środa, 22 lipca 2020

SPADEK:(

Wspominanie zeszłorocznych wakacji brutalnie przerwał mi... bank Millenium. To instytucja, z którą jesteśmy związani od wielu, wielu lat. To tam wpływają dochody z firmy, tam braliśmy kredyt na budowę domu (frankowy zresztą!), wreszcie, no gdzie !), jak nie tam, zakładaliśmy konto naszemu dorastającemu wówczas licealiście. Bartosz był wówczas nawet niepełnoletni, mąż pojechał więc z nim do “naszego” banku, by złożyć gwarancje i poręczenie za syna. Jesteśmy jak konserwy, nie lubimy niczego zmieniać, gdy już się sami zapuszkujemy.
Bartosz dorósł, poszedł na studia i przestał potrzebować jakichkolwiek bankowych pełnomocników. Sam potrafił zarządzać swoimi finansami, które zresztą, jako student pozyskiwał właściwie od nas.
Aż do tej strasznej nocy, gdy niespodziewanie zmarł...
I choć otwarło się wówczas dla nas piekło, to i tak w tym wszystkim mieliśmy tyle przytomności, że zgłosiliśmy w naszym banku, że syn nie żyje. Trzykrotnie zresztą chodziliśmy tam z aktem zgonu, bo..., właściwie nie wiem, czemu trzeba było to kserować aż tyle razy. Każdorazowo przecież udowodnianie śmierci dziecka za pomocą wprost parzącego w ręce dokumentu z czerwonym paskiem jest strasznym przeżyciem. Takie rzeczy więc nie powinny nigdy gubić się, czy też zapodziewać... Powtarzanie tego tylko dlatego, że zmienił się obsługujący pracownik, również jest po prostu okrucieństwem. A i między oddziałami też można to przesyłać, jak sądzę, drogą służbową.
Ale kto z nas pomyślał wtedy, że trzeba w takich przypadkach już po pierwszym zgłoszeniu zadbać o potwierdzenie, że to zrobiliśmy. Kto z rodziców w ogóle w takich sytuacjach myśli o organizacyjnej stronie kontaktów z instytucjami? Zwłaszcza, gdy jak my, jest w ciężkiej depresji, ponad półrocznym leczeniu psychiatrycznym, zażywa garściami leki, żeby się całkiem nie rozsypać z kupy.
Liczy się wtedy wyłącznie na pomoc i pokierowanie przez pracowników instytucji, z którymi się stykamy. My w tamtym okresie po prostu samodzielnie nie dawaliśmy sobie rady z niczym.
W jaki sposób pomogli nam pracownicy “naszego” banku? Otóż w żaden. To my wyszliśmy z inicjatywą pod tytułem: “syn tu ma chyba w dalszym ciągu konto, bo kiedyś, przed laty, je tutaj założyliśmy”. Co na to obsługa banku? Niestety zachowywała się niczym stado greckich pytii: “nic na ten temat powiedzieć nie możemy, tajemnica bankowa, nie udzielamy takich informacji, ewentualnie  - no dobrze, skserujemy ten akt zgonu...” I oczywiście do tego argument, że nie jesteśmy sądownie ustalonymi spadkobiercami, więc nie mamy prawa, żeby o cokolwiek nawet zapytać.
I to była prawda. Tyle, że przeprowadzenie wówczas sprawy spadkowej po własnym dziecku przekraczało granice naszej wyobraźni. I bez tego ledwie przeżyliśmy tamten okres naszego życia.
I oto nagle po czterech i pół roku bank Millenium postanowił przestać milczeć w tej sprawie. Dostaliśmy wezwanie na założoną przez niego rozprawę. O ustanowienie spadkobierców po naszym synu. A do tego dołączony wyciąg z ksiąg bankowych, z którego wynikało, że nasz syn jest dłużnikiem banku - nie spłacił debetu z przyznanego mu limitu - korzystał z niego w ramach swojej karty. Wszystko z dokładnymi liczbami!
I teraz po tak długim czasie, wciąż nie mając decyzji sądu, co do dziedziczenia po Bartku, czyli w sytuacji, która się w ogóle od jego śmierci w niczym nie zmieniła, nagle mogliśmy się ze szczegółami dowiedzieć (czarno na białym, czyli w formie papierowej) tego, czego nie mogliśmy w żaden sposób zrobić wcześniej. Czy okres utrzymywania tajemnicy bankowej się skończył (okazała się dla banku zbyt drogim interesem?), czy też jednak  te informacje nie były tak ściśle tajne, jak nam mówiono? A może to działa jeszcze na innej zasadzie: trzymamy sprawę konta w tajemnicy, bo może jest na nim nieopisane bogactwo środków, a nie, sprawdziliśmy, jest dług, to w takim razie roztrąbimy to na pół świata - prawnicy (pismo jest od kancelarii prawnej), sąd, rodzina - i teraz nie ważne, że jeszcze nikt nie ustanowił ich spadkobiercami. Koniec z tajemnicami. Wszystko to oczywiście w majestacie prawa.
A przecież, gdybyśmy wiedzieli, że nasz syn ma jakikolwiek dług na karcie, to byśmy go już lata temu spłacili, bez całej tej procedury. Gdyby ktokolwiek zechciał nam o tym powiedzieć. Czy muszę dodawać, że przez ten cały czas kwota zadłużenia urosła o stosowne odsetki, w tym również te karne? Jak działa prawo, które na to wszystko pozwala?
Oczywiście przez cały ten czas nasze kontakty z bankiem Millenium nie ustały. Choć głównie sprowadzały się do cyklicznych telefonów od jego pracowników w celu wciśnięcia nam nowych kredytów lub zaineresowania innymi tego rodzaju ofertami. Oczywiście w ramach specjalnych okazji, bo też i byliśmy podobno "specjalnymi" klientami. Mieliśmy własnego doradcę/ców, rozmawiano z nami zazwyczaj w osobnym pokoiku, wytwarzano specyficzną familiarną atmosferę, żebyśmy czuli, że pani Patrycji, czy też panu Pawłowi to można bezwzględnie zaufać. I nagle taki zonk. 
Wczoraj więc zgodnie z wezwaniem byliśmy na rozprawie, gdzie orzeczono nas spadkobiercami po  naszym synu. Oczywiście, jak się okazało, tego spadku, będącego jedynie długiem, odrzucić nie możemy. Już na to za późno. Należało to zrobić w ciągu półrocznego okresu po śmierci syna. Czyli wtedy, gdy wciąż nie wiedzieliśmy, jak się nazywamy. Wtedy, gdy w ogóle nie mieliśmy zielonego pojęcia, czy nasz syn jest jeszcze klientem tego banku. 
Ponieważ tego nie zrobiliśmy, uważa się, że spadek przyjęliśmy i to cztery lata przed pojawieniem się w sądzie! Jak działa prawo, które na to wszystko pozwala?
Wczorajszy dzień był jednym z najgorszych w naszej ostatniej kilkuletniej historii. Nie przez to, że musimy spłacić dług dziecka. Przez to, że musieliśmy przejść przez procedurę, konfrontującą nas z bezwzględnością prawa i banku w sytuacji, której ledwo podołaliśmy.
Mimo że podobno nabyliśmy ten dług już cztery lata temu, to ktoś dopiero teraz zdecydował, by zakończyć zasłanianie się tajemnicą bankową, ujawnić szczegóły sprawy i przeczołgać nas przez rozprawę  w sądzie - wszystko dla wydarcia kwoty, która narosła do wysokości mojej miesięcznej pensji. Oczywiście do tego trzeba dodać pokrycie kosztów bankowych i sądowych, związanych z tą procedurą. Jak działa przyzwalające na to wszystko prawo? 
Już nawet nie wspomnę o tym, co zrobiono nam pod względem psychicznym. Z rozdrapanych ran znów krew wypływa, jakby rozerwano nam tętnice, wróciły objawy somatyczne towarzyszące depresji, już nawet nie piszę tu o innych symptomach załamania nerwowego... Gdy wczoraj próbowałam zwierzyć się znajomemu, jak się czuję, to nie mogłam się zdecydować, czy powiedzieć, że tak, jakbym miała zawał, czy tak, jakbym miała udar. Bo to i jedno, i drugie jednocześnie. Nasza równowaga psychiczna jest wciąż tak słaba, tak krucha, że tego typu sytuacje wprost zmiatają nas z powierzchni ziemi. Nie wiem, kiedy znów na nią powrócimy. Znajomemu w końcu powiedziałam, że czuję, że nie żyję. Tak, to mój obecny stan. Dzięki prawu, bankom, procedurom sądowym, czyli temu wszystkiemu, co jako społeczeństwo wytworzyliśmy sobie, by nam było łatwiej żyć. Dziś najchętniej bym się z tego wszystkiego wypisała...

poniedziałek, 20 lipca 2020

PO DRUGIEJ STRONIE GRANICY - Albański Pogradec

Poprzedni wpis: PERŁY MACEDONII (Ochryda, Struga)
💟

Bałkany – 34 dni na 34 - tą rocznicę ślubu - odcinek piętnasty - ALBANIA

Dzień podróży: 14 - 16 (04 - 06.08)



O ile przed przekroczeniem granicy Albanii niepokoiliśmy się trochę, jak to będzie w tym nowym dla nas kraju, to gdy już do niej wjechaliśmy, natychmiast poczuliśmy rozluźnienie.



Po albańskiej stronie wszystko wyglądało dokładnie tak samo, jak po macedońskiej:). No bo i co niby miałaby zmienić ta cienka kreseczka wyrysowana na wszelkiego rodzaju mapach? Przedzielonym nią górom było absolutnie obojętne, czy obejmuje je swoim zasięgiem władza Albanii, czy też Macedonii.


 Dokładnie tak samo było z jeziorem. Te kreseczki istnieją tylko w naszych głowach i tylko my ludzie przywiązujemy do nich takie niezwykłe znaczenie.


Po drugiej stronie granicy widzimy podobne krajobrazy jak te oglądane przez ostatnie dni, na łąkach tak samo pasą się osiołki, a przy drodze stoi sobie, jak gdyby nigdy nic, prawosławny kościół - otwarty, można zwiedzać. Na poboczu mieszkańcy sprzedają dorodną czerwoną cebulę, którą przywieźli taczkami pewnie z pobliskich pól. Tylko pieniądze inne, trudno byłoby ją kupić przed odnalezieniem bankomatu.


Nasza trasa prowadzi w kierunku Pogradecu. Choć figuruje on w adresie wybranego przez nas hotelu, to z mapy wynika, że musimy go szukać zanim dojedziemy do miasta. W internecie lokalizacja wyglądała na ciche, spokojne miejsce nad brzegiem jeziora.


Mąż się jednak trochę martwi - droga, którą jedziemy okazała się ruchliwa, jeśli hotel znajduje się bezpośrednio przy niej, to z wymarzonego spokoju będą nici.


Tak, hotel znajduje się bezpośrednio przy niej. Zupełnie niespodziewanie mąż dostrzega wymalowany niebieską farbą na desce napis z nazwą obiektu. Ktoś przywiesił go nad drzwiami wejściowymi, ponad kwitnącymi oleandrami, licząc na spostrzegawczość klientów. Dobrze, ze trafiło na męża, jeśli o mnie chodzi, to na pewno byśmy dojechali do Pogradecu, mimo że się bardzo starałam. 



Trochę trwa, zanim udaje nam się zawrócić na właściwą stronę drogi. Mąż nie jest zadowolony z położenia hotelu, widzę, jak się bije z myślami, zjeżdżając na parking. Ale zrobiłam tu rezerwację bezzwrotną, trudno, idę nas zameldować. 



Wchodzę do restauracji, która znajduje się na poziomie ulicy i... zapominam o wszystkich wątpliwościach - zarówno swoich, jak i mężowych. Z okien rozpościera się cudowny, panoramiczny widok na rozlewające się w dole wody jeziora i jego macedoński brzeg. 



Czuję to coś, co Mario Puzo w swoim “Ojcu Chrzestnym” nazywa rażeniem piorunem. Natychmiast jestem zakochana w tym miejscu, hotelu, a także przecudownych gospodarzach, którzy witają nas, jak długo oczekiwanych gości. 


Ta niewymuszona atmosfera rodzinnej gościnności po prostu urzeka. Nie tylko mnie. Nie mija nawet chwila, a już także mąż daje się jej uwieść. Widzę jak się rozpromienia w kontakcie z naszym uroczym gospodarzem, któremu uśmiech po prostu nie schodzi z twarzy.



Tym bardziej, że wszelkie potencjalne powody do niezadowolenia okazują się tylko wymysłami, nie znajdującymi potwierdzenia w rzeczywistości. Hotel znajduje się poniżej poziomu ulicy, jest jakby przyklejony do zbocza, którego wierzchem ona przebiega. Ani jej z poziomu naszego pokoju/ogrodu nie widać, ani nie słychać (no chyba, że ktoś koncentruje się tylko na tym). Mamy tu prawdziwy azyl od masowej turystyki, wakacje w stylu slow, wymarzony odpoczynek podczas długiej podróży.


Aż się wierzyć nie chce, że tak niewielu turystów odkryło to miejsce. Po przyjeździe zastajemy w hotelu tylko jedną parę, to przemili, przyjacielscy przybysze z Francji. Zajechali tu, z racji zainteresowań męskiej części duetu - oczywiście to kolejny obserwator ptaków, jakiego poznajemy w podróży.


Zajmujemy pokój obok francuskiej pary, a następnie z racji awarii ciepłej wody w naszej łazience, przenosimy się do kolejnego. Pierwszy różni od drugiego tylko kolor kocy na łóżkach - beżowe zmieniamy bez żalu na czerwone.


Wszystkie pokoiki na dolnym poziomie hotelu mają własne wyjście prosto do ogródka z własnym bunkrem!!! i z ocienionymi (przez zbocze góry, drzewa, budynek) własnymi stołami, przy których tak miło zjeść wyśmienite dania wprost z restauracji na górze. My tu stawiamy na ryby, ale przed naszymi nowymi francuskimi znajomymi pojawiają się jakieś inne, nie znane nam dania, na widok których też aż ślinka cieknie do ust. 


Wszystko nam tu smakuje. W pełni możemy się zgodzić z opinią o kuchni tego miejsca na Booking.com: (tłumacz google)
"Świetne śniadanie i nie przegap wieczornych posiłków! Szef kuchni jest bardzo kreatywny i łączy lokalne (rybne) dania z fantazyjnymi dekoracjami. Każdy posiłek nie tylko pięknie wygląda, ale też świetnie smakuje." (Clode ze Szwajcarii)


Kreatywność szefa kuchni jest tak wielka, że każdego dnia dostajemy tu zupełnie inaczej skomponowane potrawy, mimo że wciąż zamawiamy z karty jedno i to samo:).
Pogradec

Żeby za nie zapłacić, musimy udać się wreszcie, choć z pewnym oporem (żal nam opuszczać azyl, którym jeszcze nie zdążyliśmy się nacieszyć), do bankomatu w Pogradecu. Miasto jakoś się specjalnie nie wyróżnia ani w dobrą, ani w złą stronę, natomiast sama myśl, że moglibyśmy tu zaplanować nasz wypoczynek po prostu przeraża. Podczas krótkiej wizyty przytłacza nas właściwie wszystko: wielkomiejska zabudowa, hałas, spaliny i ciżba, której nie mamy nawet ochoty stawiać czoła. Tylko lody oraz ciasteczka, przypominające nam Grecję, są wspomnieniem, które chcielibyśmy zachować w pamięci. Reszcie mówimy - nie!


Wracamy do Hotelu Ohrida omal na sygnale. Do naszego relaksu marzeń. 



Tu wystarczy pokonać tylko parę schodków dzielących ogródek od paska wąskiej, prywatnej plaży i już można wylegiwać się na rozstawionych przez gospodarzy leżaczkach pod parasolami. Albo opalać się na wypuszczonym daleko w jezioro (dla mnie jednak zbyt chybotliwym) molo. Albo pływać w wodzie tak przeźroczystej, że podobno daleko od brzegu wciąż widać, co znajduje się na dnie zbiornika (to wiedza od pływaków, bynajmniej nie z własnego doświadczenia). I jeszcze, halo, halo pani Izo, właśnie znalazłam tu węże wodne... Trudno im jednak zrobić zdjęcia, nawet jeśli co rusz wysuwają głowy nad powierzchnię wody.


Jest bosko, to doświadczenie z rodzaju takich, jakie chce się koniecznie powtórzyć. Niestety, gdy myślimy o powrocie do Albanii w kolejnym roku, to okazuje się, że Hotel Ohrida już nie oferuje swoich usług na Booking.com. Ani na żadnym innym portalu internetowym.


Z sentymentem czytam opinie gości, oczarowanych, jak my, pobytem. Przede wszystkim, oprócz ogólnych słów uznania, turyści doceniają ciepło rodziny właściciela: (tłumacz google)
pani hotelu była jedną z miłych osób, które pomogły nam poczuć się jak w domu.” (Raihox z Albanii)



Podkreślono też w tych opiniach zalety dwóch synów gospodarzy. Oto wzmianki o nich: (tłumacz google)
1. "Rzadko piszę recenzje, ale tak bardzo mnie poruszyła gościnność i hojność właścicieli, a zwłaszcza ich syna Andreasa, że muszę wyrazić swoje uznanie. Jestem niepełnosprawny, a oni zrobili wszystko, co w ich mocy, poza wszystko, czego mogłem się spodziewać, aby mój krótki pobyt był wyjątkowo przyjemny “(Michail z USA)



2. "Wychodzisz z pokoju i jesteś w jeziorze. Widoki są niesamowite. 3 minuty samochodem od Pogradec. Doskonała czystość, pościel i ręczniki pachniały jak w domu. Bardzo wygodne łóżko. Nie mówią po angielsku, tylko Albano”. (Mer z Hiszpanii)



Rzeczywiście dwaj synowie gospodarza, którzy z zaangażowaniem pomagają w prowadzeniu rodzinnego biznesu pozostali i w mojej pamięci. Choć może nie wszystkim to się podobało (“Children in servise” napisał na przykład w minusach recenzji "Turist" z Albanii), mnie taki rodzinny sposób prowadzenia hotelu wzruszał i rozczulał. 


Nawet malutka córeczka gospodarzy starała się być pomocna - gdy widziała jakiegoś interesanta oczekującego na obsługę, natychmiast biegła po swoich starszych braci.



Jest i polska opinia w tej sprawie:
Hotelem "rządzą" młodzi ludzie. Idzie im to całkiem dobrze, choć Syn Szefa nie pamiętał jak odbierał pieniądze za nocleg i próbował wyegzekwować od nas opłatę ponownie. (...) Ceny w restauracji nie mają nic wspólnego z rzeczywistością. Ustala je na bieżąco Syn Szefa... napisał Nesti1899. Oczywiście na minus.


No i pewnie tak w przypadku tego klienta było, nie mam powodu, by podejrzewać jakieś kłamstwo. Najstarszy syn szefa, (zresztą przystojniak jakich mało - na pewno w przyszłości złamie niejedno dziewczęce serce), miał duże poczucie własnej wartości i możliwe, że oczekiwał większych profitów ze swojej pracy niż to, co dostawał w zamian. Na przykład wyższej pozycji i wyższych cen oraz zysków w rodzinnym biznesie.

My jednak nie widzieliśmy w tym nic złego. Praca z turystami nie jest łatwa, wierzę, że czasem można mieć jej szczerze dosyć, zwłaszcza jak się ma lat siedemnaście. Trudno też pewnie wtedy cały czas być usłużnym za niewielkie pieniądze (hotel był naprawdę tani), choć my akurat nie mieliśmy żadnych zastrzeżeń.

