepła musimy szukać w tym, co dzieje się dobrego wokół nas w bieżącym życiu. No i mimo, że może nie są to wydarzenia godne fajerwerków, to stanowią dawno wyczekiwaną zmianę w mocno dołującej nas od jakiegoś czasu codzienności.
Wyliczam więc teraz to, co mnie ucieszyło ostatnio:
1. Przede wszystkim Kacper - to, że mimo choroby podjął wyzwanie i wystartował w studenckie życie i studencki rytm pracy. Nawet jeśli ta sytuacja z jakiegoś powodu się zmieni (wczoraj chłopak już sygnalizował przeziębienie), to i tak jestem szczęśliwa z tego, co na razie.
2. Teraz o tym, jak bardzo powody do radości mogą być nieoczywiste. Cała sytuacja ma związek z wydarzeniami z zeszłego tygodnia, kiedy to mąż wezwany jako osoba niepełnosprawna do jednej z miejscowych instytucji, zasłabł podczas wchodzenia na schody. Tam zastała go jakaś miła pracownica i mimo mężowych protestów wezwała pogotowie. Ratownicy zrobili mężowi EKG i... się przerazili. Po telefonicznej konsultacji z kardiologiem postawili diagnozę - zawał serca:(. Próbowali zabrać męża do szpitala, ale oczywiście on zrezygnował z tej możliwości. Wrócił do domu, twierdząc, że już mu wszystko przeszło i nie czuje, żeby działo się z nim coś innego niż zwykle. Ja też jakiejś zmiany w jego samopoczuciu i zachowaniu nie widzę. Więc muszę się przyznać, że mąż mnie przekonał (choć może tego po prostu bardzo chciałam), że nic groźnego się nie dzieje i że trudno orzec zawał na postawie telefonicznej konsultacji z kardiologiem (tu radość:). No ale oczywiście cień obaw pozostał. I dlatego cieszę się, że na jutro mąż jest zapisany na badania przedoperacyjne do kliniki w Ochojcu. To radość z tego powodu, że nikt mu terminu nie odwołał, co w tym trudnym w służbie zdrowia czasie też było wcześniej powodem niepokoju. Będę spokojniejsza, kiedy szpitalni kardiolodzy spojrzą na mężowe serce fachowym okiem.
3. Na koniec o mojej sytuacji. Mam wrażenie, że antydepresanty, choć wciąż zażywane w połowie poprzedniej dawki, jednak zadziałały. Powoli wyciszają się odczucia, które mnie strasznie wyczerpywały przez ostatnie miesiące. Już mi te strachy związane z sytuacją covidową coraz mniej straszne. W związku z tym w swojej szkole czuję się coraz pewniej, mimo że dopiero co zaliczyliśmy jako instytucja przyznany nam przez sanepid status ogniska rozprzestrzeniania koronawirusa. Mieliśmy klasy na kwarantannie, chorych nauczycieli i uczniów (w tym oczywiście takich, z którymi na przykład debatowałam całą długą przerwę przed ich zachorowaniem), ale jakoś mimo wszystko uniknęłam choroby.
Teraz sytuacja w naszej szkole wygląda na opanowaną. Ja też tak teraz coraz bardziej wygladam:). I od razu pracuje mi się lepiej. A to zaowocowało przyznaną mi przedwczoraj (Dzień Nauczyciela) nagrodą dyrektora "za osiągnięcia w pracy dydaktyczno - wychowawczej". Cieszę się:).
I jeszcze jedno: w mojej szkole oficjalnie i ostatecznie zamknięto już punkt szczepień. Może to wreszcie znak, że pandemia powoli odchodzi w przeszłość? Wczoraj mieliśmy 2771 nowych przypadków zarażenia. Czyli jeszcze nie jest tak źle. Rok temu o tej porze było ich znacznie więcej.
staram się cieszyć tym, że taka dobra przerwa w tym codziennym szarpaniu się z życiem - piszę do Oli, z którą tego samego dnia zostałyśmy magistrami psychologii.
Dość się już zamartwiałam ostatnio. Jak to dobrze, że mogę sobie zrobić w tym zamartwianiu chociaż jakąś krótką przerwę:). Jak widać, chyba w każdej sytuacji można się doszukać powodów do radości:).
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz