Poprzedni odcinek: SERBIA - RELAKS DLA CIAŁA I BALSAM DLA DUSZY - Ovčar Banja
💟
Bałkany – 34 dni na 34 - tą rocznicę ślubu - odcinek dziewiąty - SERBIA, MACEDONIA
Dzień podróży: 9 (30.07)
- Zdaje mi się, że to ta pani z autostopu bardzo
chciała nam podziękować za podwózkę – chyba zaczyna coś do mnie docierać:)
Jak będzie później opowiadał mój mąż, na Bałkanach zauważyliśmy, że każde najmniejsze dobro wniesione przez nas w świat, odpłacało w
zwielokrotniony sposób. I to w trybie natychmiastowym. Nie od razu się w tym
połapaliśmy. Na początku to było jak w
reklamie, z którą prawie dwa lata wcześniej wystartowała firma Wawel: „Czujesz się dobrze, czynisz dobrze”. Bo przecież nie
ze względu na potencjalne korzyści staraliśmy się być uczynni i przydatni ludziom
w tak gościnnym rejonie świata jak Bałkany.
Na zakończenie pobytu w Serbii postanawiamy jeszcze zobaczyć Gučę.
I nie dlatego, że zainspirowała nas wycieczka, która znalazła się w czytanym mi
odcinkami przez męża wpisie na blogu Dominiki Mróz. My po prostu uwielbiamy
trębaczy! Mąż od dawna już marzył o tym, żebyśmy kiedyś przyjechali na ich, odbywający
się w Gučy, festiwal. Ale jakoś nigdy nie było nam w takim okresie „po drodze”.
Teraz też czas jakby nie ten, co potrzeba. Do Festiwalu Trębaczy został jeszcze
tydzień, a my właśnie przemieszczamy się do Macedonii. Lecz cóż, ostatecznie
uznajemy, że lepiej wcześniej niż wcale:), choćby to się miało skończyć tak, jak w
przypadku blogowej historii męża Dominiki Mróz, który ani nie usłyszał w Gučy dźwięku
trąbki, ani też nie było mu dane spotkać żadnego trębacza, choć z takim marzeniem się tam udał.
No więc jedziemy, choć to znów nie bardzo na trasie do
Macedonii. Po drodze zabieramy z przystanku autostopowiczkę – elegancką panią w
średnim wieku, jak się okazuje, boli noga, musi dotrzeć do lekarza w Gučy.
W czasie jazdy kobieta dużo opowiada (po serbsku) o
słynnym festiwalu. I nie wiem, czy ją dobrze rozumiem, ale zdaje mi się, że
sama przedstawia się jako osoba, biorąca w nim udział. Już czuję się wyróżniona
przez los – oto zesłał w nasz samochód trębaczkę z Gučy:). Jeszcze w przedbiegach
dostaliśmy więcej niż mąż Dominiki Mróz.
A potem jest już tylko coraz lepiej.
Pani wycałowuje mnie na pożegnanie, a następnie wjeżdżamy do centrum Gučy pod znany
pomnik trębacza i ... widzimy cały zespół, złożony z takich muzyków, który
akurat wyszedł się fotografować w tym miejscu!
Jesteśmy tak szczęśliwi, jakby ktoś przygotował to
widowisko specjalnie dla nas. Panowie ze swymi instrumentami różnej wielkości
są nawet wystrojeni w stroje regionalne! A dla mnie przedstawiają one zawsze
powód do zachwytu. Fotografuję jak w transie.
A potem przysiadamy w Cafanie Central na przeciwko pomnika trębacza
i... robimy stamtąd dalszą konkurencję profesjonalnemu fotografowi:). No i oczywiście raczymy się przy tym pyszną kawą. W końcu trębacze odchodzą do swoich spraw, a my
dziękujemy im w myślach za tę obecność tu i teraz.
Ruszamy dalej przez Gučę, by chwilę potem znów
przystanąć, tym razem w miejscu, gdzie odbywa się festiwal. A tam, wewnątrz
budynku przy scenie... no nie, nie wierzę... I pokrzykuję z podniecenia
natychmiast na męża, który jeszcze nie wysiadł z samochodu. Nakłaniam go, choć
nie powinnam, do pośpiechu, bo boję się, że magia nie będzie trwała wiecznie. A
chcę, by pochwycił chwilę, o której marzył i on, i mąż Dominiki Mróz.
W budynku jest próba zespołu trębaczy. Siedzimy,
słuchamy skocznych dźwięków i nie możemy uwierzyć swemu szczęściu.
I w tym momencie podróży rozstajemy się z Dominiką Mróz, dziękując za ten wspólnie przebyty odcinek!.
Po powrocie do domu widzę kolejny jej wpis na blogu, z którego wynika, że jednak jakiś czas temu udało im się wraz z mężem odwiedzić Gučę w czasie Festiwalu
Trębaczy.
Zachęcam do przeczytania tej relacji, bardzo dużo tam informacji, które można wykorzystać, przygotowując podobny wyjazd. Cieszy mnie spełnione marzenie blogerki i ufam, że nasze też się kiedyś
ziści.
Na razie zaś pędzimy dalej. Droga przed nami daleka, bo
musimy objechać Kosovo, a Guča pochłonęła jednak sporo czasu. Robimy tylko
jedną przerwę w podróży – w Eтно кућа Eрић (fotorelacja) kupujemy
wreszcie serbskie wino, co wygląda na obiecującą perspektywę w przeciwieństwie do naszych
monastyrskich eksperymentów. Choć finalnie zdaje mi się, że wino było co nieco przereklamowane:).
Do Macedonii zbliżamy się już późnym popołudniem. Zastaję
ją taką, jaką pamiętam sprzed lat. Obrośnięte pożółkłą trawą góry sprawiają tak
samo surowe wrażenie, jak podczas przejazdów tranzytem do Grecji.
Po raz
pierwszy w podróży decydujemy się jechać autostradą – lubimy wiejskie
drogi, przy nich zawsze życie mieszkańców jest bardziej autentyczne, ale
zdecydowanie nie mamy ochoty błądzić w środku nocy w poszukiwaniu Monastyru
Joakima Osogovskiego, gdzie zarezerwowaliśmy następny nocleg.
Docieramy tam już
po ciemku, na szczęście dojazd jest dość dobrze oznakowany, a Macedończycy
chętni do wskazywania właściwego kierunku. Zanim dopełnię rezerwacyjnych
formalności, natknę się na życzliwą Serbkę ze Stanów, która pokaże mi, jak zaopatrzyć
się w wodę do toalety. Potem poznam też jej polskojęzyczną rodzinę.
W monastyrze tego dnia jest awaria. Po całym dniu w
upale, brak wody stanowi dosyć dotkliwie odczuwaną niedogodność. Ale przecież ta podróż jest, by cieszyć... Więc cóż, wprawdzie brudni, ale uradowani, oglądamy tego dnia przed zaśnięciem jeden z najwspanialszych widoków w podróży. Okna
naszego pokoju wychodzą na pogrążony we śnie nocy letniej przepiękny Monastyr
Osogowski.
WITAMY W MACEDONII!
Ciąg dalszy we wpisie: MACEDONIA - "TURYSTYKA MONASTYROWA" (Sveti Joakim Osogovski)
ETNO KUCA ERIĆ - fotorelacja
EDIT
Z ogromną przykrością odkryłam niedawno w internecie film, z którego wynika, że Etno kuca Erić spłonęła w styczniu 2022 roku😭
https://www.youtube.com/watch?v=bmZ6kWEIH7Q&ab_channel=BEOGRADSRBIJA
Dołączam więc zdjęcia nawet najbardziej nieudane, bo i tak chyba stanowią już pewien dokument historyczny, niestety😭
Trzymam kciuki za odbudowę💓














Brak komentarzy:
Prześlij komentarz