niedziela, 5 grudnia 2021

ŚWIĄTECZNA LAMPKA NA PRZETRWANIE GRUDNIA

 “Grudnioza” taki termin pada na ostatnim z webinarów, w którym uczestniczę. Jest ich tego roku tyle, że w końcu przestaję panować nad tym nurtem samokształcenia. Terminy plączą mi się i odchodzą w zapomnienie, zanim zdążę czegokolwiek wysłuchać.

Ale odkąd zobaczyłam temat liva z Edytą Kwiatkowską i Joanną Bonczyk, to wiedziałam, że przegapić po prostu nie mogę. “Święta, święta i depresja...” - czyż to nie o mnie? A dopisek: “Jak nie zostać świątecznym bałwanem?” dodatkowo zachęcał do spędzenia mniej więcej godziny lekcyjnej przed ekranem. Również inne postawione przez autorki spotkania pytania:

Jak przeżyć okres świąteczny z radością?

Jak radzić sobie z obniżonym nastrojem?”,

pokrywają się z tymi, jakie sobie ostatnio sama stawiam.

“Grudnioza to jest autorskie określenie stanu, w którym obecnie wszyscy przebywamy, czyli grudniowej chu.ozy i naszego fatalnego nastroju” zaczyna Joanna, absolwentka, jak się okazuje, tego samego Uniwersytetu SWPS, co ja.

“I te święta są takim dobrym remedium na to, żeby przez ten grudniowy ciężki czas jakoś przebrnąć - przez te mega krótkie, mega ciemne, pochmurne ( i jeszcze do tego nam deszcz pada) dni. (...) To wydarzenie może być dla nas (...) “świąteczną lampką rozpalającą naszą psychikę” - żeby tam trochę światła wrzucić na ten grudniowy, ciężki czas”. Tak, to naprawdę coś, na czym właśnie teraz się skupiam...

I chociaż w dalszej części spotkania dziewczyny nie dają jakichś zbawiennych rad na odkrycie magii  Bożego Narodzenia (bo po prostu takich w tej sytuacji nie ma), to miło było z nimi pobyć i przypomnieć sobie o oczywistościach, o których od czasu do czasu warto sobie przypominać. Poza tym po tym liv(i)e jakoś mi się tak już świątecznie zrobiło...

I ze zdwojoną siłą zaczynam... zamawiać w internecie wszystko, co wydaje mi się “niezbędne” do przeżycia nadchodzących Świąt: złoty obrus (no koniecznie, bo jeszcze takiego nie miałam), filiżanki w czerwone kropeczki (będą pasowały do wymarzonego na ten czas wystroju na stole) i ach, zastawa obiadowa z białymi, zaśnieżonymi skrzatami (właśnie o tym marzyłam od dawna!).

Udało mi się nie zbankrutować przed Świętami chyba tylko dzięki temu, że niektórzy użytkownicy OLX-a mają dziwny (i bardzo irytujący) zwyczaj rozmyślać się i rezygnować ze sprzedaży już wtedy, gdy wszystko jest dopięte na ostatni guzik - z mojej strony wpłacone pieniądze, a z ich wyrażone oficjalnie potwierdzenie zakupu. Niestety taki los spotkał moje filiżanki w czerwone kropeczki i zastawę obiadową z białymi, zaśnieżonymi skrzatami... A tak bardzo mi na tych przedmiotach zależało, że mam teraz trudność z poradzeniem sobie z poczuciem zawodu po takich “transakcjach”. No cóż, może chociaż złoty obrus dotrze do moich rąk, chociaż wyłącznie na jego bazie trochę trudno budować wizualizację świątecznego stołu:(

Choć więc zakupy (ale tylko takie przez internet - bez tłumów i stania w kolejkach) z reguły zawsze poprawiają mi nastrój, to jednak teraz z powodu OLX-owych rozczarowań nie złagodziły wszechogarniającej grudniozy. Tym bardziej, że ostatnio jest ona wzmacniana intensywnie właściwie z każdej strony. Jakoś nic nie idzie mi gładko, a z szarego nieba nie sypią się na mnie żadne dary.

Kacper znów przeziębiony i nawet już nie jestem tym zdziwiona, zważywszy na to, jak trudno go namówić do wyjścia na zakupy zimowych ubrań. Mąż też się źle czuje i choć lekarz stwierdził, że osłabienie, którego doświadcza, zapewne jest efektem poszczepiennym, to ja wcale nie jestem tego taka pewna. Już to przecież nie pierwszy rok, gdy stan mężowego zdrowia ulega pogorszeniu przed Świętami Bożego Narodzenia. Ot, po prostu grudnioza...

Ja zaś kolejny raz borykam się ze skutkami jakiegoś kryzysu w pracy. I nawet się sobie sama nie dziwię, bo nie da się normalnie pracować w sytuacji, gdy znowu w szkole zapanowało szaleństwo covidowe. Jedna z klas jest na przykład czwarty raz na kwarantannie...

Właściwie już się godzę z myślą, że wcześniej, czy później i mnie ten wirus dopadnie. Ale muszę za wszelką cenę zapobiec zarażeniu męża.

- Po co ci informacja o tym, które dziecko jest zarażone? - pyta mnie dyrektorka. No właśnie po to, by odizolować się od męża, jeśli będę wiedziała, że miałam bezpośredni kontakt z uczniem chorym. Ale to i tak chyba nikogo nie obchodzi.

- Nie możemy ci tego powiedzieć - słyszę od dyrektorki. W zamian dostaję instrukcje, jak wypełniać dziennik, by było wiadome, czy mam iść na kwarantannę czy też nie. Teraz mam tam wpisywać wszystkich uczniów, z którymi rozmawiam w bliskim kontakcie ponad piętnaście minut. Eh,... I pewnie jest to zgodnie z przepisami, choć dla mnie najwyraźniej byłoby lepiej, gdybym po prostu zaczęła tych rozmów unikać. Tak samo, jak wszelkiego przytulania się maluchów, chwytania mnie za rękę podczas przemierzania z nimi szkolnych korytarzy, czy też podawania jej tym, którzy z racji niepełnosprawności potrzebują pomocy na przykład przy wstawaniu. Tylko co mnie wtedy będzie trzymało w tej pracy? Co sprawi satysfakcję i zrodzi myśl, że jestem tam potrzebna? Eh,... 

Dotykają mnie takie dyrektorskie komunikaty - odbieram je jakoś osobiście - jako brak zaufania po trzydziestu latach pracy, która w głównej mierze była oparta na zachowaniu tajemnicy i operowaniu poufnymi informacjami. Kompletnie nie rozumiem przepisów, które takie odczucia generują.

Zresztą chyba nie tylko ja tak mam - w internecie roi się wprost od opinii, wytykających sprzeczności i nielogiczność obowiązujących regulacji prawnych w kwestiach covidowych. Ot na przykład, zarażony uczeń ma pozostać w domu, ale już jego rodzeństwo może przychodzić (bez testowania) do szkoły, jeśli tylko jest zaszczepione. A to, że może ono roznosić chorobę po całej placówce, to jest tylko taki szczególik. Zresztą zaszczepieni rodzice również mają pełnię wolności, a tym samym przyzwolenie, by transmitować wirusa praktycznie na cały świat. Testów przecież w przypadku osób po szczepieniach się nie wykonuje, no chyba, że ktoś ma pecha i nie choruje w sposób lekki lub w ogóle bezobjawowy.

Pod internetowym artykułem pt. “Bardzo dużo zakażeń. [Wiceminister - przyp.aut.] Kraska ujawnił nowe dane niejaka “Zmeczona” pisze: “Co wy macie z tymi szczepionkami? Przecież zaszczepieni łażą bez masek i tak samo rozsiewają to dziadostwo... Oni nie mają kwarantanny i mimo choroby mogą normalnie funkcjonować. Gdzie tu logika? Powinniśmy ten wirus starać się wyeliminować a nie go rozsiewać cały czas... Ci, którzy nie są zaszczepieni z różnych powodów przynajmniej się jeszcze jakoś starają chronić. Noszą maseczki, dezynfekują ręce nie latają na wczasy itp. Cała reszta się rozlała po świecie i ma wszystko gdzieś bo "są szczepieni". Ale oni tak samo się zarażają i przekazują to innym.Świadomie narażają innych na utratę zdrowia a nawet i życia!” (https://wiadomosci.wp.pl/bardzo-duzo-nowych-zakazen-kraska-ujawnil-nowe-dane-6706061063010944a)

No nie wiem, czy tak do końca świadomie. Chyba im jednak wmówiono, że są, w przeciwieństwie do niezaszczepionych, tą “bezpieczną” dla otoczenia grupą. Póki co, ta polityka doprowadza do tego, że czwarta fala pandemii rozkręca się w najlepsze. Tak na potwierdzenie komentarz kogoś o nicku Maar pod innym artykułem z tego samego okresu: “kolega zaszczepiony, mimo że żona i dzieci mieli covid ,chodził do pracy bo jego kwarantanna nie obejmuje. Zaraził cały wydział. Gdzie tu logika. Tak roznosi sie wirus przez zaszczepionych” (https://wiadomosci.wp.pl/koronawirus-w-polsce-najnowsze-dane-z-resortu-zdrowia-6705717092633536a).

I w ten oto sposób przyczyniamy się do ustanawiania nowych chorobowych rekordów. W dzień moich urodzin było już 28380 (wykrytych) zakażonych.

No nic, trzeba teraz wierzyć, że może jakoś się uda dotrwać w zdrowiu chociaż do Świąt. I że ta “świąteczna lampka rozpalająca naszą psychikę” pozwoli nam przetrwać grudniozę. Jesienne deszcze powoli, ale systematycznie przekształcają się w opady śniegu. Zimno zapanowało nad światem. “Winter is coming”... I trzeba jeszcze zebrać siły, by przetrwać poświąteczną “styczniozę”...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz