niedziela, 16 marca 2025

PAMIĄTKA Z PODRÓŻY


Wyobrażałam sobie, że podczas tegorocznych włoskich ferii będę szczęśliwa. Ale mimo zachwytu i zadowolenia, które szły razem w parze, wlokłam za sobą smutek, przyczepiony niewidzialną liną, zaciskającą się na szyi w chwilach, gdy wspomnienia wracały szczególnie wyraziście. A potem jeszcze rezonowały i odzywały się jak echo w momentach, kiedy zupełnie się tego nie spodziewałam. Ale skoro moja własna teoria brzmi, że trzeba stare wspomnienia zastępować nowymi, to pozostało mi tylko pogodzić się z tym, że czasem ten proces jest bardzo ciężki.


Szczególnie trudne, choć zarazem przepiękne, chwile przeżyłam w dniu, gdy pojechałyśmy naszą feryjną ekipą na sam koniuszek włoskiego obcasa.



Santa Maria di Leuca to wyjątkowe miejsce, które odwiedziliśmy również z mężem przed laty. I tak jak wówczas, trafiłyśmy tam w dzień pełen słońca, którego światło wydobywało ze świata pełnię urzekających, nasyconych kolorów. Morze w chabrowej tonacji, rozmaite odcienie zieleni, komponujące się z piaskowymi barwami brzegu, lazurowe niebo, biel obłoków, skał i murów tworzyły zestawienie, od którego trudno oderwać oczy. Podziwiałyśmy ten idealny splot działań Stwórcy i ludzi, niespiesznie spacerując nadmorską promenadą, przechodzącą w końcowym odcinku spaceru w romantyczną drewnianą kładkę. To przepiękny widokowy szlak pełen malarskich plenerów, który mogę polecić nawet najbardziej wybrednemu turyście. Doszłyśmy nim omal pod schody (o 284 stopniach), prowadzące do jednego z najsłynniejszych sanktuariów południowych Włoch.


I właśnie wówczas, gdy po nich wyszłam na dziedziniec Bazyliki Santa Maria de Finibus Terrae, mój problem pojawił się ze zwielokrotnioną mocą. Wszystko tam okazało się bowiem idealnie takie samo, jak pięć lat wcześniej podczas naszej wycieczki z mężem. Czas nie zniekształcił wspomnień. Była ta sama pogoda – wysoka temperatura mimo zimy i moc słonecznych promieni, które dotykały mojej twarzy, a także ten sam zapach przynoszony przez łagodny podmuch znad morza. Nie jestem wzrokowcem i właściwie nie przechowuję w pamięci obrazów, ale z jakiegoś powodu to miejsce zapamiętałam w sposób omal fotograficzny. Poczułam, jakbym przeniosła się w czasie. Tęsknota stała się trudna do zniesienia. Usiadłam na tej samej ławeczce, co przed laty i poczułam, jak po policzkach płyną łzy. Rozkleiłam się całkowicie.

Dobrze, że towarzystwo, z którym przyjechałam tym razem do Leuci nie miało w zwyczaju narzucania się. W tym miejscu potrzebowałam samotności i bez przeszkód z niej korzystałam. Szkoda tylko, że nie mogła trwać dłużej. No ale grupowe wycieczki rządzą się swoimi prawami – przed wyjazdem umówiłyśmy się na wykonanie pewnego planu i trzeba było temu nadać odpowiednie ramy czasowe.


Mam nadzieję, że może kiedyś spędzę w Leuce tyle czasu, ile potrzebuję. Tak bardzo bym chciała, żeby to nie był mój ostatni raz w tym miejscu. Proszę, pozwól mi tu kiedyś wrócić Panie...


A na razie dziękuję – Tobie, Andrzejowi i Edi. Jestem wdzięczna za ten czas, który już dostałam. I choć to nie było łatwe – za przeżyte w Leuce wzruszenie. Za to, że mogłam tam pozwolić sobie na okazanie i przeżycie słabości. Za modlitwy, które w tym miejscu zmawiały się same i otulały mnie niczym woń kadzidła. To były dla mnie jedne z najbardziej znaczących godzin we wszelkich podróżach.


W Leuce, jak kiedyś (podczas pierwszego pobytu), stałam się pielgrzymem. Chciałabym przyjechać tu jeszcze 15 sierpnia, gdy jak wyczytałam, po ulicach miasta, a później po morzu, pielgrzymuje figura Maryi z Dzieciątkiem - Maria de Finibus Terrae (Maria z Końca Świata).

Każdemu mogę polecić pielgrzymkę w to miejsce. Do sanktuarium prowadzi zresztą znany pielgrzymi szlak Via Francigena, co upamiętnia napis na dziedzińcu. Jak się więc okazuje, Droga Franków wcale nie kończy się w Rzymie (a tak obecnie podaje polska Wikipedia). Można nią przejść z Anglii przez Europę nie tylko do grobu Świętego Piotra, ale właśnie do tego miejsca, gdzie postawił on około 43 roku swoje pierwsze kroki na włoskiej ziemi. I tak oto rozpoczęła się historia chrześcijaństwa w tym kraju.


W miejscu, gdzie zgodnie z przekazem, Święty Piotr odmówił swoją pierwszą modlitwę po podróży przez morze, stoi
kamienny krzyż (la Croce Pietrina). W innym źródle znalazłam informację (lecz wydaje się ona pomyłką), że to zdarzenie upamiętnia kolumna wzniesiona na środku dziedzińca Sanktuarium (https://www.gancarczyk.com/leuca-atrakcje-zwiedzanie-mapa-hotele-noclegi-przewodnik/). Natomiast zważywszy na odległość między nią a krzyżem Piotrowym, wspomniana różnica w opisach nie ma istotnego znaczenia.

Wcześniej w tym miejscu była świątynia Minerwy. Została ona ponoć egzorcyzmowana przez samego Świętego Piotra, później zaś w czasach prześladowań chrześcijan zrównana z ziemią przez Dioclecjana. Około roku 340, jak można przeczytać na przywołanym powyżej blogu, zastąpiono ją budowlą wzniesioną specjalnie dla wyznawców chrześcijaństwa. Według słów blogera: „Potwierdza to jednoznacznie zachowany na ołtarzu łaciński napis:

“Ubi olim Minervae Sacrificia offerebantur hodie oblationes Deiparae recipiuntur”

co w lekko niezgrabnym tłumaczeniu znaczy:

“Tutaj, gdzie kiedyś ofiary i dary składano Minerwie, dzisiaj ofiary przyjmuje Maria”.

fot. Edi

Świątynia była wielokrotnie (co najmniej pięć razy) niszczona w przeszłości – Saraceni i Turcy nie próżnowali w tej części świata. Na szczęście zawsze ją odbudowywano. Jej wnętrze przedstawia się raczej skromnie, ale zdobi go intrygująca ikona Madonny Annunziata. Według legendy na zamówienie mieszkańców Leuci jej pierwowzór namalował sam Święty Łukasz, przebywający wówczas na Malcie. Niestety zarówno ten obraz, jak i jego kopia autorstwa Giacoma Palmy Seniora (uczeń Tycjana) nie przetrwały. Do naszych czasów zachowało się dzieło Giacomo Palmy Juniora (XV – XVI stulecie), wykonane podobno zgodnie z pierwotnym wizerunkiem, stworzonym przez Apostoła. Przetrwało ono nawet pożar w 1624 roku - twarze Matki Boskiej i Dzieciątka w cudowny sposób zostały wówczas uchronione przed płomieniami.




Na krańcu Capo di Leuca, zwanego przez Greków „Leucos”, czyli w przepięknej (śmiejącej się, białej), krainie oświetlonej słońcem jest jeszcze jeden obiekt przykuwający uwagę. To 48 metrowa latarnia morska, z której wierzchołka podobno można zobaczyć Kalabrię, a nawet Góry Albani i Korfu (https://lapenisolaitaliana.blogspot.com/2012/12/santa-maria-di-leuca.htm). Muszę wierzyć na słowo, bo podczas moich dwóch wizyt w tym miejscu za każdym razem prowadząca do obiektu brama była zamknięta. Ale myślę, że autorka bloga, na który się powołuję powyżej, wie, co pisze – jak sama ujawnia, pracowała w pobliskim barze, miała więc okazję poznać okolice niejako „od kuchni:).


Miejsce pracy blogerki znajdowało się dokładnie, według jej słów, naprzeciwko styku dwóch mórz opływających włoski obcas: Jońskiego i Adriatyckiego. Powołam się więc tutaj na nią, przytaczając jeszcze jedną ciekawostkę.


„Przy dobrych warunkach atmosferycznych można zauważyć różnicę w kolorze mórz (...) Adriatyk, który znajduje się po lewej stronie skały jest ciemniejszy od Morza Jońskiego, po prawej stronie skały”.


Na dowód zamieszczono zdjęcie, na którym jednak różnica jest mało widoczna. Ale ja wierzę, że autorka bloga ją widziała. Mam wrażenie, że nawet na mojej fotce jestem w stanie to dostrzec.



I jeszcze jeden cytat z tego bloga:





„Nurkując, można również zobaczyć Maryję dwóch mórz, która znajduje się na dnie morza.” Tu również dołączono zdjęcie, przedstawiające posąg Maryi skąpany w morskich odmętach. Dzięki temu nawet ktoś, kto nie nurkuje (jak ja), może zobaczyć ten osobliwy obiekt.


Co jeszcze ciekawego jest do zobaczenia w Leuce?




1. Akwedukt, a właściwie zakończenie wodociągu rozprowadzającego wodę w całej Apulii. Jego długość wraz z odgałęzieniami to 2189 kilometrów. Więcej informacji na temat tego przedsięwzięcia można znaleźć pod pierwszym z zamieszczonych we wpisie linków.



2. Piękne XIX – wieczne wille – pozostałość z czasów, gdy Leuca stała się modnym kurortem dla bogaczy. W maju podobno otwierają one swe podwoje dla zwiedzających w ramach święta „Ville in festa”. No więc pewnie miło by było odwiedzić miasto i w tym terminie. Villa Mellacqua, Villa la Meridiana, Villa Episcopo, Villa Arditi, Villa Daniele - to tylko kilka obiektów wartych obejrzenia wówczas od środka.


Z tymi luksusowymi budowlami łączą się także domki kąpielowe (bagnarole) nad brzegiem morza. Należały one również do bogaczy (właścicieli willi), którzy w taki sposób dbali o intymność swoich kąpiących się bliskich. „Bagnarole były przeznaczone dla pięknych kobiet, które kąpały się z dala od ciekawskich oczu. (…) były najbardziej luksusowymi łaźniami Służyły do kąpieli i ochrony przed opalaniem. W tamtych czasach preferowano zachowanie białej cery, symbolu szlachetności, nawet latem. Istniały jednak również inne rodzaje bagnarole. Niektóre, mniej zadbane i o niemal naturalnym wyglądzie, były po prostu wyrzeźbione w skale. „Miski”, zwykle używane przez osoby nieumiejące pływać, znajdowały się (i nadal znajdują się) wśród skał”, jak można przeczytać na stronie:https://www.italiani.it/santa-maria-di-leuca-un-gioiello-del-salento/?_gl=1*10i8rnp*_ga*MTY0NjQ3MzQ2My4xNzQxNTg3MjQ5*_ga_CYE1PM4SHC*MTc0MTYyMzk0My4yLjAuMTc0MTYyMzk0My42MC4wLjA.



3. Jaskinie, ale to już propozycja na wyprawę łodzią wzdłuż wybrzeża. Ja oczywiście nie płynęłam, więc też więcej o tym pisać nie będę.


*

Plan na ten dzień, o którym napomknęłam przy okazji wspominek z dziedzińca Bazyliki Santa Maria de Finibus Terrae, obejmował jeszcze dwa miasta – Otranto i Lecce. Obydwa odwiedziłam kiedyś z mężem, ale to nie były aż tak znaczące wizyty jak ta w Leuce. Dlatego też w pamięci nie pozostały jakieś szczególnie żywe wspomnienia, których dotyk by powodował dolegliwy ból. 

Poza tym w każdym z tych miejsc było tym razem inaczej niż poprzednio – kiedyś Otranto zwiedzałam wieczorem i zdawało mi się ono wówczas znacznie bardziej romantyczne niż popołudniową porą, gdy zajechałyśmy tam w tegoroczne ferie. Natomiast w Lecce doświadczyłam sytuacji odwrotnej. Wysnułam więc z tego wniosek, że w przypadku miast włoskiego Południa żółtawy blask latarni rzucany na wiekowe mury robi pierwszorzędną robotę. Potrafi skutecznie odciągnąć wzrok od mankamentów architektury i zmienić klimat miasta, wzbogacając go magią, baśnią, poezją, tajemnicą a także melancholią. Czyli tym wszystkim, co po prostu lubię.

Dzięki temu na przykład barokowe Lecce, choć nie jest miastem w moim ulubionym architektonicznym stylu, wydało mi się tym razem całkiem interesujące, a nawet przyjazne w odbiorze i przyjemne dla oka. Jeszcze więcej baroku w Lecce? I to dzielnie zniosłam, zważywszy na wieczorne okoliczności. 

Nie wiem, jak by to było, gdybym w dalszym ciągu zwiększała dawkę nie do końca ulubionego stylu, ale wieczór ma to do siebie, że czuć już wówczas zbliżającą się się noc. A ona daje sygnał do odtrąbienia końca wycieczki, by wreszcie powrócić do domu i odpoczywać po całodziennym wysiłku. Przynosi związane z tym poczucie ulgi.

fot. Agnieszka
Ale każdy ma inne oczekiwania. W naszej feryjnej ekipie jest architektka z Warszawy, która, mam wrażenie, najchętniej zostałaby w mieście przez cały włoski pobyt. Agnieszka niestrudzenie tropi w Lecce każde zdobienie przy oknach, fantazyjnie wygięty balkonik, detal na murze – wszystko to budzi jej szczery zachwyt.


Natomiast mnie takie otoczenie trochę przeładowuje. Nazbierałam przez cały dzień już tak wiele wrażeń, że trudno to wszystko w sobie pomieścić. Wystarczy mi tego zwiedzania. Jeszcze tylko kolacja z zakąskami oraz lokalnym winem i można w najlepszym, żeby tu nie napisać iście barokowym, stylu zakończyć dzień;).

*

W przeciwieństwie do dużego, blisko
95 - tysięcznego Lecce, Otranto jest malutkie i kameralne (niecałe 6000 mieszkańców). I pomyśleć, że kiedyś to ono było najważniejszym miastem włoskiego obcasa. To dzięki świetnemu usytuowaniu, sprawnemu działaniu portu morskiego i wymianie handlowej ze Wschodem. Nic dziwnego, że w przeszłości miejsce to było nazywane „Porta d’Oriente” skoro od Albani dzieli je tylko około 70 kilometrów, a promy na Korfu kursowały stąd ponoć aż do 1999 roku. Z tutejszego połączenia promowego udało się kiedyś skorzystać nawet Juliuszowi Słowackiemu.

Choć obecnie latem liczba turystów wielokrotnie przekracza liczbę mieszkańców, to zimą panuje tu błogi spokój. Podoba mi się w Otranto. To kolejne na naszej trasie miejsce z listy „I borghi più belli d’Italia”. Umieszcza się na niej najpiękniejsze wsie i małe miasteczka we Włoszech. Jest jeszcze jedna lista – Dziedzictwa Kulturowego Unesco, na którą w 2010 roku wpisano centro storico miasta.

Miło jest się w nie zapuścić, wejść między stare mury, a przede wszystkim zrobić wzdłuż nich spacer brzegiem morza. Popatrzeć na port pełen małych jachtów, podziwiać obsadzone kormoranami skały wystające z morza i (w okolicach Torre Alfonsina) poczuć przestrzeń, która się na nie otwiera, kontrastując z ciasnotą wąskich uliczek. Piękny to finał włóczęgi po miasteczku szczególnie w porze, gdy zapalają się miejskie latarnie, czego doświadczyłam podczas pierwszego pobytu w tym miejscu. To wtedy właśnie urzekło mnie jego piękno.

Ale mimo tej sielankowości jest coś, co nigdy by mi nie pozwoliło osiąść tu na dłużej. To historia tego miejsca, która przeraża. Nagromadzenie krzywdy, cierpienia i bólu, a nawet spiętrzenie ich do rangi makabry, o której trudno przestać myśleć. „Minęło 540 [już 545 – przyp.aut.] lat i w Otranto nikt o tym nie zapomniał. Zapewne nie zapomni nigdy” – jak można przeczytać pod linkiem https://www.gancarczyk.com/otranto-atrakcje-zwiedzanie-mapa-plaze-hotele-noclegi-przewodnik/.

Otóż (jak łatwo obliczyć) w roku 1480 miasto zostało zaatakowane od strony albańskiej Wlory przez 18 tysięczne siły Imperium Osmańskiego. Tak naprawdę, celem ataku miało być pobliskie Brindisi, ale z powodu silnych wiatrów turecka flota, złożona ze 128 (albo może 150 - rozbieżności w źródłach) okrętów nie była w stanie tam dopłynąć. „Turcy zażądali poddania miasta. Dowodzący obroną hrabia Francesco Largo odrzucił warunki kapitulacji, mimo że zapewne zdawał sobie sprawę, iż 400 osobowa załoga zamku nie ma żadnych szans z turecką armią” – możemy dalej przeczytać pod podanym linkiem. Resztę wydarzeń bloger opisuje już w rozdziale pod wymownym tytułem „Rzeź”.

Takie tematy mnie po prostu przerastają, więc przytoczę tu opis wspomnianego autora: „Po niecałych dwóch tygodniach walki, 12 sierpnia Turcy zdobyli cytadelę i wymordowali wszystkich żyjących jeszcze obrońców. Część mieszkańców miasta schroniła się w katedrze i to właśnie tutaj rozegrały się najbardziej dramatyczne wydarzenia. Arcybiskup (...) Pendinelli i hrabia Largo zostali żywcem przepiłowani [według innych, wyglądających na wiarygodne, źródeł - ten pierwszy był rozsiekany jataganami – przyp.aut.], starców i małe dzieci wycięto. Starsze dzieci i młode kobiety (…) galerami zostały wywiezione i sprzedane na targu niewolników”.

Ale to jeszcze nie koniec tego horroru. Wiem, że to trudne do czytania, ale gwoli historycznej prawdy przytaczam dalszą część powyższego tekstu: „Pozostało ponad 800 mężczyzn w wieku pomiędzy piętnastym, a pięćdziesiątym rokiem życia. Dostali do wyboru przejście na islam albo śmierć.
Wybrali śmierć.
Dwa dni później, na wzgórzu Minerwy poza miastem, ścięto wszystkich.”


Ciała pozostawiono ku przestrodze na widoku publicznym. Ale ponad rok później siły chrześcijańskie odbiły miasto. I ciała zabitych zebrano w zdegradowanej najpierw przez najeźdźców do roli stajni, a potem odbudowanej przez kolejnych zdobywców, katedrze Santa Maria Annunziata. Dziś te szczątki można zobaczyć w szklanych gablotach w jej bocznej kaplicy. Natomiast za głównym ołtarzem umieszczono podobno „Kamień męczeństwa”, na którym stracili życie męczennicy, uznani w 2013 roku przez kościół katolicki za Świętych. Kamiennego dowodu masakry nie widziałam - już kości i czaszki w gablotach są wystarczająco przerażające.


Ale żeby nie było, że po wizycie w katedrze pozostają tylko trudne wspomnienia, to chcę tu przekonać, że tak nie jest. W świątyni znajduje się jeszcze cośco wzbudziło nie tylko mój zachwyt, ale też podobno tak zauroczyło Turków, że oszczędzili ten detal nawet podczas procesu niszczenia miasta. Jest to ogromna mozaika - dzieło mnicha Pantaleone, przedstawiająca biblijne motywy drzewa życia oraz bestiarium, czyli przedstawienia zwierząt według ówczesnej wiedzy. Ach, czegóż tam ten duchowny nie umieścił? I do tego jak niezwykła wyobraźnią nim kierowała. Napatrzeć się nie mogłam, nafotografować też i to za każdym z dwóch razów, gdy byłam w katedrze. Bardzo, bardzo polecam.

I kiedy już tam będziecie, to nie zapomnijcie zajrzeć też do krypty podpartej dziesiątkami niewielkich, smukłych kolumn. Podobno ich styl i umieszczanie pod prezbiterium jest charakterystyczne właśnie dla romańskich świątyń w Apulii. W podobnej krypcie w Bazylice w Bari znajdują się relikwie Świętego Mikołaja.


Ale wróćmy do Otranto. Cóż tam jeszcze jest do zobaczenia? Cały internet oprócz kolejnego kościoła o nazwie San Pietro (pełnił rolę katedry przed powstaniem obecnej) jako atrakcję turystyczną jednogłośnie typuje Zamek Aragoński z końca XV wieku. Ale już rzetelnych informacji o nim mało i trudno je znaleźć. Podobno został wzniesiony po wyparciu Turków na miejscu poprzedniej warowni. Dobudowano mu też w ramach pierwszej przeróbki imponujący bastion obronny. My oglądałyśmy go z zewnątrz, ale po zapoznaniu się z opiniami innych turystów, raczej nie nastawiałyśmy się na zwiedzanie wnętrz.

Również sporo pięknych miejsc znajduje się podobno w bezpośredniej okolicy Otranto. Szczególnie urokliwie na internetowych fotkach przedstawia się jeziorko Cava di Bauxite w dawnej kopalni boksytu, ale nam niestety brakło na nie czasu. 
Przed odjazdem zajrzałyśmy za to jeszcze do Klasztoru Klarysek - Santa Maria dei Martiri. O wzgórzu, noszącym obecnie nazwę Męczenników, a kiedyś Minerwy, pisałam już poprzednio w części dotyczącej egzekucji z 1480 roku. Podczas naszej wizyty wieńczący je kościół (zbudowany pierwotnie jeszcze na polecenie Alfonsa Aragońskiego) był zamknięty na głucho, ale miejsce, które jest naznaczone tragedią sprzed wieków, spowijała kojąca cisza. Nawet trochę zazdrościłam klaryskom, że one sobie w niej pozostaną, gdy my już pożegnamy Otranto.

To był bardzo intensywnie przeżyty dzień. Ale to czas pokaże, ile tym razem zostanie z niego w pamięci. Już przy tworzeniu tego wpisu półtora miesiąca później, widzę, że pewne szczegóły zdążyły się zatrzeć lub zmieszać. Więc trzeba będzie zapewne wrócić do Otranto i do Lecce, by to powtórnie w głowie ułożyć. Tylko Leuca odcisnęła się w pamięci znów jako żywo. Więc nawet jeśli jednak nie trafię tam znowu, to będzie sobie w niej żyła swoim życiem w taki sposób, jakbym tego miejsca nie opuszczała wcale. I taką właśnie pamiątkę przywiozę sobie tym razem z podróży...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz