Wspominanie zeszłorocznych wakacji brutalnie przerwał mi... bank Millenium. To instytucja, z którą jesteśmy związani od wielu, wielu lat. To tam wpływają dochody z firmy, tam braliśmy kredyt na budowę domu (frankowy zresztą!), wreszcie, no gdzie !), jak nie tam, zakładaliśmy konto naszemu dorastającemu wówczas licealiście. Bartosz był wówczas nawet niepełnoletni, mąż pojechał więc z nim do “naszego” banku, by złożyć gwarancje i poręczenie za syna. Jesteśmy jak konserwy, nie lubimy niczego zmieniać, gdy już się sami zapuszkujemy.
Bartosz dorósł, poszedł na studia i przestał potrzebować jakichkolwiek bankowych pełnomocników. Sam potrafił zarządzać swoimi finansami, które zresztą, jako student pozyskiwał właściwie od nas.
Aż do tej strasznej nocy, gdy niespodziewanie zmarł...
I choć otwarło się wówczas dla nas piekło, to i tak w tym wszystkim mieliśmy tyle przytomności, że zgłosiliśmy w naszym banku, że syn nie żyje. Trzykrotnie zresztą chodziliśmy tam z aktem zgonu, bo..., właściwie nie wiem, czemu trzeba było to kserować aż tyle razy. Każdorazowo przecież udowodnianie śmierci dziecka za pomocą wprost parzącego w ręce dokumentu z czerwonym paskiem jest strasznym przeżyciem. Takie rzeczy więc nie powinny nigdy gubić się, czy też zapodziewać... Powtarzanie tego tylko dlatego, że zmienił się obsługujący pracownik, również jest po prostu okrucieństwem. A i między oddziałami też można to przesyłać, jak sądzę, drogą służbową.
Ale kto z nas pomyślał wtedy, że trzeba w takich przypadkach już po pierwszym zgłoszeniu zadbać o potwierdzenie, że to zrobiliśmy. Kto z rodziców w ogóle w takich sytuacjach myśli o organizacyjnej stronie kontaktów z instytucjami? Zwłaszcza, gdy jak my, jest w ciężkiej depresji, ponad półrocznym leczeniu psychiatrycznym, zażywa garściami leki, żeby się całkiem nie rozsypać z kupy.
Liczy się wtedy wyłącznie na pomoc i pokierowanie przez pracowników instytucji, z którymi się stykamy. My w tamtym okresie po prostu samodzielnie nie dawaliśmy sobie rady z niczym.
W jaki sposób pomogli nam pracownicy “naszego” banku? Otóż w żaden. To my wyszliśmy z inicjatywą pod tytułem: “syn tu ma chyba w dalszym ciągu konto, bo kiedyś, przed laty, je tutaj założyliśmy”. Co na to obsługa banku? Niestety zachowywała się niczym stado greckich pytii: “nic na ten temat powiedzieć nie możemy, tajemnica bankowa, nie udzielamy takich informacji, ewentualnie - no dobrze, skserujemy ten akt zgonu...” I oczywiście do tego argument, że nie jesteśmy sądownie ustalonymi spadkobiercami, więc nie mamy prawa, żeby o cokolwiek nawet zapytać.
I to była prawda. Tyle, że przeprowadzenie wówczas sprawy spadkowej po własnym dziecku przekraczało granice naszej wyobraźni. I bez tego ledwie przeżyliśmy tamten okres naszego życia.
I oto nagle po czterech i pół roku bank Millenium postanowił przestać milczeć w tej sprawie. Dostaliśmy wezwanie na założoną przez niego rozprawę. O ustanowienie spadkobierców po naszym synu. A do tego dołączony wyciąg z ksiąg bankowych, z którego wynikało, że nasz syn jest dłużnikiem banku - nie spłacił debetu z przyznanego mu limitu - korzystał z niego w ramach swojej karty. Wszystko z dokładnymi liczbami!
I teraz po tak długim czasie, wciąż nie mając decyzji sądu, co do dziedziczenia po Bartku, czyli w sytuacji, która się w ogóle od jego śmierci w niczym nie zmieniła, nagle mogliśmy się ze szczegółami dowiedzieć (czarno na białym, czyli w formie papierowej) tego, czego nie mogliśmy w żaden sposób zrobić wcześniej. Czy okres utrzymywania tajemnicy bankowej się skończył (okazała się dla banku zbyt drogim interesem?), czy też jednak te informacje nie były tak ściśle tajne, jak nam mówiono? A może to działa jeszcze na innej zasadzie: trzymamy sprawę konta w tajemnicy, bo może jest na nim nieopisane bogactwo środków, a nie, sprawdziliśmy, jest dług, to w takim razie roztrąbimy to na pół świata - prawnicy (pismo jest od kancelarii prawnej), sąd, rodzina - i teraz nie ważne, że jeszcze nikt nie ustanowił ich spadkobiercami. Koniec z tajemnicami. Wszystko to oczywiście w majestacie prawa.
A przecież, gdybyśmy wiedzieli, że nasz syn ma jakikolwiek dług na karcie, to byśmy go już lata temu spłacili, bez całej tej procedury. Gdyby ktokolwiek zechciał nam o tym powiedzieć. Czy muszę dodawać, że przez ten cały czas kwota zadłużenia urosła o stosowne odsetki, w tym również te karne? Jak działa prawo, które na to wszystko pozwala?
Oczywiście przez cały ten czas nasze kontakty z bankiem Millenium nie ustały. Choć głównie sprowadzały się do cyklicznych telefonów od jego pracowników w celu wciśnięcia nam nowych kredytów lub zaineresowania innymi tego rodzaju ofertami. Oczywiście w ramach specjalnych okazji, bo też i byliśmy podobno "specjalnymi" klientami. Mieliśmy własnego doradcę/ców, rozmawiano z nami zazwyczaj w osobnym pokoiku, wytwarzano specyficzną familiarną atmosferę, żebyśmy czuli, że pani Patrycji, czy też panu Pawłowi to można bezwzględnie zaufać. I nagle taki zonk.
Wczoraj więc zgodnie z wezwaniem byliśmy na rozprawie, gdzie orzeczono nas spadkobiercami po naszym synu. Oczywiście, jak się okazało, tego spadku, będącego jedynie długiem, odrzucić nie możemy. Już na to za późno. Należało to zrobić w ciągu półrocznego okresu po śmierci syna. Czyli wtedy, gdy wciąż nie wiedzieliśmy, jak się nazywamy. Wtedy, gdy w ogóle nie mieliśmy zielonego pojęcia, czy nasz syn jest jeszcze klientem tego banku.
Ponieważ tego nie zrobiliśmy, uważa się, że spadek przyjęliśmy i to cztery lata przed pojawieniem się w sądzie! Jak działa prawo, które na to wszystko pozwala?
Oczywiście przez cały ten czas nasze kontakty z bankiem Millenium nie ustały. Choć głównie sprowadzały się do cyklicznych telefonów od jego pracowników w celu wciśnięcia nam nowych kredytów lub zaineresowania innymi tego rodzaju ofertami. Oczywiście w ramach specjalnych okazji, bo też i byliśmy podobno "specjalnymi" klientami. Mieliśmy własnego doradcę/ców, rozmawiano z nami zazwyczaj w osobnym pokoiku, wytwarzano specyficzną familiarną atmosferę, żebyśmy czuli, że pani Patrycji, czy też panu Pawłowi to można bezwzględnie zaufać. I nagle taki zonk.
Wczoraj więc zgodnie z wezwaniem byliśmy na rozprawie, gdzie orzeczono nas spadkobiercami po naszym synu. Oczywiście, jak się okazało, tego spadku, będącego jedynie długiem, odrzucić nie możemy. Już na to za późno. Należało to zrobić w ciągu półrocznego okresu po śmierci syna. Czyli wtedy, gdy wciąż nie wiedzieliśmy, jak się nazywamy. Wtedy, gdy w ogóle nie mieliśmy zielonego pojęcia, czy nasz syn jest jeszcze klientem tego banku.
Ponieważ tego nie zrobiliśmy, uważa się, że spadek przyjęliśmy i to cztery lata przed pojawieniem się w sądzie! Jak działa prawo, które na to wszystko pozwala?
Wczorajszy dzień był jednym z najgorszych w naszej ostatniej kilkuletniej historii. Nie przez to, że musimy spłacić dług dziecka. Przez to, że musieliśmy przejść przez procedurę, konfrontującą nas z bezwzględnością prawa i banku w sytuacji, której ledwo podołaliśmy.
Mimo że podobno nabyliśmy ten dług już cztery lata temu, to ktoś dopiero teraz zdecydował, by zakończyć zasłanianie się tajemnicą bankową, ujawnić szczegóły sprawy i przeczołgać nas przez rozprawę w sądzie - wszystko dla wydarcia kwoty, która narosła do wysokości mojej miesięcznej pensji. Oczywiście do tego trzeba dodać pokrycie kosztów bankowych i sądowych, związanych z tą procedurą. Jak działa przyzwalające na to wszystko prawo?
Już nawet nie wspomnę o tym, co zrobiono nam pod względem psychicznym. Z rozdrapanych ran znów krew wypływa, jakby rozerwano nam tętnice, wróciły objawy somatyczne towarzyszące depresji, już nawet nie piszę tu o innych symptomach załamania nerwowego... Gdy wczoraj próbowałam zwierzyć się znajomemu, jak się czuję, to nie mogłam się zdecydować, czy powiedzieć, że tak, jakbym miała zawał, czy tak, jakbym miała udar. Bo to i jedno, i drugie jednocześnie. Nasza równowaga psychiczna jest wciąż tak słaba, tak krucha, że tego typu sytuacje wprost zmiatają nas z powierzchni ziemi. Nie wiem, kiedy znów na nią powrócimy. Znajomemu w końcu powiedziałam, że czuję, że nie żyję. Tak, to mój obecny stan. Dzięki prawu, bankom, procedurom sądowym, czyli temu wszystkiemu, co jako społeczeństwo wytworzyliśmy sobie, by nam było łatwiej żyć. Dziś najchętniej bym się z tego wszystkiego wypisała...
Już nawet nie wspomnę o tym, co zrobiono nam pod względem psychicznym. Z rozdrapanych ran znów krew wypływa, jakby rozerwano nam tętnice, wróciły objawy somatyczne towarzyszące depresji, już nawet nie piszę tu o innych symptomach załamania nerwowego... Gdy wczoraj próbowałam zwierzyć się znajomemu, jak się czuję, to nie mogłam się zdecydować, czy powiedzieć, że tak, jakbym miała zawał, czy tak, jakbym miała udar. Bo to i jedno, i drugie jednocześnie. Nasza równowaga psychiczna jest wciąż tak słaba, tak krucha, że tego typu sytuacje wprost zmiatają nas z powierzchni ziemi. Nie wiem, kiedy znów na nią powrócimy. Znajomemu w końcu powiedziałam, że czuję, że nie żyję. Tak, to mój obecny stan. Dzięki prawu, bankom, procedurom sądowym, czyli temu wszystkiemu, co jako społeczeństwo wytworzyliśmy sobie, by nam było łatwiej żyć. Dziś najchętniej bym się z tego wszystkiego wypisała...





































