Wydaje się, że świat znowu pojaśniał. To dzięki temu, że pożółkły drzewa, które wcześniej były wciąż jeszcze zielone. Te zbrązowiałe zaś w większości już zrzuciły liście, ukryte teraz w zadziwiająco, jak na finał października, bujnej trawie. Panorama, którą mogę obecnie obserwować z okien mojej usadowionej w najwyższym punkcie osiedla szkoły zachwyca. Ostatnio codziennie rozpoczynamy z Beatą nasze szkolne dniówki od sprawdzenia, czy na horyzoncie widać Tatry. I przy tej pogodzie, jaka się u nas utrzymuje, najczęściej je widać:). To miło nastraja do pracy, choć sama sytuacja w szkole już taka miła nie jest.
Mamy kolejny wysp kwarantannowych nieobecności zarówno wśród pracowników, jak i uczniów. Tym razem wszystko zaczęło się od zachorowania jednego z przedstawicieli naszego nauczycielskiego grona. Ha, smaczku dodaje fakt, że takiego, który na wiosnę karnie się zaszczepił. Wzbudziło to liczne niesnaski. Głównie wśród nauczycieli zaszczepionych - ci muszą pracować bez względu na to, czy mieli kontakt z osobą zarażoną czy też nie. Trudno się dziwić, ze czują się z tym mało komfortowo i mało bezpiecznie. Pozostali zostali zaklasyfikowani jako zagrożeni chorobą i skierowani przez sanepid na kwarantannę.
Ja na szczęście po raz pierwszy chyba od początku pandemicznej historii jestem w sytuacji, kiedy nie miałam jakiegoś dłuższego kontaktu z pechowym nauczycielem przed jego zachorowaniem. Czuję się więc w miarę spokojnie. Może też po prostu doszłam do wniosku, że bardziej mi szkodzi strach przed pandemią i związany z tym stres niż sama pandemia. Oczywiście może się okazać, że to bardzo zwodnicze poczucie spokoju. Pewnie zamiast się nim napawać, powinnam zacząć zwracać teraz większą uwagę na swoje bezpieczeństwo, gdyż liczba chorych ostatnio bardzo szybko przyrasta. Dziś mamy ich w Polsce 9387.
Ale z drugiej strony obcowanie z różnymi chorobami sezonowymi to dla mnie po tylu latach pracy w szkole normalność. Obecnie również większość naszych dzieciaków ma katar, pokasłuje, kicha, albo też jest zwalniana całymi stadami do domu z powodu bólu brzucha. W tym roku staram się podchodzić do tych objawów tak, jak kiedyś przed laty - bez nadmiaru przytłaczających emocji.
Mojej rodziny także nie ominęły jesienne choroby. Kacper przez ponad tydzień nie mógł się ruszyć z domu, a i mąż powrócił ze szpitala, kaszląc w sposób niemiłosierny. I znów przez dłuższy czas zmartwienia zaciskały mi na szyi swoje długie, mocne palce. Na szczęście wszystko powoli powraca do normy. Nasz student już goni na zajęcia i stara się nadrobić zaległości w języku chińskim - podziwiam, bo to naprawdę niełatwe. Mąż natomiast robi wszystko, by odzyskać utracone siły - trochę to trwa, bo nie korzysta z żadnych farmakologicznych wspomagaczy. W Ochojcu zapewniono go, że jego przeziębienie nie rozwija się w kierunku stanu zapalnego, więc staramy się po prostu przetrwać ten gorszy czas, stosując stare, sprawdzone, domowe sposoby. I tak oto teraz nasze dni mają smak miodu, cytryny i czosnku.
Czekamy, by mąż poczuł się na tyle zdrowy, aby mógł się... zaszczepić. Tak, gdy pisałam o tym, że nie jesteśmy antyszczepionkowcami, tylko osobami nieprzekonanymi do szczepienia, to nie kłamałam. Ale tym razem w Ochojcu znaleźli się ludzie, którzy wpłynęli na mężowe przekonania. Dwoje kardiologów rozmawiało z mężem na temat konsekwencji zarażenia się przez niego koronawirusem przy tym rodzaju schorzeń, jakie są jego udziałem. Pani doktor, pracująca zarazem na oddziale covidowym, oceniła jego szanse przeżycia w takiej sytuacji na... żadne. Opowiadała o ostatnich chwilach równie schorowanych jak mąż, a zarazem zapadających na covid - 19 ludzi i o własnym poczuciu bezsilnności, gdy mimo najszczerszych chęci nic już nie jest w stanie takim osobom pomóc. Bardzo smutne, wręcz przerażające historie i ogrom ludzkich tragedii. Mąż był nimi szczerze poruszony.
Również pielęgniarka, która się nim opiekowała wrzuciła swój kamyk do ogródka.
- My tu się nie testujemy, bo wszyscy jesteśmy zaszczepieni. Ale żyjemy normalnie. I każdy z nas może Pana zarazić czymś, co przyniesie spoza szpitala - ostrzegła męża.
Trudno dyskutować z takimi argumentami. Zwłaszcza, kiedy są podane jako sprawy do przemyślenia, a nie źródło nacisku w nurcie obowiązującej propagandy. Gdy traktuje się ludzi podmiotowo w rozważaniach dotyczących ich zdrowia i przyszłości, w dyskusji pozbawionej propagandowej agresji, atmosfera między rozmówcami oczyszcza się ze zbędnych emocji. I okazuje się, że wtedy można jednak wpłynąć na opornych nawet pacjentów.
Dochodzi do nas wówczas bowiem przypuszczenie, że być może druga strona kieruje się autentyczną troską o nasz los, o nasze życie. I właśnie w ten sposób postanowiliśmy potraktować dobre rady służby zdrowia z Ochojca. Ale może gdzieś w naszym wnętrzu już była wcześniej taka potrzeba, żeby ktoś potrafił nas sensownie do szczepienia przekonać.
To, że tak się stało, staram się teraz traktować jako jeden z pozytywów ostatniego mężowego pobytu w szpitalu. Tak, są też inne. Pozytywną stroną czasu spędzonego w Ochojcu było oczywiście przede wszystkim postawienie przedoperacyjnej diagnozy. I w tym zakresie okazało się, po pierwsze, że mimo podejrzeń ratowników medycznych z naszego miasta do zawału u męża nie doszło (skończyło się na przeciążeniu mięśnia sercowego), a po drugie, iż można też wykluczyć u niego wieńcówkę. Tak więc powody do radości są.
Ale też i do obaw. Niestety ochojski anestezjolog potwierdził to, przed czym wcześniej ostrzegał nas naczyniowiec i kardiolożka pracująca w naszym mieście. Otóż największe ryzyko dla męża przyniesie nie czas operacji, ale kilka najbliższych po niej miesięcy. I niestety szacunki w tym względzie wyglądają przerażająco. Anestezjolog określił ryzyko śmierci w takim okresie na 50%. Nogi się pod nami ugięły z wrażenia.
Ale i tak decyzji w sprawie operacji nie sposób zmienić.
- A jakie pan ma wyjście? - pyta retorycznie anestezjolog. - Pogorszenie może zacząć przyspieszać i za chwilę stan zrobi się taki, że już nic nie będzie się dało u pana uratować.
No więc cóż. Operacja jest umówiona wstępnie na styczeń. Kardiochirurg, który chciał ją wykonać już 3 tygodnie po badaniach, dał się przekonać, żeby zostawić mężowi jeszcze czas na spokojne przeżycie Świąt Bożego Narodzenia. Potem już chyba nie da się i nie ma sensu niczego dłużej odwlekać.
A do tego momentu trzeba przestać myśleć o zagrożeniach oraz ostatecznościach i skoncentrować się na tym, co przynosi bieżące życie. Nasza codzienność jest wystarczająco wymagająca i trzeba podołać jej wyzwaniom każdego dnia. Do porannych przymrozków dołączyły ostatnio chłodne mgły. Świat zmienia się na coraz bardziej listopadowy i .nostalgiczny. Zaczyna się weekend Wszystkich Świętych...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz