Listopadowe dni budziły się ostatnio spowite mgłą bądź zapłakane deszczem. Dziś wreszcie znowu zaświeciło słońce i wprowadziło kolory - mimo że stonowane i oszczędne, to jednak ożywiające ten dosyć surowy obraz jesiennego świata. Jest on już niemal bezlistny, tylko jeszcze modrzewie za oknami trzymają na gałęziach sporo swoich żółtawych igiełek, a jeden z dębów w dolinie rzeki stoi nadal wystrojony w zeschnięty brąz. Ale i tak to wszystko dla mnie jest niezmiennie piękne. Chciałam teraz dopisać coś o tym, że “piękno leży w oku patrzącego”, ale ponieważ internet przypisuje tę mądrość dziesiątkom osób, to jakoś trudno mi się powołać na słowa, których autora z powodu niewiedzy nie sposób tu nawet docenić.
Ostatnio coraz rzadziej przygotowuję wpisy na bloga.
- W moim życiu nic ekscytującego się nie dzieje - tłumaczę koledze pedagogowi z pracy. - A przemyślenia? Kto by sobie nimi głowę zawracał? Przecież to też nic odkrywczego. Po co więc pisać?
I to wszystko prawda. Czy bowiem jedyny nadprogramowy wyjazd - na szczepienie męża do Krakowa, jaki nam się ostatnio przydarzył, moglibyśmy traktować jako ekscytujący czy też odkrywczy? Poza tym u nas kompletna rutyna i codzienność zgodna z mało wyszukanym planem.
Rzecz w tym, że ja to swoje życie takie nieekscytujące i nieodkrywcze po prostu lubię. Ukryłam się w nim przed światem, który po śmierci dziecka przestałam postrzegać jako miejsce bezpieczne i przewidywalne. I dobrze mi tak przycupniętej w życiowym kąciku. Sprawia mi przyjemność przyglądanie się stamtąd rzeczom, które lubię. Coraz częściej myślę, że, jak dla mnie, to wystarczy...
Lubię ciepłe światło, które wraz ze słońcem zagląda mi z upływem dnia w coraz to inne okno salonu i wyzłaca, a to rozkwitające w wielkiej obfitości na parapetach kolorowe pąki grudnika (zastępujące dopiero co pożegnane kwiaty wielkanocnego kaktusa), a to liście Bartkowego drzewka bonzai, które znowu co rusz wypuszcza nieokiełznane gałązki, chcąc być na powrót zwyczajnym fikusem, czy też pozostałe z poprzednich świąt poinsencje, co zrzuciły ostatni liść o barwie ognia dopiero w zeszłym tygodniu, po tym jak wybarwiały się na czerwono przez całą wiosnę i lato. Wszystko to trochę jakby bez zgodności z obowiązującym kalendarzem:).
W pochmurne dni też jest mimo wszystko pięknie. Lubię swojego nowego amarylisa, który w krwistoczerwonym ukwieceniu czeka już na moje sześćdziesiąte urodziny. Lubię, kiedy kot wślizguje się między rozstawioną na liliowym obrusie delikatną porcelanę i dopełnia dekoracji na stole:) I gdy wieczorem pokój rozjaśnia się nieco tajemniczym blaskiem nowo nabytej lampki z błękitnym abażurem.
No dobra, niech będzie: “piękno leży w oku patrzącego”, bez względu na to, kto jest autorem tych słów.
*
P. S. Taka sytuacja już po napisaniu posta:
niedzielna kolacja, talerze z parującym ciepłym daniem wjeżdżają na stół, za oknem ciemność chłód i mżawka, dzwoni Kacper. I ten, kto ma dzieci momentalnie rozszyfruje, co znaczą jego słowa:
- Chciałem tylko zapytać, tak na wszelki wypadek, bo mówiliście, żebym dał znać, jak mi coś będzie potrzeba, ale oczywiście to nic zobowiązującego i nie żeby konieczność... ( i tu teatralna przerwa po tym wstępie;)...
- Czy nie wybralibyście się dziś do... Poznania?
Po czym mętne i właściwie nie do szybkiego ogarnięcia wytłumaczenie: trzeba oddać pieska, którego pożyczyła Kacprowi jakieś półtora miesiąca temu dobra koleżanka (moim zdaniem po to, by nasz syn miał przymus wychodzenia z domu na spacery) i... wymienić go na kota. Dziewczyna nie może się nim teraz zajmować, bo jest w trakcie przeprowadzki do Warszawy. Aha, no i należy być w Poznaniu przed północą, bo mama koleżanki musi przejąć opiekę nad pieskiem przed wyjazdem z miasta. To tyle co zrozumiałam, choć wszystko było tak pokręcone - przeze mnie lub przez Kacpra, że w końcu okazało się, że kot jedzie do niego na stałe. A mama koleżanki chyba jednak została w Poznaniu, choć nie wiem, czy akurat z pieskiem. Zresztą, nieważne, przecież i tak chodziło w tym wszystkim o to, że syn zwrócił się do nas z prośbą i trzeba było szybko zadecydować, czy pomożemy. A że dość zaskakującą? No cóż, na okrasę dostaliśmy liczne “zmiękczające” zapewnienia:
- Oczywiście, jeśli tata się źle czuje, to nie jedźcie. Jakoś dam sam radę. Pojadę pociągiem, mam tam taki z trzema przesiadkami. Będę w Poznaniu nad ranem. Może potem zdążę się załapać na powrót tak po piątej. To jakieś sześć godzin jazdy..., no i tym podobne...
I jak tu nie kochać bycia rodzicem? Dzieci, nawet te dorosłe, jak widać, zawsze potrafią zadbać o niespodzianki i zorganizować nam czas. Gorąca kolacja została na stole, dalej sobie parując w najlepsze. Zebraliśmy się do tysiąckilometrowej trasy dosłownie w 10 minut, by zdążyć dojechać do Poznania (przez Kraków!) przed północą. I poczułam się dumna z naszej gotowości na tego typu zaskoczenia i wyzwania (dość wyczerpujące zresztą).
Nieoczekiwanie więc spędziłam w podróży całą noc. I miałam prawie pół tysiąca kilometrów z przytulaniem się do słodkiego pieska Haru. I był Poznań by night:) I kolejne prawie 500 kilometrów w akompaniamencie miauczenia małej koteczki Hime.
W poniedziałek poszłam do szkoły omal prosto z trasy. I stwierdziłam, że wciąż daję radę połączyć nawet mocno intensywne podróże z pracą:). Czy ja tu wcześniej pisałam, że moje życie pozbawione jest ekscytacji i odkrywczości?
Odwołuję to wszystko...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz