poniedziałek, 7 października 2019

SERBIA - WIDZIAŁAM SĘPA CIEŃ - Uvac

Poprzedni odcinek: SERBIA - Z PÓŁNOCY NA POŁUDNIE PRZEZ BOŚNIĘ 
💟


Bałkany – 34 dni na 34 - tą rocznicę ślubu - odcinek szósty - SERBIA


Dzień podróży: 6 (27.07)

Dzień, na odmianę bardzo piękny, rozpoczął się domowym śniadaniem w pomieszczeniu, zwanym przez gospodarzy muzeum rodzinnym. Niestety, zeszliśmy bardzo późno na poranny posiłek i to uniemożliwiło realizację planu, z którym tak naprawdę przyjechaliśmy do Etno domacinstva Saponjic. Choć byłam jego autorką, w zamierzeniu miał to być ukłon w stronę pragnień męża. Bo o ile ja chciałam koniecznie (choć od niedawna) zobaczyć Kućicu na Drini, to on marzył, by obejrzeć Uvac (i to już od dawna). Nie wiem, w jaki sposób dowiedział się o istnieniu tak magicznego miejsca w Serbii, no ale skoro jest fanem tego kraju, to właściwie może nie ma w tym nic dziwnego. 

Ze względu na męża opracowałam więc plan z Uvacem w roli głównej, dość solidnie się przykładając (zważywszy oczywiście na czas, którym dysponowałam) do wyszukiwania na rozmaitych blogach wszelakich dostępnych informacji o tym miejscu, bo niestety na wypożyczony przed wyjazdem przewodnik „Bałkany” autorstwa A. Zagórskiej - Chabros nie mogłam liczyć. Cała Serbia zachodnia i centralna zajmuje tam niecałe 12 kartek tekstu, a o Uvacu znalazłam tylko wzmiankę:(. Pomysł na zanocowanie w Etno domacinstvie Saponjic zaczerpnęłam od blogerów opisujących swe podróże pod adresem: http://www.odkrywamyinterior.pl/serbia/kanion-uvac/ - dziękuję. Jak wkrótce odkryłam, nie tylko ja tak zrobiłam (a na przykład również autorzy strony z przepięknymi zdjęciami obiektu: https://naszebalkany.pl/noclegi/serbia-kanion-uvac/).

Wcale się nie dziwię, bo namiar warty jest dalszego polecania. Miejsce jest z gatunku tych „gdzieś na końcu świata”, w otoczeniu natury, o której zwykło się mówić, że „nie skażona ręką ludzką”. Są tu łąki wypełnione zapachem kwiatów, miłe dla oka górki i pagórki, a z najwyższego punktu zielonego podwórka widać nawet kawałeczek rozlewiska Jezera Sjeničko (Uvačko). A w tym wszystkim przemili gospodarze, częstujący na przywitanie kawą, herbatą, rakiją... Chciałoby się zostać u nich dłużej, odpocząć na którymś z leżaczków, hamaków, czy choćby pobiesiadować przy jednym ze stołów rozłożonych wśród zieleni. A potem spacerować po okolicy z cudownym labradorem mieszkającym w Etno domacinstvie.

Tyle że my nie mamy czasu na to „dłużej”. Na Booking.com udało nam się zarezerwować jedynie jeden nocleg (deluks dvokrevetna soba), w pozostałe dni nie było to już możliwe z powodu braku dostępności. Po mało przyjemnym błądzeniu w odludnej okolicy, przybyliśmy na miejsce tak późno, że dostaliśmy pokój blisko wejścia (czteroosobowy typu standard), żeby jak najszybciej móc się znaleźć w łóżku, a pewnie też po to, by nie przeszkadzać  w odpoczynku reszcie turystów, rozlokowanych w głębi domu. Ale byliśmy wyposażeni w tę noc we wszystko, co nam było potrzebne. Tyle, że o pokoju delux nie mogę napisać tutaj nic od siebie.

W sumie nasz pobyt w Etno domacinstvie Saponjic nie trwał nawet pół doby. Szkoda wielka:(. A także przestroga przed przybywaniem tu zbyt późno – po ciemku zabłądzenie w pakiecie pobytu murowane:( i na zbyt krótko - niedosyt jest ogromny i właściwie niewykorzystany potencjał miejsca:(.


Gdy przy śniadaniu wspominamy, że chcieliśmy popłynąć łódką po meandrach rzeki Uvac (tego dotyczył mój plan), to okazuje się, że się spóźniliśmy, bo w tym dniu już niestety wszystkie łódki wypłynęły. Wprawdzie gospodarze pomagają zorganizować takie wycieczki, ale trzeba zgłosić im to wcześniej (można online). 

Przeżywamy chwile rozczarowania, ale Mladan znajduje sposób, byśmy się rozpogodzili.
 - Zaznaczę Wam na mapie bardzo dokładnie drogę do punktu widokowego. Traficie na pewno i zobaczycie tam meandry Uvaca.


I tak właśnie dzięki Mladanowi odkrywamy (pewnie jako ostatni ze wszystkich podróżników na świecie:) mapy offline:) A także dojeżdżamy przez nieco senną Sjenicę do budzącego chyba najwięcej zachwytu punktu widokowego, z jakim do tej pory miałam do czynienia. 

Już sama droga, po której prowadzą nas proste, zbite z drewna i mocno zużyte drogowskazy z napisemвидиковац”, wprost poraża swym pięknem. Jeśli wcześniej wychwalałam naturę nie skażoną ręką ludzką, to teraz już nie wiem, co mam powiedzieć o tej okolicy. Po prostu zaniemówiłam. Odzywam się (a właściwie pokrzykuję ze strachu) tylko w miejscach, gdzie nasza droga, na której widać ślady burzy z poprzedniego dnia, robi się coraz bardziej ekstremalna. Bo przecież poznany w Szargańskiej Ósemce rodak przestrzegał męża:
- Jak tam utkniesz, to cię przez tydzień nie odnajdą! 

Uff... No może tak źle by nie było, w końcu zorganizowane wycieczki też jakoś docierają na szczyt. Ale prawdą jest, że bez porządnej terenówki nie sposób pokonać tej drogi (przynajmniej w takich warunkach, jakie my mieliśmy). Pniemy się pod górę coraz wolniej. W końcu jakieś 200 metrów przed końcem trasy odpuszczamy, bo i tak nie bylibyśmy w stanie przejechać przez poburzowe, pełne błota rozlewisko na skraju lasu. 
 

Resztę drogi na szczyt Molitvy trzeba pokonać pieszo. To właśnie tam jest, będąca naszym celem, platforma widokowa.


Wchodzisz na nią i nie możesz uwierzyć własnym oczom. Jak to możliwe, że na świecie są takie cuda, a Ty właściwie do czasu tej podróży nie miałeś o nich pojęcia? Serbia to z całą pewnością najbardziej nieodkryty turystycznie kraj z jakim mieliśmy kiedykolwiek do czynienia.

Widok na zielone zakola rzeki Uvac jest nie do przebicia. Dodatkowo w bonusie można oglądać sępy płowe, które mają tu największą kolonię w Europie. Oglądałam! Dla mnie to prawdziwy odlot.

Zupełnie opuszcza mnie żal, że nie jestem pasażerką jednej z tych łódek, które widzę z góry. 
Po powrocie do domu wyczytam na stronie https://pomyslynawyprawy.pl/romantycznie/, że (gdyby ktoś chciał) można je wynająć również w innym miejscu. Ale nic to, i tak było przepięknie...

Jedyną irytującą sprawą podczas naszej wycieczki okazała się obecność pokaźnej liczby selfiarzy, którzy robili sobie niezliczoną ilość fotek, mizdrząc się do aparatu bez końca i wystawiając tym samym na próbę wszelką cierpliwość. Szczytem selfiarskiej fantazji był pewien rowerzysta (kawał chłopa), który pozował do selfie, stając nad przepaścią zaledwie na wąskiej, drewnianej barierce platformy widokowej nad Uvacem. Dostałam prawie zawału. Co tym ludziom się stało z głowami? Selfie cenniejsze niż życie? – jak to możliwe, że doszło do czegoś takiego? Nie mogę na to patrzeć. Wolę już zejść ze szczytu Molitvy.

Powoli zjeżdżamy z góry, ciesząc oczy acydziełami Stwórcy. Po raz pierwszy od dawna mamy taki komfort, że nie musimy się spieszyć. Nocleg zaplanowaliśmy w Monastyrze Studenica, a w porównaniu do naszych poprzednich tras, ta nie wydaje się specjalnie długa. Nawet jeśli nawigacja prowadzi nas szerokim kołem. 



Po drodze mamy jeszcze czas, by zwiedzić piękny i bardzo stary Monastyr Sopoćani (fotorelacja). W 1979 roku został on wpisany na listę Światowego Dziedzictwa Unesco i wcale się temu nie dziwię.

Droga przez Serbię przestaje mieć funkcję li tylko łączącą miejsca do których chcemy dojechać. Porzuca logikę raz obranego kierunku i zaczyna zawracać lub zmieniać się w zakosy. Staje się celem samym w sobie. Przygodą, dla której warto tu było przyjechać.



Ciąg dalszy we wpisie: SERBIA - NOC W MONASTYRZE STUDENICA 

MONASTYR SOPOĆANI - fotorelacja












Brak komentarzy:

Prześlij komentarz