Wyobrażałam sobie, że podczas
tegorocznych włoskich ferii będę
szczęśliwa. Ale mimo zachwytu i zadowolenia, które szły razem
w parze, wlokłam za sobą smutek, przyczepiony niewidzialną liną,
zaciskającą się na szyi w chwilach, gdy wspomnienia
wracały szczególnie wyraziście. A potem jeszcze rezonowały i
odzywały się jak echo w momentach, kiedy zupełnie się tego nie
spodziewałam. Ale
skoro moja własna
teoria brzmi, że trzeba stare wspomnienia zastępować nowymi, to
pozostało mi tylko pogodzić się z tym, że czasem
ten proces jest
bardzo ciężki.
Szczególnie
trudne,
choć
zarazem przepiękne,
chwile przeżyłam w dniu, gdy pojechałyśmy naszą
feryjną ekipą na
sam koniuszek włoskiego obcasa.
Santa
Maria di Leuca
to
wyjątkowe miejsce, które odwiedziliśmy również z mężem przed
laty. I
tak jak wówczas, trafiłyśmy tam w dzień pełen słońca, którego
światło wydobywało ze świata pełnię urzekających, nasyconych
kolorów. Morze
w
chabrowej
tonacji,
rozmaite odcienie zieleni, komponujące
się z piaskowymi barwami
brzegu,
lazurowe
niebo,
biel obłoków,
skał
i murów tworzyły zestawienie,
od którego
trudno oderwać oczy. Podziwiałyśmy
ten idealny splot działań Stwórcy i ludzi,
niespiesznie
spacerując
nadmorską promenadą, przechodzącą
w końcowym odcinku spaceru w romantyczną
drewnianą
kładkę. To przepiękny widokowy szlak pełen
malarskich plenerów, który mogę polecić nawet najbardziej wybrednemu turyście. Doszłyśmy nim omal pod schody (o
284
stopniach),
prowadzące do jednego z najsłynniejszych sanktuariów południowych
Włoch.
I
właśnie wówczas, gdy po nich wyszłam na dziedziniec Bazyliki
Santa Maria de Finibus Terrae,
mój
problem
pojawił
się ze zwielokrotnioną mocą.
Wszystko tam okazało
się
bowiem
idealnie takie samo, jak pięć lat wcześniej podczas naszej
wycieczki z mężem. Czas
nie zniekształcił wspomnień.
Była
ta
sama pogoda – wysoka temperatura mimo zimy i moc
słonecznych promieni, które dotykały mojej twarzy, a także ten sam zapach przynoszony przez łagodny podmuch znad morza. Nie
jestem wzrokowcem i właściwie nie przechowuję w pamięci obrazów,
ale z jakiegoś powodu to miejsce zapamiętałam w sposób omal
fotograficzny. Poczułam,
jakbym przeniosła się w czasie. Tęsknota stała się trudna do
zniesienia.
Usiadłam na tej samej ławeczce, co przed laty i poczułam, jak po
policzkach płyną łzy. Rozkleiłam się całkowicie.
Dobrze,
że towarzystwo, z którym przyjechałam tym razem do Leuci nie miało
w zwyczaju narzucania się. W tym miejscu potrzebowałam samotności
i bez przeszkód z niej korzystałam.
Szkoda
tylko, że nie mogła trwać dłużej. No ale grupowe wycieczki
rządzą się swoimi prawami – przed wyjazdem umówiłyśmy się na
wykonanie pewnego planu i trzeba było temu nadać odpowiednie ramy
czasowe.
Mam
nadzieję, że może kiedyś spędzę w Leuce tyle czasu, ile
potrzebuję. Tak
bardzo bym chciała, żeby to nie był mój ostatni raz w tym
miejscu. Proszę,
pozwól mi tu kiedyś wrócić Panie...
A
na razie dziękuję
– Tobie, Andrzejowi i Edi. Jestem
wdzięczna za ten czas, który już dostałam. I choć to nie było
łatwe – za przeżyte w Leuce wzruszenie. Za
to, że mogłam tam pozwolić sobie na okazanie i
przeżycie słabości.
Za
modlitwy, które w
tym miejscu
zmawiały się same i otulały mnie niczym woń kadzidła. To były
dla mnie jedne z najbardziej znaczących godzin we
wszelkich podróżach.
W
Leuce, jak kiedyś (podczas pierwszego pobytu), stałam się pielgrzymem.
Chciałabym
przyjechać tu jeszcze 15 sierpnia, gdy jak wyczytałam, po ulicach
miasta, a później po morzu, pielgrzymuje figura
Maryi z Dzieciątkiem - Maria de Finibus Terrae (Maria
z Końca Świata).
Każdemu mogę polecić pielgrzymkę w to miejsce. Do
sanktuarium prowadzi zresztą znany pielgrzymi szlak Via Francigena, co upamiętnia
napis na dziedzińcu. Jak się więc okazuje, Droga Franków wcale nie kończy się w Rzymie (a tak obecnie
podaje
polska Wikipedia). Można
nią przejść z Anglii przez Europę nie tylko do grobu Świętego
Piotra, ale właśnie do tego miejsca, gdzie postawił on około
43 roku swoje
pierwsze kroki na włoskiej ziemi. I
tak oto rozpoczęła się historia chrześcijaństwa w tym kraju.


W
miejscu, gdzie zgodnie z przekazem, Święty Piotr odmówił swoją
pierwszą modlitwę po podróży przez morze, stoi kamienny
krzyż
(la Croce Pietrina). W innym źródle znalazłam informację (lecz
wydaje
się ona
pomyłką),
że to
zdarzenie
upamiętnia kolumna wzniesiona na środku dziedzińca Sanktuarium
(https://www.gancarczyk.com/leuca-atrakcje-zwiedzanie-mapa-hotele-noclegi-przewodnik/).
Natomiast
zważywszy
na odległość między nią
a krzyżem Piotrowym, wspomniana różnica w opisach
nie ma istotnego znaczenia.Wcześniej
w tym miejscu była świątynia
Minerwy. Została
ona ponoć
egzorcyzmowana przez samego Świętego Piotra, później
zaś w
czasach prześladowań chrześcijan zrównana
z ziemią przez
Dioclecjana. Około
roku 340, jak
można przeczytać na przywołanym powyżej blogu, zastąpiono
ją budowlą wzniesioną
specjalnie dla
wyznawców
chrześcijaństwa. Według słów blogera: „Potwierdza to
jednoznacznie zachowany na ołtarzu łaciński napis:
“Ubi
olim Minervae Sacrificia offerebantur hodie oblationes Deiparae
recipiuntur”
co w lekko niezgrabnym
tłumaczeniu znaczy:
“Tutaj,
gdzie kiedyś ofiary i dary składano Minerwie, dzisiaj ofiary
przyjmuje Maria”.
 |
| fot. Edi |
Świątynia
była wielokrotnie (co najmniej pięć razy) niszczona w przeszłości
– Saraceni i
Turcy nie próżnowali
w tej części świata. Na szczęście zawsze ją odbudowywano. Jej
wnętrze przedstawia
się raczej skromnie, ale zdobi go intrygująca ikona Madonny
Annunziata. Według
legendy na zamówienie mieszkańców Leuci
jej pierwowzór
namalował sam
Święty Łukasz, przebywający wówczas na Malcie. Niestety
zarówno ten obraz, jak i jego kopia autorstwa Giacoma Palmy Seniora
(uczeń Tycjana) nie przetrwały. Do naszych czasów zachowało się
dzieło Giacomo Palmy Juniora (XV – XVI stulecie), wykonane podobno
zgodnie z pierwotnym wizerunkiem, stworzonym
przez Apostoła.
Przetrwało
ono nawet pożar w
1624 roku
- twarze Matki
Boskiej i Dzieciątka w
cudowny sposób zostały
wówczas uchronione
przed płomieniami.

Na
krańcu Capo di Leuca, zwanego przez Greków „Leucos”, czyli w
przepięknej (śmiejącej
się, białej),
krainie oświetlonej
słońcem jest
jeszcze jeden obiekt przykuwający uwagę. To 48 metrowa latarnia
morska, z której wierzchołka podobno można zobaczyć Kalabrię, a
nawet Góry Albani i Korfu
(https://lapenisolaitaliana.blogspot.com/2012/12/santa-maria-di-leuca.htm).
Muszę wierzyć na słowo, bo podczas moich dwóch wizyt w tym
miejscu za każdym razem prowadząca do obiektu brama była
zamknięta. Ale myślę, że autorka bloga, na który się powołuję
powyżej, wie, co pisze – jak sama ujawnia, pracowała w pobliskim barze, miała więc okazję poznać okolice niejako „od
kuchni:).
Miejsce
pracy blogerki znajdowało się dokładnie, według jej słów,
naprzeciwko styku dwóch mórz opływających włoski obcas:
Jońskiego i Adriatyckiego. Powołam
się więc tutaj na nią, przytaczając jeszcze jedną ciekawostkę.
„Przy
dobrych warunkach atmosferycznych można zauważyć różnicę w
kolorze mórz (...) Adriatyk, który znajduje się po lewej stronie
skały jest ciemniejszy od Morza Jońskiego, po prawej stronie
skały”.
Na dowód zamieszczono zdjęcie, na którym jednak
różnica jest mało widoczna. Ale
ja wierzę, że
autorka
bloga ją widziała. Mam
wrażenie, że nawet na mojej fotce jestem w stanie to dostrzec.
I
jeszcze jeden cytat z tego bloga:
„Nurkując, można również
zobaczyć Maryję dwóch mórz, która znajduje się na dnie morza.”
Tu również dołączono zdjęcie, przedstawiające posąg Maryi
skąpany w morskich
odmętach. Dzięki
temu nawet ktoś,
kto nie nurkuje (jak ja), może zobaczyć ten osobliwy obiekt.
Co
jeszcze ciekawego jest do zobaczenia w Leuce?
1.
Akwedukt, a właściwie zakończenie wodociągu
rozprowadzającego
wodę w całej Apulii. Jego
długość wraz z odgałęzieniami to
2189 kilometrów.
Więcej informacji na temat tego przedsięwzięcia można znaleźć
pod pierwszym z zamieszczonych we wpisie linków.
2.
Piękne
XIX – wieczne wille – pozostałość z czasów, gdy Leuca stała
się modnym kurortem dla bogaczy. W maju podobno otwierają one swe
podwoje dla zwiedzających w ramach święta „Ville in festa”. No
więc pewnie miło by było odwiedzić miasto i w tym terminie. Villa
Mellacqua,
Villa
la Meridiana,
Villa
Episcopo,
Villa
Arditi,
Villa
Daniele
- to
tylko kilka obiektów
wartych
obejrzenia
wówczas od środka.

Z
tymi luksusowymi budowlami łączą się także domki kąpielowe
(bagnarole) nad brzegiem morza. Należały one również do bogaczy (właścicieli willi),
którzy w taki sposób dbali o intymność swoich kąpiących się
bliskich. „Bagnarole były przeznaczone dla pięknych kobiet, które
kąpały się z dala od ciekawskich oczu. (…) były najbardziej
luksusowymi łaźniami Służyły do kąpieli i ochrony przed
opalaniem. W tamtych czasach preferowano zachowanie białej cery,
symbolu szlachetności, nawet latem. Istniały jednak również inne
rodzaje bagnarole. Niektóre, mniej zadbane i o niemal naturalnym
wyglądzie, były po prostu wyrzeźbione w skale. „Miski”, zwykle
używane przez osoby nieumiejące pływać, znajdowały się (i nadal
znajdują się) wśród skał”, jak można przeczytać na stronie:https://www.italiani.it/santa-maria-di-leuca-un-gioiello-del-salento/?_gl=1*10i8rnp*_ga*MTY0NjQ3MzQ2My4xNzQxNTg3MjQ5*_ga_CYE1PM4SHC*MTc0MTYyMzk0My4yLjAuMTc0MTYyMzk0My42MC4wLjA.

3.
Jaskinie, ale to już propozycja na wyprawę łodzią wzdłuż
wybrzeża. Ja oczywiście nie płynęłam, więc też więcej o tym
pisać nie będę.
*
Plan
na ten dzień, o którym napomknęłam przy okazji wspominek z
dziedzińca Bazyliki
Santa Maria de Finibus Terrae, obejmował
jeszcze dwa miasta – Otranto i Lecce. Obydwa odwiedziłam kiedyś z
mężem, ale to nie były aż tak znaczące wizyty jak ta w Leuce.
Dlatego też w pamięci nie pozostały jakieś szczególnie żywe
wspomnienia, których dotyk by powodował dolegliwy ból.
Poza tym w
każdym z tych miejsc było tym razem inaczej niż poprzednio –
kiedyś Otranto zwiedzałam wieczorem i zdawało mi się ono wówczas
znacznie bardziej romantyczne niż popołudniową porą, gdy
zajechałyśmy tam w tegoroczne ferie. Natomiast w Lecce
doświadczyłam
sytuacji
odwrotnej.
Wysnułam więc z tego wniosek, że w przypadku miast włoskiego
Południa żółtawy blask latarni rzucany na wiekowe mury robi
pierwszorzędną
robotę. Potrafi skutecznie
odciągnąć wzrok od mankamentów architektury i zmienić
klimat miasta, wzbogacając go magią, baśnią, poezją, tajemnicą
a także melancholią. Czyli tym wszystkim, co po prostu lubię.
Dzięki
temu na przykład barokowe Lecce, choć nie jest miastem w moim
ulubionym architektonicznym
stylu,
wydało mi się tym razem całkiem interesujące, a nawet przyjazne w
odbiorze i przyjemne dla oka. Jeszcze więcej baroku w Lecce? I to
dzielnie zniosłam, zważywszy na wieczorne okoliczności.
Nie wiem,
jak by to było, gdybym w dalszym ciągu zwiększała dawkę nie do
końca ulubionego stylu, ale wieczór ma to do siebie, że czuć już
wówczas zbliżającą się się noc. A ona daje sygnał do
odtrąbienia końca wycieczki, by wreszcie powrócić do domu i
odpoczywać po całodziennym wysiłku. Przynosi związane z tym poczucie ulgi.

 |
| fot. Agnieszka |
Ale
każdy
ma inne oczekiwania. W
naszej feryjnej ekipie jest architektka z Warszawy, która, mam
wrażenie, najchętniej zostałaby w mieście przez cały włoski
pobyt.
Agnieszka
niestrudzenie
tropi
w
Lecce każde
zdobienie przy oknach, fantazyjnie wygięty balkonik, detal na murze
– wszystko
to
budzi
jej szczery
zachwyt.
Natomiast
mnie
takie
otoczenie
trochę przeładowuje.
Nazbierałam
przez cały dzień już
tak
wiele
wrażeń, że
trudno to wszystko w sobie pomieścić.
Wystarczy mi tego zwiedzania. Jeszcze
tylko kolacja z zakąskami oraz
lokalnym winem i można w najlepszym, żeby
tu nie napisać iście barokowym,
stylu zakończyć dzień;).
*
W
przeciwieństwie do dużego, blisko 95
- tysięcznego Lecce, Otranto jest malutkie i kameralne (niecałe
6000 mieszkańców). I
pomyśleć, że kiedyś to ono było najważniejszym
miastem włoskiego obcasa. To
dzięki świetnemu
usytuowaniu, sprawnemu
działaniu
portu
morskiego
i
wymianie handlowej ze Wschodem. Nic
dziwnego, że w
przeszłości miejsce to było nazywane „Porta
d’Oriente” skoro od
Albani dzieli je
tylko około
70
kilometrów, a promy na Korfu kursowały stąd ponoć
aż do
1999
roku.
Z
tutejszego połączenia promowego udało się kiedyś skorzystać
nawet Juliuszowi Słowackiemu.
Choć
obecnie
latem
liczba turystów wielokrotnie przekracza liczbę mieszkańców,
to
zimą panuje tu błogi
spokój.
Podoba
mi się w Otranto. To
kolejne na naszej trasie miejsce z listy „I
borghi più belli d’Italia”. Umieszcza
się na niej najpiękniejsze
wsie i małe miasteczka we Włoszech. Jest
jeszcze jedna lista – Dziedzictwa Kulturowego Unesco, na którą w
2010 roku wpisano
centro
storico miasta.
Miło
jest się w nie zapuścić, wejść między stare mury, a przede
wszystkim zrobić wzdłuż nich spacer brzegiem morza. Popatrzeć
na
port pełen
małych jachtów, podziwiać obsadzone kormoranami skały wystające
z morza i (w
okolicach
Torre Alfonsina) poczuć
przestrzeń,
która się na nie otwiera,
kontrastując z ciasnotą wąskich uliczek. Piękny to finał
włóczęgi po miasteczku szczególnie w porze, gdy zapalają się
miejskie latarnie, czego doświadczyłam podczas pierwszego
pobytu w tym miejscu.
To wtedy właśnie
urzekło
mnie jego
piękno.
Ale
mimo tej sielankowości jest coś, co nigdy by mi nie pozwoliło
osiąść tu
na
dłużej. To historia tego miejsca, która przeraża. Nagromadzenie
krzywdy,
cierpienia
i
bólu,
a
nawet
spiętrzenie
ich do rangi makabry, o której trudno przestać myśleć. „Minęło
540 [już
545 – przyp.aut.]
lat i w Otranto nikt o tym nie zapomniał. Zapewne nie zapomni nigdy”
– jak można przeczytać pod linkiem
https://www.gancarczyk.com/otranto-atrakcje-zwiedzanie-mapa-plaze-hotele-noclegi-przewodnik/.

Otóż (jak
łatwo obliczyć) w roku 1480 miasto
zostało zaatakowane od
strony albańskiej Wlory przez
18 tysięczne siły Imperium Osmańskiego. Tak naprawdę, celem ataku
miało być pobliskie Brindisi, ale z powodu silnych wiatrów turecka
flota, złożona ze 128 (albo może 150 - rozbieżności w źródłach)
okrętów nie była w stanie tam dopłynąć. „Turcy zażądali
poddania miasta. Dowodzący obroną hrabia Francesco Largo odrzucił
warunki kapitulacji, mimo że zapewne zdawał sobie sprawę, iż 400
osobowa załoga zamku nie ma żadnych szans z turecką armią” –
możemy dalej przeczytać pod podanym linkiem. Resztę wydarzeń
bloger opisuje już w rozdziale pod wymownym tytułem „Rzeź”.
Takie
tematy mnie po prostu przerastają, więc przytoczę tu opis wspomnianego autora:
„Po niecałych dwóch tygodniach walki, 12 sierpnia Turcy zdobyli
cytadelę i wymordowali wszystkich żyjących jeszcze obrońców.
Część mieszkańców miasta schroniła się w katedrze i to właśnie
tutaj rozegrały się najbardziej dramatyczne wydarzenia. Arcybiskup
(...)
Pendinelli i hrabia Largo zostali żywcem przepiłowani [według
innych, wyglądających
na wiarygodne,
źródeł - ten pierwszy był
rozsiekany
jataganami – przyp.aut.],
starców i małe dzieci wycięto. Starsze dzieci i młode kobiety (…)
galerami zostały wywiezione i sprzedane na targu niewolników”.

Ale
to jeszcze nie koniec tego horroru. Wiem, że to trudne do czytania,
ale gwoli historycznej prawdy przytaczam dalszą część powyższego
tekstu: „Pozostało
ponad 800 mężczyzn w wieku pomiędzy piętnastym, a pięćdziesiątym
rokiem życia. Dostali do wyboru przejście na islam albo
śmierć.
Wybrali śmierć.
Dwa dni później, na wzgórzu
Minerwy poza miastem, ścięto wszystkich.”
Ciała
pozostawiono ku przestrodze na widoku publicznym. Ale ponad
rok później
siły chrześcijańskie odbiły miasto. I ciała
zabitych zebrano w
zdegradowanej najpierw przez najeźdźców do roli stajni, a potem
odbudowanej przez kolejnych zdobywców, katedrze
Santa
Maria Annunziata.
Dziś te szczątki można zobaczyć w szklanych gablotach w jej bocznej
kaplicy. Natomiast za głównym ołtarzem umieszczono podobno „Kamień
męczeństwa”, na którym stracili życie męczennicy, uznani w
2013 roku przez kościół katolicki za Świętych. Kamiennego dowodu masakry nie widziałam - już kości i czaszki w gablotach są wystarczająco przerażające.
Ale żeby nie było, że po wizycie w katedrze pozostają tylko trudne wspomnienia, to chcę tu przekonać, że tak nie jest. W świątyni znajduje się jeszcze coś, co wzbudziło nie tylko mój zachwyt, ale też podobno tak zauroczyło Turków, że oszczędzili ten detal nawet podczas procesu niszczenia miasta. Jest to ogromna mozaika - dzieło mnicha Pantaleone, przedstawiająca biblijne motywy drzewa życia oraz bestiarium, czyli przedstawienia zwierząt według ówczesnej wiedzy. Ach, czegóż tam ten duchowny nie umieścił? I do tego jak niezwykła wyobraźnią nim kierowała. Napatrzeć się nie mogłam, nafotografować też i to za każdym z dwóch razów, gdy byłam w katedrze. Bardzo, bardzo polecam.
I
kiedy już tam będziecie, to nie zapomnijcie zajrzeć też do krypty
podpartej dziesiątkami niewielkich, smukłych kolumn. Podobno ich styl i
umieszczanie pod prezbiterium jest charakterystyczne właśnie
dla
romańskich świątyń w Apulii. W podobnej
krypcie w Bazylice w Bari znajdują się relikwie Świętego
Mikołaja.
Ale
wróćmy do Otranto. Cóż tam jeszcze jest do zobaczenia? Cały
internet oprócz
kolejnego
kościoła
o
nazwie San
Pietro (pełnił
rolę katedry przed powstaniem obecnej)
jako
atrakcję turystyczną jednogłośnie
typuje Zamek Aragoński z końca XV wieku. Ale już rzetelnych
informacji o nim mało i trudno je znaleźć. Podobno został
wzniesiony po wyparciu Turków
na miejscu poprzedniej warowni. Dobudowano
mu też w ramach pierwszej przeróbki imponujący bastion obronny. My
oglądałyśmy go z zewnątrz, ale po zapoznaniu się z opiniami
innych turystów, raczej nie nastawiałyśmy się na zwiedzanie
wnętrz.
Również
sporo
pięknych
miejsc znajduje się podobno w bezpośredniej
okolicy
Otranto. Szczególnie urokliwie na internetowych fotkach przedstawia
się jeziorko Cava
di Bauxite
w dawnej kopalni boksytu, ale nam niestety brakło na nie czasu. Przed
odjazdem zajrzałyśmy za
to jeszcze
do Klasztoru Klarysek - Santa Maria dei Martiri. O wzgórzu, noszącym
obecnie nazwę Męczenników, a kiedyś Minerwy, pisałam już poprzednio w części dotyczącej egzekucji z 1480 roku. Podczas naszej wizyty wieńczący je kościół (zbudowany pierwotnie jeszcze na polecenie Alfonsa Aragońskiego) był
zamknięty na głucho, ale miejsce, które jest naznaczone tragedią
sprzed wieków, spowijała kojąca cisza. Nawet
trochę zazdrościłam klaryskom, że one sobie w niej pozostaną, gdy my
już pożegnamy Otranto.

To
był bardzo
intensywnie przeżyty dzień.
Ale to czas pokaże, ile tym razem zostanie z niego w pamięci. Już
przy tworzeniu tego wpisu półtora miesiąca później, widzę, że
pewne szczegóły zdążyły
się
zatrzeć
lub zmieszać.
Więc
trzeba będzie zapewne
wrócić
do
Otranto i do Lecce, by to powtórnie
w głowie ułożyć. Tylko Leuca odcisnęła się w pamięci znów
jako żywo. Więc
nawet jeśli jednak
nie
trafię tam znowu, to będzie
sobie w
niej żyła
swoim życiem w taki sposób, jakbym tego
miejsca nie
opuszczała
wcale.
I
taką właśnie pamiątkę przywiozę sobie tym razem z podróży...