środa, 27 maja 2026

MAJ W TRYBIE PRZETRWANIA - do poprawy

 

„Upływa maj, upływają skowronki. Czas nie zatrzymuje się w miejscu tylko płynie” - taki post wrzuciła przedwczoraj Maja Kowalewska na konto „Chaos i inne piętra”. A ja pożyczyłam sobie to poetyckie sformułowanie dla potrzeb Akademii Rodzica.

Tak naprawdę, to nie wiem, kiedy ten maj upłynął. Albo raczej zupełnie odwrotnie – wiem i to bardzo dobrze. To było wtedy, gdy spędzałam całe dnie w pracy lub desperacko próbowałam po niej wypocząć, by przygotować się do kolejnego dnia, spędzanego w pracy. Bez czasu poświęcanego na zachwyty nad światem, zanurzonym w obfitość zieleni w iście barokowy sposób. Bez wystarczającej dawki wąchania bzów i konwalii, słuchania ptasich trelów, wystawiania twarzy do słonka. Bez spacerów po lesie, pikników na trawie, wypadów za miasto…

„Maj przepływa przez serca, przez oczy i palce” – napisała w swoim poście Kaja. I tak szybko przechodzimy z tym zdaniem z czasu teraźniejszego w przeszły. Już prawie po maju...

Tak, spędziłam ten miesiąc w trybie przetrwania. Wciąż odliczam dni i tygodnie do zakończenia obecnego roku szkolnego. Ale na szczęście także podejmuję działania, żeby w następnym mieć więcej czasu na cieszenie się życiem.

Dziś jest ten dzień, gdy pierwszy raz w życiu zwolnię się z pracy – napisałam rankiem do Madzi, dołączając fotografię swojego wypowiedzenia.

Jak zapowiedziałam, tak zrobiłam. To jest właśnie mój pierwszy krok w celu zapewnienia sobie większego komfortu w przyszłości. Taki był plan. I wszystko zgodnie z nim idzie. Już nawet pani dyrektor pokazała mi podanie o zatrudnienie mojej następczyni. Dyrekcję interesowała moja opinia na temat wykształcenia nowej psycholożki. Wydałam jej pełną rekomendację, ukończyła tę samą uczelnię co ja. Cieszę się bardzo, że Małgosia będzie miała profesjonalną współpracowniczkę, a moi kochani uczniowie opiekę na najwyższym poziomie.

Drugi krok wygląda zupełnie podobnie do pierwszego tylko dotyczy Centrum Wsparcia i Rozwoju Kraina Możliwości. Już końcem kwietnia zapowiedziałam tam Beacie, że kończę u nich pracę z ostatnim dniem roku szkolnego i informuję o tym dwa miesiące wcześniej, by właścicielki znalazły za mnie zastępstwo na wakacje. Znalazły, z czego bardzo się cieszę. Postanowiłam więc ustąpić pola nowej psycholożce na stałe i nie wracać do Krainy Możliwości od września. No i to się niestety nie do końca udało. Bo po pierwsze nie wszystkie procesy terapeutyczne zdążę dokończyć w czerwcu. Po drugie opór Beaty jest spory. A do tego naprawdę lubię tę pracę i dużo się w niej uczę. Gdyby nie obecne przemęczenie, to bym się pewnie dalej jej trzymała. To naprawdę dobra odskocznia od szkoły.

Ale niestety mój organizm się buntuje po całości przeciwko wieczornym powrotom z Oświęcimia. I muszę coś z tym zrobić. Być może jakimś kompromisem byłoby, gdybym w przyszłym roku szkolnym pracowała w Centrum tylko w jedno popołudnie w tygodniu. Czas pokaże. Ta sprawa jest jeszcze otwarta.

Szczerze mówiąc, jeszcze niedawno miałam huraoptymistyczną nadzieję, że od września będę psychologiem już w swoim własnym centrum. Marzyłam o tym od dawna, lecz za każdym razem, gdy na poważnie przygotowywałam się do tego przedsięwzięcia, to życie zaskakiwało mnie jakimś kolejnym zakrętem. No i jak miałam iść w nowe, gdy waliły mi się tyły po całości? Gdy trzeba było skupić się na tym, by w ogóle przetrwać?

Ale Beatę lojalnie uprzedziłam, że temat założenia własnego centrum jest wciąż otwarty. Od pierwszej rozmowy w sprawie zatrudnienia w Krainie Możliwości znała moje plany. Teraz też nie ukrywam przed nią, że stawiam kolejne kroki, przybliżające mnie do spełnienia tego zawodowego marzenia. Jestem na etapie rozmów biznesowych na temat zakupu nieruchomości pod swoje centrum.

To mój krok trzeci – bardzo konkretny, poważny i pewnie ryzykowny. Niemniej podjęłam już decyzję i choć się boję konsekwencji, to prę do przodu. Miło stać się na powrót człowiekiem decyzyjnym.

Zdaje mi się, że to pragnienie podróży nauczyło mnie na powrót decydowania. Zaczęło się od szalonego pomysłu na wyprawę na Malediwy i Sri Lankę w zeszłe wakacje, potem były ferie w Gambii i Senegalu, a teraz…, teraz też jestem w trakcie przygotowań do pięknej wakacyjnej podróży. I choć za każdym razem podejmowanie tych podróżniczych decyzji, to ogromne wyzwanie, stres i obawy, to jednak uczę się, że mimo wszystko warto realizować marzenia. I doskonalę umiejętności w zakresie decydowania, które później przekładają się na inne dziedziny mojego życia.

Tak więc to dzięki potrzebom podróżowania na powrót wraca w nie sprawczość. Jestem za to podróżom bezgranicznie wdzięczna. I sobie, gdy wbrew całemu światu za tymi potrzebami podążam. Już niewiele mi zostało do następnej podróży. Muszę tylko jeszcze przetrwać w pracy równo miesiąc.

„Za tydzień zaczyna się czerwiec. Czekają nas trzy miesiące ciepłych wieczorów, tuptania bosymi stopami po nagrzanej ziemi. Lody, truskawki, kawa na tarasie o poranku. Zapach deszczu na ciepłym asfalcie. Kwiaty, pełno kwiatów. Będzie pięknie” (Kinga Arciszewska) – to z kolejnego przedwczorajszego postu, który też zamieściłam na koncie Akademii Rodzica. I to nie tak, że jakoś chcę wyróżnić specjalnie i promować te blogerki czy pisarki, które tutaj cytuję, bo nawet specjalnie nie znam ich twórczości. Ot, wpadam na facebooka i z tego, co mi się wyświetli, wybieram coś, co do mnie w danej chwili trafia, przekazuję dalej i… wypadam.

W taki sposób na razie prowadzę swoją Akademię Rodzica, bo na nic innego czasu nie mam. No trudno, jak wiele innych spraw w moim życiu tak i ona teraz musi poczekać. Tak jak tuptanie bosymi stopami po nagrzanej ziemi. Jak kawa na tarasie o poranku.

Czy nie przegapię czerwcowych truskawek i lodów, to tego też jeszcze nie wiem. Ale mam nadzieję, że poczuję chociaż zapach deszczu, który nadejdzie po upalnych ostatnio dniach. Ciepło wieczorów. Zachwyt nad letnimi kwiatami. Nad pełnią kwiatów…

Oby...

piątek, 8 maja 2026

MAJÓWKA WSZECH CZASÓW;) - Do poprawy

 

Widziałaś tytuł rolki? - pytam dziś Anię, nawiązując do przesłanych jej wspomnień turystki z Tulipanowej Polanki, którą my też odwiedziłyśmy w długi majowy weekend.

https://www.facebook.com/reel/844445818704948

Mała Holandia - hahaha

Naprawdę bawią mnie takie deczko napuszone porównania. Choć oczywiście to w niczym nie umniejsza zachwytu nad miejscem pełnym kolorów, zapachów i tulipanowej różnorodności w pełni swego zakwitu.

Aby spacerować wśród łanów tulipanów, wcale nie trzeba jechać do Holandii 🌷🥰 Pole tulipanów można znaleźć także i w Polsce! A dokładnie w położonej nieopodal Zatora wsi Polanka Wielka” – reklamuje autorka rolki.

No tak, do Holandii więc nie pojechałyśmy - na długi weekend Ania zjechała do mnie, a tulipanami zachwycałyśmy się podczas wycieczki niedaleko od domu. Tulipanowa Polanka znajduje się dokładnie dziesięć minut jazdy od Oświęcimia.

Do tego polskie Malediwy i zrobił nam się (...) weekend międzynarodowy – kontynuuję korespondencję z Anią.

Tak, takie miejsce też znajduje się niedaleko naszego domu. Mieści się na terenie Parku Gródek w Jaworznie. Kiedyś we wczesnej młodości naszych synów odwiedziliśmy go, bo w tamtejszej bazie nurkowej Koparki chłopaki rozpoczynali kurs nurkowania, ale nie jest to niestety wspomnienie pozytywnego doświadczenia (więcej w aneksie).

Szkolenie miało się skończyć wystawieniem profesjonalnego certyfikatu, za co z góry zapłaciłam, a nie było to mało (pełny kurs nurkowy plus certyfikat ukończenia dla dwóch osób). No cóż, nurkowanie z Centrum Nurkowym Dekompresja Łódź skończyło się na tym jednym razie – organizator  już się więcej w tym miejscu nie pojawił (a jeśli sie pojawił, to nas o tym nie zawiadomił), a Fast Deal, gdzie je wykupiłam, też się na mnie wypiął, bo przecież zawarłam umowę podobno nie z nim, lecz bezpośrednio z nurkami. W tamtym czasie (a może i w tym – tego nie wiem) zakupy grupowe kierowały się prostą zasadą, wyrażoną na stronie jednej z ich platform: „Sprzedawca ponosi wyłączną odpowiedzialność wobec nabywców za opiekę i jakość reklamowanych produktów i usług”. Niniejszym pośrednik umywa ręce. Nie wiem zresztą, czy Fast Deal jeszcze w ogóle istnieje, po wpisaniu tego hasła w internet, wyskakuje mi teraz komunikat: „ta witryna jest nieosiągalna”.

Nic więc chyba w tym dziwnego, że w związku z niewykonaniem usługi przez Dekompresję czułam się oszukana, co niestety przełożyło się na niechęć do powtórnego odwiedzania miejsca, które o tym oszustwie mi przypominało.

Ale dla Ani jestem w stanie zrobić wszystko, nawet doznać chwilowej amnezji minionych złych doświadczeń. Wszystko tylko po to, by ona wyjechała ode mnie z doświadczeniami jak najbardziej pozytywnymi. A Malediwy w zasadzie to gwarantują:).

Podczas wycieczki w polskie miejsce o tej nazwie chciałam nawiązać do cudownych malediwskich wspomnień z naszych ostatnich wakacji. Nawiązałam. I o dziwo, była to przyjemność również dla mnie. Okazało się, że wspomnienia nurkowe już dawno wyblakły, a miejsce zmieniło się na tyle, że nawet chwilami trudno je było przypasować do wydarzeń, które rozpoczęły się piętnaście lat temu. Poza tym najbardziej atrakcyjne miejsce Parku Gródek to wcale nie zbiornik Orka, gdzie znajduje się baza nurkowa Koparki. Trzeba nam było przejść wzdłuż jego brzegu trochę dalej - pięknym, pachnącym czeremchami lasem z rozkwitłymi pierwiosnkami i poziomkami.

„Park Gródek to „unikatowy teren rekreacyjny powstały na dnie dawnego kamieniołomu dolomitu Cementowni „Szczakowa”. Obiekt zyskał ogólnopolską sławę dzięki zbiornikowi „Wydra”, charakteryzującemu się turkusową wodą i systemem drewnianych pomostów, które przy wysokim stanie wód bywają malowniczo zatopione. Park oferuje liczne punkty widokowe na wysokich, wapiennych klifach oraz ścieżki edukacyjne zarządzane przez ośrodek GEOsfera” (https://dziennikzachodni.pl/gdzie-na-weekend-w-60-minut-od-katowic-30-pieknych-miejsc-w-wojewodztwie-slaskim-idealnych-na-jednodniowa-wycieczke/gh/c7p2-28925409).

I trzeba przyznać, że miejsce to w długi majowy weekend miało już istotnie wakacyjną atmosferę, której się od Malediwów oczekuje. Pierwszy krótki rękawek w tym roku, lody z owczego mleka i lemoniada w różnych smakach zrobiły swoje. I nawet nie przeszkadzało to, że stan wody był tak niski, iż po jednej stronie pomostu prawie jej nie było. Znaczyło to tylko tyle, że jeszcze trzeba tam wrócić, gdy będzie jej więcej.

Ania przyjechała do nas ostatniego dnia kwietnia. Akurat po nocy z takim przymrozkiem, który zbrązowił kwiaty magnolii i zwarzył młode listki róż na wierzchołkach pędów. Nie wyglądało to dobrze ani pod kątem aury, ani pod kątem mojego samopoczucia. Ryłam nosem po podłodze ze zmęczenia, pracując intensywnie od rana do wieczora przez poprzednie dni tygodnia. Bałam się, że w ogóle nie uda mi się ogarnąć niczego w mieszkaniu tak, żeby choć można było w miarę normalnie w nim funkcjonować. Dodatkowo obawiałam się, że w tym stanie wykończenia będę dla Ani żadnym towarzystwem. Że zwyczajnie, jak w każdy weekend ostatnio, po prostu padnę zmęczona do wyra i mimo najlepszych chęci nie podniosę się z niego aż do rozpoczęcia dniówki w następnym tygodniu pracy.

Ale niepotrzebnie się martwiłam. Wizyta Ani zmobilizowała mnie do przeżycia długiego weekendu w najpiękniejszy możliwy sposób. I nie było to okupione jakimś wysiłkiem ponad siły. Wraz z przyjazdem Ani poczułam, jakbym znalazła odpowiedzi na swoje od dawna zaniedbywane potrzeby. A wraz z nimi przypływ energii na ich zaspokajanie. I to jednocześnie mnie zaskakiwało i cieszyło. 

To była ta sama przemiana, którą czuję wraz z początkiem omal każdej wakacyjnej wyprawy, nawet jeśli się rozpoczyna tego samego dnia, w którym kończę cały, zazwyczaj bardzo wyczerpujący rok szkolny. Jakby wraz z rozpoczęciem trybu pod tytułem "wakacje w podróży" nagle następowała mobilizacja wszystkich sił do przeżycia pełni nadchodzącego czasu. Jakby w jakiś cudowny sposób znów podłączano mnie do prądu, żebym mogła jednocześnie i tryskać energią, i ładować akumulatory.

I tak właśnie ładowałam je przez cały pobyt Ani w naszym domu. Podczas wspólnych posiadówek przy kawie i herbacie, rozmów przy winie i cydrze, seansów w „domowym kinie”, eksperymentów z maseczkami i kadzidełkami, spacerków nad rzeką z Wafelkiem i Maksiem, pichcenia w kuchni z wypróbowywaniem starych i nowych przepisów, testowania jedzenia w znanych nam i nieznanych lokalach oraz, o czym już pisałam powyżej, w trakcie wyjazdów na wycieczki. Fajne też było to, że sama mogłam wówczas skorzystać z okazji zobaczenia takich miejsc w okolicy, do których nigdy wcześniej nie dotarłam. To nie było więc obwożenie gościa po znanych mi okolicznych atrakcjach tylko zapewnienie również sobie świeżej porcji wrażeń.

Tylko wycieczka do Krakowa odbiegała od tych kryteriów. Ale to z kolei było zaspokojeniem pragnienia, które od dawna żywiłam. Wiosenny Kraków – tak bardzo chciałam w nim pobyć, tylko że jak dotąd, brakowało sił, by zrealizować ten zamysł. I tak odkładałam wyjazd z tygodnia na tydzień, aż w końcu na Wawelskim Wzgórzu przekwitły magnolie, które tak bardzo chciałam zobaczyć od momentu, kiedy Madzia przesłała mi fotkę zamku na tle ich rozkwitłych kwiatów.

Gdy w końcu wybrałyśmy się do Krakowa z Anią, to wiedziałam, że już za późno na ich podziwianie. Ale i tak pognało mnie, by sprawdzić, jak wygląda Wawel podczas majówki. A ja pognałam Anię. I wprawdzie na magnolii udało nam się wówczas wypatrzeć zaledwie kilka ostatnich, pozostałych po pełni sezonu kwiatów, ale i tak pobyt w ogrodach zamkowych dostarczył nam przepięknych wrażeń. Bo znad naszego stolika z dwoma szklaneczkami piwa mogłyśmy oglądać świat niczym z bajki - cieszyłyśmy oczy różnokolorowymi tulipanami, które akurat rozkwitły na Wawelskim Wzgórzu.

Tulipomania! Aż trudno uwierzyć, że w pierwszej połowie XVII wieku cebulki osiągały bajońskie sumy – skomentowała Madzia, gdy przesłałam jej zdjęcia.

Ale o „tulipanowej gorączce” pisałam już zeszłej wiosny. A tym razem w Krakowie zachwycałam się również morzem innych kwiatów – pod Wawelem kwitły także łany skalniaków, na Plantach pierwsze w tym roku pachnące bzy, a na Placu Wszystkich Świętych zaspokoiłyśmy wreszcie apetyt na kwitnące magnolie i to w dodatku żółte.

- Jaki to piękny city break – wychwalała co rusz Ania.

Tak, było wspaniale, a do wawelskich wrażeń dodałyśmy jeszcze tego dnia relaks w Thai Bali Spa na Floriańskiej, a także coś dla ducha, czyli muzyczne uniesienia z Trio fortepianowym Chopin & Friends.

Uległyśmy reklamie: „Daj się oczarować piękną muzyką (...) w niezwykłym wnętrzu [z XVII wieku - przyp.aut.] o fenomenalnej akustyce. Ten wyjątkowy wieczór będzie pełen magicznej atmosfery, którą stworzy blask świec odbijający się w złoceniach i marmurze”. 

No i od razu poszłyśmy na całość i wykupiłyśmy bilety na koncert VIP z winem:).

Tu jeszcze trochę reklamy:

„Ciesz się koncertem muzyki klasycznej w wyjątkowej barokowej sali z akustyką u stóp najważniejszej rezydencji w Polsce, Zamku Królewskiego na Wawelu. Posłuchaj najsłynniejszych kompozycji wszech czasów, w tym najpopularniejszych utworów Chopina, w wyjątkowych aranżacjach na fortepian, skrzypce i wiolonczelę.
Usłysz różnorodną muzykę, od Mozarta po Gerschwina, od muzyki filmowej po "hity" muzyki klasycznej. Przenieś się do magicznego świata muzyki, słuchając kulminacji różnych stylów muzycznych, w tym muzyki klezmerskiej i fragmentów muzyki operowej. Posłuchaj Chopin Chamber Trio, zespołu z Krakowa, złożonego z wybitnych polskich artystów młodego pokolenia” (https://www.getyourguide.com/pl-pl/krakow-l40/krakow-koncert-piano-trio-chopin-friends-vip-z-winem-t960197/?ranking_uuid=43bb6062-876c-4510-87b0-cae299ee52a9).

Reklama nie była czczą obietnicą. Koncert w Klasztorze Ojców Bernardynów nam się podobał, a prosecco zaszumiało w głowie. Dawno nie czułam się taka szczęśliwa, wracając z Krakowa do domu.

To była majówka wszech czasów – napisała Madzia po moich fotorelacjach. I trudno byłoby się z tym nie zgodzić:). Dziękuję Ci Aniu:)


Aneks

Postanowiłam tutaj rozliczyć się ze wspomnieniami, aby już nigdy nie psuły mi pobytu w miejscu, do którego chciałabym jeszcze w spokoju powrócić. I nie chodzi tu o oskarżanie po latach, lecz o zamknięcie przykrej sprawy w przeszłości.

Kurs nurkowy dla chłopaków wykupiłam 15 lat temu, ale niestety wszystko poszło nie tak jak trzeba i po pierwszym spotkaniu i wpłaceniu organizatorom pieniędzy ze stron firmy Dekompresja Łódź zapadło złowrogie milczenie. Ale ja nieustannie grzecznie prosiłam. Zamieszczam tu fragmenty niektórych maili z datami przesłania: 

(07.07.2012):

Przypominam się z dokończeniem kursu moich chłopaków. Może Panowie podacie nam, jaki macie harmonogram w tym roku, a my spróbujemy się gdzieś wstrzelić. Też chcemy już zaplanować własne wakacje.

Niestety moje prośby nic nie dały. Po licznych próbach kontaktu napisałam więc w tej sprawie następującego maila: 

(01.09.2012):

Proszę o zwrot naszych wpłaconych Państwu pieniędzy w kwocie 1800 zł, tzn, zwrot za 2 kupony po 100 zł i dopłatę w kwocie 1600 za kurs wraz z certyfikatami, którą wpłaciłam Państwu w dn. 23.07.2011r. w bazie przy akwenie Koparki w Jaworznie - Szczakowej. Za te pieniądze spodziewaliśmy się nabyć umiejętności i uprawnienia zgodne z ofertą zawartą w kuponie. Niestety po tym dniu wpłacenia pieniędzy nie spotkaliście się Państwo więcej z moimi synami, którzy mieli być uczestnikami Waszego kursu. Od sierpnia 2011r. pisałam i próbowałam dzwonić do Państwa w tej sprawie, niestety bezskutecznie.

Reakcją była… cisza. Napisałam więc bezpośrednio do osoby, która odezwała się do mnie w przeciągu tego czasu 1 (słownie jeden) raz – udało mi się zdobyć jej adres mailowy:

(13.09.2012):

Za wszystko to oczywiście zażądaliscie Państwo opłaty z góry i skasowaliście mnie na 1800 zł już ponad rok temu.Dlatego ponawiam żadanie zwrotu tej kwoty, które wysłałam w dn. 01.09.(...)

Jeszcze raz podejmuję próbę kontaktu z Państwem - pisałam już niezliczoną ilość razy na adres dekompresja-lodz@tlen.pl, a także przesłałam 7 prywatnych wiadomości, logując się na Państwa stronie. Do tej pory w całej tej historii korespondencji i nieodebranych telefonów, dostałam odpowiedź tylko raz w dniu 13.12[2011], pod którą Pan był podpisany.

To zmobilizowało Pana do odpisania. Nie była to miła odpowiedź, przytaczam znów skrót -  tej spokojniejszej części: 

(16.09.2012):

Strona i mail na który Pani podobno pisała jest nieaktualny i nie mam do niego dostępu. Powstała nowa strona a mail został zablokowany. (...) Prosze napisać jaką ma Pani propozycje rozwiązania tej sytuacji. Tylko tym razem prosze pisać już na tego maila, gdyż powtórzę tamten jest nieaktualny.”

Zagotowało się we mnie. Niemiły ton oraz lekceważenie i poddawanie w wątpliwość korespondencji, na którą miałam fizyczne dowody w postaci wysłanych maili podziałało na mnie jak płachta na byka. Napisałam takie wyjaśnienie, po którym Pan od razu spuścił z tonu: 

(01.10.2012)

Przepraszam za długą zwłokę w odpisaniu na Pani maila. Może dokładnie opiszę sytuację. W zeszłym roku firma, C.N. Dekompresja łódź należała do drugiej osoby, którą poznała Pani w Jaworznie. Ja byłem tylko i wyłącznie instruktorem szkolącym w niej. Jednakże szczerze czuje się w pewien sposób zobowiązany do kursów. Sprawa wygląda tak: zwrócić kosztów niestety nie mogę, gdyż to nie ja nimi dysponowałem, a także kurs został w pewnym stopniu wykonany.”

Obietnicę dokończenia kursu wówczas otrzymałam. Niestety tylko obietnicę. A czas sobie płynął dalej. Kolejną wiadomość otrzymałam dopiero w kolejnym roku: 

(14.10.2013)

Z mojej strony sądzę, że jest wszystko w porządku, gdyż chce być fair co do klientów, którzy zaczęli coś w firmie Przemysława Lesiaka, u której byłem TYLKO instruktorem. Zaproponowałem, że mogę dokończyć ten kurs, mimo że kurs nie został dokończony w firmie, która nie istnieje, a tylko tam szkoliłem. Z mojej strony uważam, że robię więcej niż mogę.

Proszę o podanie maila kontaktowego do syna, abym mógł z nim ustalić termin wyjazdu na nurkowisko.

pozdrawiam

Adam Pszczyński”

Po czym nadawca przestał robić więcej niż mógł, a nawet cokolwiek robić i kontakt się urwał. To znaczy ja próbowałam to ciągnąć dalej (i to jeszcze długo): 

(30.03.2015)

Już nie wiem, co mam do Pana napisać - mija rok za rokiem, a ja wciąż nie mogę się doczekać na wykonanie usługi. I to już jest naprawdę ostatni sezon, kiedy o to proszę. Piszę już teraz, bo właśnie zaczynamy już sobie układać wakacje na przełomie lipca i sierpnia i nie chciałabym, aby terminy się potem nałożyły.

Czekam na jakiś kontakt, wszystkie namiary na mnie Pan ma.

Aż w końcu kilka miesięcy później Bartek umarł. I wszystko przestało być ważne – wszelkie plany, marzenia, a także ta kasa, którą bezapelacyjnie straciłam – a to nawet przecież teraz po piętnastu latach duża kwota. Sprawa stała się nieaktualna. Choć i tak już wcześniej była beznadziejna.

I tylko to mnie zaskoczyło, że gdy w momencie pisania tego aneksu wygooglałam hasło „Dekompresja Łódź”, to okazało się, że firma nadal istnieje i ma się nawet całkiem dobrze. A na stronie podany jest kontakt i namiar na tę osobę, z którą ja korespondowałam (choć to chyba nieadekwatne określenie, więc nazwijmy to; „do której ja pisałam” i to przez lata).

Pozostawiam sprawę bez dalszego komentarza. I cóż, nie widzę innego wyjścia jak tylko o niej zapomnieć. Bo na cokolwiek innego i tak już brakuje mi sił.