Szczerze mówiąc, w te kilka dni nad jeziorem widzieliśmy tylko tę stronę pobytu, która jest pełna słońca. I to właśnie za tym hotelem mąż będzie po powrocie tęsknić najbardziej - przynajmniej tak mi się wydaje, zważywszy na częstotliwość wspominania wciąż śmiejącego się pana domu.

Mnie ze wszystkich odwiedzonych miejsc szkoda jest wyjeżdżać. Zdaje mi się, że w każdym z nich mogłabym jeszcze trochę pobyć. I nie wiem, czy to dlatego, że tak dobrze te miejsca wybraliśmy, czy też to taki urok długiej objazdówki i zmęczenie ciągłym przemieszczaniem, którego jeszcze sobie może nie uświadamiam.


Tak mi tu błogo siedzieć nad pełną aromatu kawą pod drzewkami o bielonych wapnem pniach. Tak dobrze łapać w nozdrza delikatną bryzę od wody, patrzeć jak słońce ją złoci, słuchać jej szumu, który wieczorami wzmaga się, zagłuszając wszelkie inne odgłosy ze świata. Tak miło czekać tu na brzegu na nadejście nocy ze szklanką albańskiego piwa w dłoni - Peja lub Korcza, smakują mi obydwa. 


Obsługujący nasz stolik najstarszy syn gospodarza pokazuje mi wtedy światła monastyru Sveti Naum - kiedy tam byłam, to jeszcze nie miałam pojęcia o istnieniu tego miejsca na ziemi. Ta podróż jest jak dziecięce otwieranie kolejnych okienek w kalendarzu adwentowym - wciąż nas zaskakuje coś nowego.


A gdy już nadchodzi noc, fale jeziora rosną w siłę, zalewając plażę. W tej sytuacji czuję się trochę rozbawiona ostatnim przedsięwzięciem gospodarzy. Próbują oni ją przekształcić w piaszczyste miejsce omal na wzór Copacabany. 

W tym celu najmłodsi członkowie rodziny przewożą taczkami piasek z usypanej na skraju parkingu góry i próbują zasypać drobne kamyki, które obecnie stanowią podłoże pod leżaki. Ich inicjatywa przy codziennych przypływach jeziora zdaje mi się z góry skazana na porażkę, ale jestem pełna podziwu dla starań gospodarzy, którzy chcą, by turyści mieli u nich jak najlepsze warunki. 


A mnie akurat nie potrzeba piaszczystej plaży, podoba mi się tu tak, jak jest. Zdecydowanie uważam, że mieliśmy najlepsze z możliwych warunki do spędzania tego krótkiego czasu nad jeziorem po albańskiej stronie granicy. Ach, jaka szkoda, że minął tak szybko.


Żegnamy się z jeziorem, które przemieniło naszą objazdówkę w prawdziwe wakacje, dające tak potrzebne wytchnienie. Żegnamy się z naszymi francuskimi znajomymi - oni też już wyjeżdżają, jadą obserwować ptaki na rozlewiskach na północy kraju. Wreszcie musimy pożegnać i gospodarzy. Zarzekamy się, że wrócimy tu za rok. No i mało by brakowało...


Jeszcze nie wiemy, że w nasz plan wtrąci się siła wyższa i zaliczymy czas pandemii. Jeszcze nie wiemy tego, jaki problem będzie z podróżowaniem, ani tego, że Hotel Ohrida zniknie wkrótce z turystycznej mapy świata. Jeszcze wydaje się ona przewidywalna i stabilna.


Wyruszamy w podróż w głąb Albanii. Już się jej nie boimy. Pobyt u ciągle śmiejącego się pana zabezpieczył nas w zasoby spokoju na długo.


Choć z drugiej strony, gdybyśmy wiedzieli, co nas tego dnia czeka, to na pewno obleciałby nas strach. Ale o tym już wkrótce w następnym odcinku...
Ciąg dalszy nastąpi...

*następny wpis pod tytułem "RRUGË E GJERE - droga do Sarandy z greckim akcentem" znajduje się pod linkiem: