Widziałaś
tytuł rolki? - pytam dziś Anię, nawiązując do przesłanych jej wspomnień turystki z Tulipanowej Polanki, którą my też odwiedziłyśmy w
długi majowy weekend.
https://www.facebook.com/reel/844445818704948
Mała
Holandia - hahaha
Naprawdę
bawią mnie takie deczko napuszone porównania. Choć oczywiście to
w niczym nie umniejsza zachwytu nad miejscem pełnym kolorów,
zapachów i tulipanowej różnorodności w pełni swego zakwitu.
„Aby
spacerować wśród łanów tulipanów, wcale nie trzeba jechać do
Holandii 🌷🥰 Pole tulipanów można znaleźć także i w Polsce!
A dokładnie w położonej nieopodal Zatora wsi Polanka Wielka” – reklamuje autorka rolki.
No
tak, do Holandii więc nie pojechałyśmy - na długi weekend Ania
zjechała do mnie, a tulipanami zachwycałyśmy się podczas
wycieczki niedaleko od domu. Tulipanowa Polanka znajduje się
dokładnie dziesięć minut jazdy od Oświęcimia.
Do tego polskie
Malediwy i zrobił nam się (...) weekend międzynarodowy –
kontynuuję korespondencję z Anią.
Tak, takie miejsce
też znajduje się niedaleko naszego domu. Mieści się na terenie
Parku Gródek w Jaworznie. Kiedyś we wczesnej młodości naszych
synów odwiedziliśmy go, bo w tamtejszej bazie nurkowej Koparki
chłopaki rozpoczynali kurs nurkowania, ale nie jest to niestety
wspomnienie pozytywnego doświadczenia (więcej w aneksie).
Szkolenie miało się
skończyć wystawieniem profesjonalnego certyfikatu, za co z góry
zapłaciłam, a nie było to mało (pełny kurs nurkowy plus
certyfikat ukończenia dla dwóch osób). No cóż,
nurkowanie z Centrum Nurkowym Dekompresja Łódź skończyło się na
tym jednym razie – organizator już się
więcej w tym miejscu nie pojawił (a jeśli sie pojawił, to nas o tym nie zawiadomił), a Fast Deal, gdzie je wykupiłam,
też się na mnie wypiął, bo przecież zawarłam umowę podobno nie
z nim, lecz bezpośrednio z nurkami. W tamtym czasie (a może i w tym
– tego nie wiem) zakupy grupowe kierowały się prostą zasadą,
wyrażoną na stronie jednej z ich platform: „Sprzedawca
ponosi wyłączną odpowiedzialność wobec nabywców za opiekę i
jakość reklamowanych produktów i usług”. Niniejszym
pośrednik umywa ręce. Nie wiem zresztą, czy Fast Deal
jeszcze w ogóle istnieje, po wpisaniu tego hasła w internet,
wyskakuje mi teraz komunikat: „ta witryna jest nieosiągalna”.
Nic więc chyba w
tym dziwnego, że w związku z niewykonaniem usługi przez
Dekompresję czułam się oszukana, co niestety przełożyło się na
niechęć do powtórnego odwiedzania miejsca, które o tym oszustwie
mi przypominało.
Ale dla Ani jestem w
stanie zrobić wszystko, nawet doznać chwilowej amnezji minionych
złych doświadczeń. Wszystko tylko po to, by ona wyjechała ode
mnie z doświadczeniami jak najbardziej pozytywnymi. A Malediwy w
zasadzie to gwarantują:).
Podczas wycieczki w polskie miejsce o tej nazwie chciałam nawiązać do cudownych malediwskich wspomnień z naszych ostatnich wakacji. Nawiązałam. I o dziwo, była to przyjemność
również dla mnie. Okazało się, że wspomnienia nurkowe już dawno
wyblakły, a miejsce zmieniło się na tyle, że nawet chwilami
trudno je było przypasować do wydarzeń, które rozpoczęły się
piętnaście lat temu. Poza tym najbardziej atrakcyjne miejsce Parku
Gródek to wcale nie zbiornik Orka, gdzie znajduje się baza nurkowa
Koparki. Trzeba nam było przejść wzdłuż jego brzegu trochę dalej -
pięknym, pachnącym czeremchami lasem z rozkwitłymi pierwiosnkami i
poziomkami.
„Park Gródek to
„unikatowy teren rekreacyjny powstały na dnie dawnego kamieniołomu
dolomitu Cementowni „Szczakowa”. Obiekt zyskał ogólnopolską
sławę dzięki zbiornikowi „Wydra”, charakteryzującemu się
turkusową wodą i systemem drewnianych pomostów, które przy
wysokim stanie wód bywają malowniczo zatopione. Park oferuje liczne
punkty widokowe na wysokich, wapiennych klifach oraz ścieżki
edukacyjne zarządzane przez ośrodek GEOsfera”
(https://dziennikzachodni.pl/gdzie-na-weekend-w-60-minut-od-katowic-30-pieknych-miejsc-w-wojewodztwie-slaskim-idealnych-na-jednodniowa-wycieczke/gh/c7p2-28925409).
I trzeba przyznać,
że miejsce to w długi majowy weekend miało już istotnie wakacyjną
atmosferę, której się od Malediwów oczekuje. Pierwszy krótki
rękawek w tym roku, lody z owczego mleka i lemoniada w różnych
smakach zrobiły swoje. I nawet nie przeszkadzało to, że stan wody
był tak niski, iż po jednej stronie pomostu prawie jej nie było.
Znaczyło to tylko tyle, że jeszcze trzeba tam wrócić, gdy będzie
jej więcej.
Ania przyjechała do
nas ostatniego dnia kwietnia. Akurat po nocy z takim przymrozkiem,
który zbrązowił kwiaty magnolii i zwarzył młode listki róż na
wierzchołkach pędów. Nie wyglądało to dobrze ani pod kątem
aury, ani pod kątem mojego samopoczucia. Ryłam nosem po podłodze
ze zmęczenia, pracując intensywnie od rana do wieczora przez
poprzednie dni tygodnia. Bałam się, że w ogóle nie uda mi się
ogarnąć niczego w mieszkaniu tak, żeby choć można było w miarę
normalnie w nim funkcjonować. Dodatkowo obawiałam się, że w tym
stanie wykończenia będę dla Ani żadnym towarzystwem. Że
zwyczajnie, jak w każdy weekend ostatnio, po prostu padnę zmęczona
do wyra i mimo najlepszych chęci nie podniosę się z niego aż do
rozpoczęcia dniówki w następnym tygodniu pracy.
Ale niepotrzebnie
się martwiłam. Wizyta Ani zmobilizowała mnie do przeżycia
długiego weekendu w najpiękniejszy możliwy sposób. I nie było to
okupione jakimś wysiłkiem ponad siły. Wraz z przyjazdem Ani
poczułam, jakbym znalazła odpowiedzi na swoje od dawna
zaniedbywane potrzeby. A wraz z nimi przypływ energii na ich
zaspokajanie. I to jednocześnie mnie zaskakiwało i cieszyło.
To
była ta sama przemiana, którą czuję wraz z początkiem omal
każdej wakacyjnej wyprawy, nawet jeśli się rozpoczyna tego samego
dnia, w którym kończę cały, zazwyczaj bardzo wyczerpujący rok
szkolny. Jakby wraz z rozpoczęciem trybu pod tytułem "wakacje w
podróży" nagle następowała mobilizacja wszystkich sił do
przeżycia pełni nadchodzącego czasu. Jakby w jakiś
cudowny sposób znów podłączano mnie do prądu, żebym mogła jednocześnie i tryskać energią, i ładować akumulatory.
I tak właśnie
ładowałam je przez cały pobyt Ani w naszym domu. Podczas wspólnych
posiadówek przy kawie i herbacie, rozmów przy winie i cydrze,
seansów w „domowym kinie”, eksperymentów z maseczkami i
kadzidełkami, spacerków nad rzeką z Wafelkiem i Maksiem, pichcenia
w kuchni z wypróbowywaniem starych i nowych przepisów, testowania
jedzenia w znanych nam i nieznanych lokalach oraz, o czym już
pisałam powyżej, w trakcie wyjazdów na wycieczki. Fajne też było
to, że sama mogłam wówczas skorzystać z okazji zobaczenia takich miejsc w
okolicy, do których nigdy wcześniej nie dotarłam. To nie było
więc obwożenie gościa po znanych mi okolicznych atrakcjach tylko
zapewnienie również sobie świeżej porcji wrażeń.
Tylko wycieczka do
Krakowa odbiegała od tych kryteriów. Ale to z kolei było zaspokojeniem pragnienia, które od dawna żywiłam. Wiosenny Kraków – tak bardzo
chciałam w nim pobyć, tylko że jak dotąd, brakowało sił, by
zrealizować ten zamysł. I tak odkładałam wyjazd z tygodnia na
tydzień, aż w końcu na Wawelskim Wzgórzu przekwitły magnolie,
które tak bardzo chciałam zobaczyć od momentu, kiedy Madzia
przesłała mi fotkę zamku na tle ich rozkwitłych kwiatów.
Gdy w końcu wybrałyśmy się
do Krakowa z Anią, to wiedziałam, że już za późno na ich podziwianie. Ale i tak pognało mnie, by sprawdzić, jak wygląda
Wawel podczas majówki. A ja pognałam Anię. I wprawdzie na magnolii
udało nam się wówczas wypatrzeć zaledwie kilka ostatnich, pozostałych po pełni sezonu kwiatów,
ale i tak pobyt w ogrodach zamkowych dostarczył nam przepięknych wrażeń.
Bo znad naszego stolika z dwoma szklaneczkami piwa mogłyśmy oglądać
świat niczym z bajki - cieszyłyśmy oczy różnokolorowymi
tulipanami, które akurat rozkwitły na Wawelskim Wzgórzu.
Tulipomania! Aż
trudno uwierzyć, że w pierwszej połowie XVII wieku cebulki
osiągały
bajońskie sumy – skomentowała Madzia, gdy przesłałam jej
zdjęcia.
Ale o „tulipanowej
gorączce” pisałam już zeszłej wiosny. A tym razem w Krakowie
zachwycałam się również morzem innych kwiatów – pod Wawelem
kwitły także łany skalniaków, na Plantach pierwsze w tym roku pachnące bzy, a na Placu
Wszystkich Świętych zaspokoiłyśmy wreszcie apetyt na kwitnące magnolie i to w
dodatku żółte.
- Jaki to piękny
city break – wychwalała co rusz Ania.
Tak, było
wspaniale, a do wawelskich wrażeń dodałyśmy jeszcze tego dnia
relaks w Thai Bali Spa na Floriańskiej, a także coś dla ducha,
czyli muzyczne uniesienia z Trio fortepianowym Chopin
& Friends.
Uległyśmy
reklamie: „Daj się oczarować piękną muzyką (...) w niezwykłym
wnętrzu [z XVII wieku - przyp.aut.] o fenomenalnej akustyce. Ten wyjątkowy wieczór będzie
pełen magicznej atmosfery, którą stworzy blask świec odbijający
się w złoceniach i marmurze”.
No i od razu poszłyśmy na całość i
wykupiłyśmy bilety na koncert VIP z winem:).
Tu
jeszcze trochę reklamy:
„Ciesz się
koncertem muzyki klasycznej w wyjątkowej barokowej sali z akustyką
u stóp najważniejszej rezydencji w Polsce, Zamku Królewskiego na
Wawelu. Posłuchaj najsłynniejszych kompozycji wszech czasów, w tym
najpopularniejszych utworów Chopina, w wyjątkowych aranżacjach na
fortepian, skrzypce i wiolonczelę.
Usłysz różnorodną
muzykę, od Mozarta po Gerschwina, od muzyki filmowej po "hity"
muzyki klasycznej. Przenieś się do magicznego świata muzyki,
słuchając kulminacji różnych stylów muzycznych, w tym muzyki
klezmerskiej i fragmentów muzyki operowej. Posłuchaj
Chopin Chamber Trio, zespołu z Krakowa, złożonego z wybitnych
polskich artystów młodego pokolenia”
(https://www.getyourguide.com/pl-pl/krakow-l40/krakow-koncert-piano-trio-chopin-friends-vip-z-winem-t960197/?ranking_uuid=43bb6062-876c-4510-87b0-cae299ee52a9).
Reklama
nie była czczą obietnicą. Koncert w Klasztorze Ojców Bernardynów nam się podobał, a prosecco zaszumiało w
głowie. Dawno nie czułam się taka szczęśliwa, wracając z
Krakowa do domu.
To
była majówka wszech czasów – napisała Madzia po moich
fotorelacjach. I trudno byłoby się z tym nie zgodzić:). Dziękuję Ci Aniu:)
Aneks
Postanowiłam tutaj
rozliczyć się ze wspomnieniami, aby już nigdy nie
psuły mi pobytu w miejscu, do którego chciałabym jeszcze w spokoju
powrócić. I nie chodzi tu o oskarżanie po latach, lecz o zamknięcie przykrej sprawy w przeszłości.
Kurs nurkowy dla
chłopaków wykupiłam 15 lat temu, ale niestety wszystko poszło nie
tak jak trzeba i po pierwszym spotkaniu i wpłaceniu organizatorom
pieniędzy ze stron firmy Dekompresja Łódź zapadło złowrogie
milczenie. Ale ja nieustannie grzecznie prosiłam. Zamieszczam tu fragmenty niektórych maili z datami przesłania:
(07.07.2012):
Przypominam
się z dokończeniem kursu moich chłopaków. Może
Panowie podacie nam, jaki macie harmonogram w tym roku, a my
spróbujemy się gdzieś wstrzelić. Też chcemy już zaplanować
własne wakacje.
Niestety moje prośby
nic nie dały. Po licznych próbach kontaktu napisałam więc w tej
sprawie następującego maila:
(01.09.2012):
Proszę
o zwrot naszych wpłaconych Państwu pieniędzy w kwocie 1800 zł,
tzn, zwrot za 2 kupony po 100 zł i dopłatę w kwocie 1600 za kurs
wraz z certyfikatami, którą wpłaciłam Państwu w dn. 23.07.2011r.
w bazie przy akwenie Koparki w Jaworznie - Szczakowej. Za
te pieniądze spodziewaliśmy się nabyć umiejętności i
uprawnienia zgodne z ofertą zawartą w kuponie. Niestety
po tym dniu wpłacenia pieniędzy nie spotkaliście się Państwo
więcej z moimi synami, którzy mieli być uczestnikami Waszego
kursu. Od sierpnia 2011r. pisałam i próbowałam dzwonić do Państwa
w tej sprawie, niestety bezskutecznie.
Reakcją
była… cisza. Napisałam więc bezpośrednio do osoby, która
odezwała się do mnie w przeciągu tego czasu 1 (słownie jeden) raz
– udało mi się zdobyć jej adres mailowy:
(13.09.2012):
Za
wszystko to oczywiście zażądaliscie Państwo opłaty z góry i
skasowaliście mnie na 1800 zł już ponad rok temu.Dlatego
ponawiam żadanie zwrotu tej kwoty, które wysłałam w dn.
01.09.(...)
Jeszcze
raz podejmuję próbę kontaktu z Państwem - pisałam już
niezliczoną ilość razy na adres dekompresja-lodz@tlen.pl, a także
przesłałam 7 prywatnych wiadomości, logując się na Państwa
stronie. Do tej pory w całej tej historii korespondencji i
nieodebranych telefonów, dostałam odpowiedź tylko raz w dniu
13.12[2011], pod którą Pan był podpisany.
To zmobilizowało Pana do
odpisania. Nie była to miła odpowiedź, przytaczam znów skrót - tej spokojniejszej części:
(16.09.2012):
„Strona
i mail na który Pani podobno pisała jest nieaktualny i nie mam do
niego dostępu. Powstała nowa strona a mail został zablokowany.
(...) Prosze
napisać jaką ma Pani propozycje rozwiązania tej sytuacji. Tylko tym
razem prosze pisać już na tego maila, gdyż powtórzę tamten jest
nieaktualny.”
Zagotowało
się we mnie. Niemiły ton oraz lekceważenie i poddawanie w
wątpliwość korespondencji, na którą miałam fizyczne dowody w
postaci wysłanych maili podziałało na mnie jak płachta na byka.
Napisałam takie wyjaśnienie, po którym Pan od razu spuścił z
tonu:
(01.10.2012)
„Przepraszam
za długą zwłokę w odpisaniu na Pani maila. Może dokładnie
opiszę sytuację. W zeszłym roku firma, C.N. Dekompresja łódź
należała do drugiej osoby, którą poznała Pani w Jaworznie. Ja
byłem tylko i wyłącznie instruktorem szkolącym w niej. Jednakże
szczerze czuje się w pewien sposób zobowiązany do kursów. Sprawa
wygląda tak: zwrócić kosztów niestety nie mogę, gdyż to nie ja
nimi dysponowałem, a także kurs został w pewnym
stopniu wykonany.”
Obietnicę
dokończenia kursu wówczas otrzymałam. Niestety tylko obietnicę. A czas sobie
płynął dalej. Kolejną wiadomość otrzymałam
dopiero w kolejnym roku:
(14.10.2013)
„Z mojej strony sądzę, że jest wszystko w porządku, gdyż
chce być fair co do klientów, którzy zaczęli coś w firmie
Przemysława Lesiaka, u której byłem TYLKO instruktorem.
Zaproponowałem, że mogę dokończyć ten kurs, mimo że kurs nie
został dokończony w firmie, która nie istnieje, a tylko tam
szkoliłem. Z mojej strony uważam, że robię więcej niż mogę.
Proszę o podanie maila kontaktowego do syna, abym mógł z nim
ustalić termin wyjazdu na nurkowisko.
pozdrawiam
Adam Pszczyński”
Po czym nadawca przestał robić
więcej niż mógł, a nawet cokolwiek robić i kontakt się urwał.
To znaczy ja próbowałam to ciągnąć dalej (i to jeszcze długo):
(30.03.2015)
Już
nie wiem, co mam do Pana napisać - mija rok za rokiem, a ja wciąż
nie mogę się doczekać na wykonanie usługi. I to już jest
naprawdę ostatni sezon, kiedy o to proszę. Piszę już teraz, bo
właśnie zaczynamy już sobie układać wakacje na przełomie lipca
i sierpnia i nie chciałabym, aby terminy się potem nałożyły.
Czekam na jakiś kontakt,
wszystkie namiary na mnie Pan ma.
Aż w końcu kilka miesięcy później Bartek umarł. I wszystko przestało być
ważne – wszelkie plany, marzenia, a także ta kasa, którą
bezapelacyjnie straciłam – a to nawet przecież teraz po piętnastu
latach duża kwota. Sprawa stała się nieaktualna. Choć i tak już
wcześniej była beznadziejna.
I tylko to
mnie zaskoczyło, że gdy w momencie pisania tego aneksu wygooglałam
hasło „Dekompresja Łódź”, to okazało się, że firma nadal
istnieje i ma się nawet całkiem dobrze. A na stronie podany jest
kontakt i namiar na tę osobę, z którą ja korespondowałam (choć
to chyba nieadekwatne określenie, więc nazwijmy to; „do której
ja pisałam” i to przez lata).
Pozostawiam
sprawę bez dalszego komentarza. I cóż, nie widzę innego wyjścia jak tylko o niej zapomnieć. Bo na cokolwiek innego i tak już brakuje mi sił.