sobota, 29 marca 2025

ZADOŚĆUCZYNIENIE OD LOSU - Beskid Niski: Swystowy Sad w Ropkach

 

Zadośćuczynienie od losu” – takiego sformułowania użyłam na określenie marcowego pobytu w Swystowym Sadzie, nawiązując do nieudanej próby przyjazdu do Ropek cztery lata wcześniej. Wówczas Edyta również organizowała tutaj warsztaty dla kobiet. Odwołałam udział w nich z powodów zdrowotnych. Chorowała wówczas cała nasza rodzina (https://podobrejdrodze.blogspot.com/2021/09/wkrotce.html).

Tym razem zdrowie także nie dopisało. Byłam solidnie przeziębiona, kaszel dawał się mocno we znaki. Ale i tak postanowiłam nie odpuszczać. W końcu tyle długich lat czekałam, by zamieszkać w jednej z ropczańskich chat.

Przyjechałam bez żadnych oczekiwań. Uznałam, że mi się to po prostu należy w ramach rekompensaty za utraconą wcześniej okazję. Termin pobytu był zaplanowany na weekend marcowej równonocy, a warsztaty nosiły tytuł „ Wiosenne przebudzenie”. Rzeczywiście okolica wyglądała, jakby się właśnie wybudziła z zimowego snu. Pogodę mieliśmy nie tylko zamówioną:), ale także wymarzoną. Z zachwytem obserwowałam kapiące z dachów pozostałości po śnieżnych czapach, wygrzewające się w ciepłych promieniach słońca koty, nawet powstałe w wyniku roztopów błoto mnie zachwycało. Tak bardzo czuło się w tym wszystkim wiosnę nadchodzącą już wielkimi krokami.

Agroturystyka Swystowy Sad w Ropkach to miejsce naprawdę niezwykłe. Sprawia wrażenie, jakby działania człowieka organicznie zrosły się tam z otaczającą naturą. I jakby powstała z tego całość pozostawała gdzieś poza czasem. Takie miejsce pozwala oddalić się od świata pełnego hałasu i chaosu. Nie byłam tam po raz pierwszy (https://podobrejdrodze.blogspot.com/2024/05/cdn.html). Ale co innego wpaść z wizytą, a co innego pobyć sobie dłużej w takim odsunięciu się od pośpiesznej codzienności.

Mimo, że swoje warsztaty Edyta określiła jako relaksacyjno – rozwojowe, to nastawiłam się tylko na pierwszą część tego określenia, czyli na relaks, pozostając w przekonaniu, że obecnie własny rozwój zapewniam sobie sama. I że nie potrzebuję do tego ani specjalnych zajęć, ani grupy obcych mi kobiet. To miały być ewentualnie tylko wartości dodane do pobytu w Swystowym Sadzie.

A tu nie dość, że było naprawdę rozwojowo, to jeszcze nawet trochę terapeutycznie. I mimo że terapia grupowa nie jest moją ulubioną formą spędzania czasu wolnego, to oczywiście potrafię docenić jej rozwojowe aspekty. Choć więc tego ani nie oczekiwałam, ani chyba nawet nie chciałam, to jednak weszłam w ten grupowy proces całą sobą.

Powiedzieć, że mnie to zaskoczyło, to jakby nic nie powiedzieć. To, co mi się przydarzyło wprost mną wstrząsnęło. Bo przecież miałam się zrelaksować i przeżyć ten czas na lajcie. A tymczasem wszystko poszło nie tak… I nic nie zgadzało się z moimi wyobrażeniami o lajtowym weekendzie.

To zaczęło się już na pierwszych zajęciach. Na odprężającej medytacji kierowanej, której tematem była jakże przyjemna, nadchodząca wiosna. Wyluzowałam się, podążając za słowami Edi. Nic nie zapowiadało tego, co zadziało się w kilku pierwszych minutach.

Myśl pojawiła się w głowie nagle i nie wiadomo skąd. Po prostu uderzyła we mnie. I przeraziła. To była sugestia, że może już nadszedł czas, aby pozwolić... Andrzejowi odejść.

W pierwszej chwili poczułam się, jakby los znów mi coś chciał odebrać. Bo przecież ta opieka, którą czuję od męża z tamtej strony życia, to wszystko, co mi po nim zostało. Nie chcę stracić i tego. 

Ale może rzeczywiście jest tak, że strasznie się na moim mężu uwiesiłam po śmierci? Ciągle przerabiam w głowie pytania, co by Andrzej zrobił, pomyślał, powiedział - właściwie w każdej sytuacji, z którą się codziennie spotykam. Oczekuję od niego odpowiedzi i pomocy.

I przyszło mi do głowy, że Andrzej może być już tym zmęczony. Że trzeba zwrócić mu wolność. Dopuścić, by odszedł do swojego zasłużonego wiecznego szczęścia. Żeby odpoczął od moich oczekiwań.

To było tak silne przeżycie, że miałam wrażenie, jakby mnie zmiotło z powierzchni ziemi. O ile wcześniej byłam niedoleczona, to teraz czułam, że wszelkie życie ze mnie uszło. Cały następny dzień i następną noc spędziłam w takiej niemocy, jakiej dawno nie miałam. Wszystko stało się niewiarygodnie trudne.

Nazajutrz więc przestałam angażować moje myśli i emocje w dalsze zajęcia, które stały się dla mnie zwyczajnie bardzo męczące. Kilkukilometrową wycieczkę w góry, skądinąd pięknym, pełnym przebiśniegów szlakiem przez Ostry Wierch pod cerkiew w Bielicznej, ledwie przeżyłam. Wieczorny pobyt w saunie skróciłam do minimum, a nacierania się później śniegiem nawet nie brałam pod uwagę. Posiadówkę przy prosecco odpuściłam w ogóle. W nocy rzucałam się po całym łóżku. Nawet zdrowe, wegetariańskie jedzenie, które podawane jest w Swystowym Sadzie, zaczęło mi szkodzić.

Pomogły ziółka. W dzień wyjazdu wczesnym rankiem nasza gospodyni uraczyła mnie swoją miksturą, a potem zaparzyła mi herbatkę z dodatkiem mięty. Poczułam ulgę. A może to wcale nie sprawiły zioła, a czyjaś troska, która pozwoliła na zebranie własnych sił po wewnętrznej burzy? Lub też po prostu stało się tak na skutek odpuszczenia, stanowiącego następstwo wyczerpania poprzednim dniem? Albo może to był efekt przemyśleń, dających dobrodziejstwo uspokojenia? 

Uświadomiłam sobie bowiem, że konieczność pożegnania ze zmarłym mężem wcale nie oznacza, iż muszę to zrobić zaraz, natychmiast, jeszcze w Swystowym Sadzie. Trzeba to raczej potraktować jak proces, który mimo otwarcia, przybierze takie tempo, jakie ja mu jestem skłonna nadać. Nie muszę nic robić w pośpiechu.

Spokojnie więc dopijam herbatę w swoim prostym pokoiku na piętrze nad kuchnią Swystowego Sadu. Czuję, że znów łapię pion i dochodzę do równowagi. Ponownie odnajduję w sobie zadowolenie. Cieszę się, pobytem w Swystowym Sadzie.

Dobrze się czuję w takich wnętrzach.

Tak jak powinno być w wiejskiej chacie - bez cudów, ale jest klimat i wszystko, czego mi trzebaoceniłam mój pokoik pierwszego dnia, pisząc do Ani.

Taki raj – podsumowałam całą resztę.

Bo do tego są tu zwierzęta – psy, kozy, kury. Zdaje mi się, że bez nich integrowanie się z naturą byłoby jakieś niepełne.

Jeśli czegoś mi brakło podczas tego wyjazdu, to czasu. Na więcej chwil z pastelową filiżanką w dłoni i spoglądaniem na góry Beskidu Niskiego z mojego okienka w gontowym dachu. Na pobycie samej ze sobą. Na nicnierobienie.

Ale nie można mieć wszystkiego w zaledwie trzy niepełne dni. Wracam na zajęcia i już czuję się na nich całkiem w porządku. Chyba jednak udało mi się przebudzić tę wiosnę w sobie.

I z takim przekonaniem odjeżdżam z Beskidu Niskiego, który na pożegnanie przybrał nieco mglisto – mżący wygląd. Jak dobry gospodarz obchodzę przed wyjazdem obejście. Staram się zachować w pamięci wiosenne obrazki – kwitnące bazie, podbiały, kaczeńce. Po drodze, między drzewami ukazuje mi się jeszcze Biawena, przywołując miłe wspomnienia z zeszłorocznego pobytu.

A potem wychodzi słońce i znów możemy podziwiać ożywiony wiosną świat po drodze.

- To najpiękniejsze powitanie wiosny, jakie mogłabym sobie wymarzyć – podsumowuję w samochodzie ten wyjazd, przywołując słowa, jadącej z nami Agatki. Mam też przekonanie o jego ważności dla mojego rozwijającego się wnętrza.

I po powrocie w nasze (jednak pochmurne) strony piszę do Edi:

Dzięki raz jeszcze.

Wszystko poszło nie tak. Na moje szczęście.

Na całe nieszczęście, cieszę się – przychodzi do mnie odpowiedź.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz