![]() |
| Gdzieś za Częstochową |

Pierwszy tydzień lipca zamknął kilka ważnych dla mnie spraw. Zakończył się rok szkolny, który trwał omal do ostatnich dni czerwca. W sesji zdałam już chyba wszystko, co było możliwe dla wolnego słuchacza. No i mąż powrócił z kilkudniowego pobytu w szpitalu.
![]() |
| A robaczki świętojańskie wciąż fruwają - nawet po moim domu |
![]() |
| Pod restauracją na przedmieściach Łodzi |
Wszystkie te zakończenia w perspektywie niosą zmianę w moim życiu, ale ostatnie z nich to nawet może życiową rewolucję. Kilkudniowy pobyt w szpitalu kardiologicznym wywrócił do góry nogami myślenie o chorobie męża i możliwości jego wyleczenia. Gdybym napisała, że pojawiła się nadzieja, to zupełnie by to nie oddawało prawdy o tym, co się zdarzyło. Bo u mnie w odpowiedzi na wieści ze szpitala po prostu pojawiła się euforia. I choć to uczucie z czasem płowieje i blednie, to jednak dzięki niemu ostatnie dni przeżywam poniekąd w pewnym oszołomieniu.


Pobyt męża w szpitalu w czasach pandemii był trudny i niestety mało przyjemny. Wzmożony reżim sanitarny stanowił wielkie źródło stresu i napięć na całym oddziale, co w przykry sposób odczuwali pacjenci. Oczywiście do tego zero odwiedzin i maksymalne poczucie izolacji.
Lekarze z oddziału kardiologii oprócz serca musieli się zająć mężowymi nogami, bo choć uczulenia udało nam się pozbyć, to pękające pęcherzyki pozostawiły bolesne rany na skórze. Mąż z trudnością dojechał do szpitala. Pobyt musiał rozpocząć testem na Covid-19. Mieliśmy w sobie sporo niepewności, bo nie wiedzieliśmy, jaki jest plan szpitalnych działań, ani ile będzie trwał pobyt.

A jednak mimo wszystkich utrudnień lekarze wykonywali swoją pracę mega profesjonalnie. Mąż doczekał się wreszcie fachowej i rzetelnej diagnostyki. I to nie jej wyniki nas zaskoczyły, bo mamy świadomość, że serce jest wyczerpane z powodu niedotlenienia, związanego z marną pracą płuc, ale komentarz wykonującego badanie.

Przytaczam słowa diagnozującego lekarza w mniej więcej takiej wersji, jaką usłyszałam od męża:
- Mam dla pana złe i dobre wiadomości. Zła jest taka, że badanie potwierdziło katastrofalne nadciścienie płucne. Dobra jest taka, że my to leczymy. Zła, że czeka pana bardzo poważna operacja, dobra, że w jej wyniku możemy przywrócić nawet pełną sprawność oddechową...
To jest ten moment, kiedy spadłam z krzesła. Wypadłam z butów. Nie byłam w stanie wysłuchać spokojnie reszty złych i dobrych wiadomości.
No bo jak to? Płuca męża są w tym dramatycznym stanie od czasu pierwszego epizodu zatorowości, czyli od jakichś trzydziestu lat! W międzyczasie próbowano nas przekonać, że tam już nie ma skrzepów, że wszystko się rozpuściło, że przyczyna niewydolności oddechowej tkwi w zaostrzeniu astmy, później szukano jej w POCHP. I nikt przez ten cały czas nie powiedział uczciwie: nie wiem. Proszę diagnozować się dalej. Tam, gdzie potrafią to zrobić lepiej (najlepiej).
Nikt nawet nie wspomniał o szpitalu, gdzie w końcu (po 30 latach!) trafił mój mąż i możliwości zrobienia tam specjalistycznych badań. Dopiero ostatnia wizyta na oddziale pulmonologii w Zabrzu wskazała taki kierunek.


A gdzie byli ci kardiolodzy, pulmonolodzy, naczyniowcy, u których mąż leczył się tyle lat? Czy brak informacji o możliwościach dalszego postępowania w chorobie nie jest zrobieniem pacjentowi krzywdy? Jak można mieć tyle zaufania do własnych umiejętności/wiedzy, żeby uznać, że nikt nigdzie nie zrobi nic więcej poza tym, co ja zrobiłem/zdiagnozowałem? Zwłaszcza, że jak się okazało, te możliwości poprzednich lekarzy męża były mierne i stan pacjenta się tylko z czasem pogarszał? Jak można człowiekowi nie dać wyboru między leczeniem się u kogoś, kto tego zrobić nie potrafi i u tego, kto wie, co zrobić i potrafi?

Naprawdę tego nie pojmuję. Zwłaszcza, że już na etapie lekarza rodzinnego osobiście pytałam na przykład o dobry szpital pulmonologiczny, bo na oddział w naszym mieście to można pójść co najwyżej z kaszlem, a i to odradzam. Nie chcieliśmy więc tam powtarzać w nieskończoność doświadczenia, które było po prostu dołujące. Cóż usłyszałam w odpowiedzi?
Otóż nie, panie lekarzu rodzinny. Teraz już wiem, jaka jest różnica między dobrym szpitalem, a takim, z którymi mąż miał wcześniej do czynienia. Sama nabyłam tę wiedzę. Szkoda tylko, że dopiero po tylu latach. Na dodatek metodą prób i błędów.


I najpierw wzbudziło to we mnie poczucie żalu. Tyle lat bez górskich szlaków, kajakowania, wycieczek rowerowych. Czy choćby zwykłego spaceru po plaży ostatnio w Mielnie... A nawet okresowo bez wstawania z łóżka.

Ale tuż za żalem równie szybko podążała radość. Niewyobrażalna wprost. Że to wszystko jeszcze przed nami. Że niemożliwe jednak jest możliwe. Że można całkowicie naprawić coś, co my w najśmielszych marzeniach chcieliśmy ledwie poprawić. Odmienić komuś całkowicie życie.

Do dziś, gdy o tym myślę, to aż mi trudno uwierzyć w taką odmianę losu. Choć, gdy emocje (euforyczne) nieco opadły, to zaczęłam wreszcie dostrzegać także tę ukrytą w głębszym cieniu stronę sytuacji. Mojego męża najprawdopodobniej jesienią czeka bardzo ciężka, obarczona dużym ryzykiem śmiertelności operacja. Jest ona rzadko wykonywana i mało kardiochirurgów się w niej specjalizuje. Polega na wyjęciu z płuc skrzepów, które je korkują, uniemożliwiając oddychanie. Potem nieunikniona jest długa rekonwalescencja.


- Będzie się pan czuł tak, jakbyśmy pana przez pięć godzin gonili wokół naszej kliniki, szczując dobermanami i obijając bejsbolami - wyjaśnił to obrazowo mężowi kardiochirurg.


Ale i tak wizja swobodnego oddechu jest tego warta. Mąż nie wahał się ze zgodą na operację ani chwili. Mimo, że jej wynik może nie być aż tak optymistyczny, jak to przedstawił lekarz diagnozujący. Nie wszystkie skrzepy być może da się usunąć. Ale pozostawienie ich bez interwencji lekarskiej to jak siedzenie na bombie zegarowej. W każdej chwili któryś z nich może się oderwać i przemieścić...

Więc i tak, wyjścia nie ma. Pozostaje zawierzyć Świętemu Charbelowi. Zdaje się, że on bardzo efektywnie oręduje w sprawie mężowego zdrowia. No i jest jeszcze Święty Atanazy, z którym mieliśmy okazję zapoznać się bliżej w Macedonii.

Postanowiłam teraz wrócić na blogu do tych wspomnień. Bo z prawdziwym powrotem na Bałkany w naszej obecnej pandemicznej rzeczywistości będzie trudno. Chcieliśmy bardzo w tym roku wrócić w tamte strony. Snuliśmy marzenia, planowaliśmy, sprawdzaliśmy trasy. Ale okazało się, że “nowa rzeczywistość” podróżowania nas przerosła. Granice, które się otwierają i zamykają z dnia na dzień, kwarantanna w obcym kraju lub po powrocie z niego, testy lub formularze na okoliczność Covid-19, chaos informacyjny lub w ogóle brak możliwości zdobycia informacji na temat wjazdu lub przejazdu przez kolejne państwa. To na razie sprawa nie do ogarnięcia.

Wracam więc do Macedonii na razie mentalnie. Choć i to jest miłą odskocznią od codzienności w perspektywie spędzenia całych wakacji w domu. Zaczynam zatem w tym miejscu, gdzie skończyłam blisko dziewięć miesięcy temu.
WITAMY W MACEDONII!
P.s. Poprzedni post o Macedonii: https://podobrejdrodze.blogspot.com/2019/10/bakany-34-dni-na-34-ta-rocznice-slubu.html
P.s. Następny post o Macedonii: https://podobrejdrodze.blogspot.com/2020/07/bakany-34-dni-na-34-ta-rocznice-slubu.html




































Brak komentarzy:
Prześlij komentarz