sobota, 4 września 2021

POST PEŁEN SMUTKU

Wakacyjna ucieczka z domu niewiele zmieniła, przyniosła tylko chwilową ulgę od zmartwień, które od jakiegoś czasu zamącały mi spokój. Po powrocie z wakacji wszystkie zgryzoty i tak ponownie mnie dopadły. Nie wiem, czy mam siły, by się z nimi otwarcie mierzyć, liczę więc na to, że “samo się jakoś ułoży”. Czuję, że to trochę słabe, ale na razie nie bardzo nawet wiem, jak zareagować na to wszystko, co się teraz w moim życiu dzieje

Oczywiście coraz częściej pojawia się w głowie myśl, że może pomógłby powrót do leków antydepresyjnych. Ze względu na możliwe skutki uboczne jeszcze się przed tym bronię, ale to chyba tak już ostatkiem sił. Pewnie wcześniej czy później i tak trafię do psychiatry, bo jestem już strasznie zmęczona zmaganiem się z nawrotami stanów depresyjnych. Chyba nadchodzi czas na choćby krótki powrót do wspomagania farmakologicznego.

Trudno mi też radzić sobie z depresją najbliższych. Mąż zmaga się z nią tak samo jak ja od lat - czasem z lepszym, a czasem z gorszym skutkiem. Najbardziej martwi mnie teraz jednak stan Kacpra. Mam wrażenie, że po rozstaniu z dziewczyną, wszystko, co przeżywał po śmierci Bartka, wróciło do niego z całą swoją mocą. Oczywiście tym razem nie odpuściliśmy leczenia psychiatrycznego. Ale problem jest taki, że Kacprowi trudno w nim utrzymać systematyczność, a to nie sprzyja zdrowieniu. O lekach zapomina lub też wydaje mu się, że nie działają, lub że już ich nie potrzebuje. No i efekty leczenia są prawie żadne. Nie wiem, jak mu pomóc, bo to już dorosły człowiek i nie dziwi mnie wcale, że nie chce wrócić do domu, by rodzice je nadzorowali. A kontakt przez telefon czy też messenger także obecnie jest ciężki.

Zamartwiam się tym okrutnie. Znów czuję bezsilność i utratę kontroli nad tym, co życie wyczynia z moją rodziną. Nie wiem czemu nas tak bardzo doświadcza.

No ale oczywiście nie poprzestaję na załamywaniu rąk nad własnym losem. Staram się zrobić to, co się da. Perswaduję i negocjuję. Co do efektów, to znów stanęło na tym, że Kacper ma z początkiem przyszłego tygodnia zrobić kolejne podejście do lekarza. Czyli, że znów jest kolejna nadzieja. Uzgodniliśmy też z mężem, że będziemy podrzucać Kacprowi systematycznie jedzenie, bo on teraz nie dba o to, by się właściwie odżywiać. Ale poświęcone tylko temu spotkania z synem są po prostu smutne. Choć oczywiście dla mnie lepsze takie niż żadne.

Mieliśmy nadzieję na to, że nowy związek odmieni życie Kacpra. Ale on postanowił nie angażować się w dalszą relację z D...... z Lublina. Bardzo mi żal, bo ona strasznie chciała. Lecz widocznie tak ma być, że nasz syn najpierw uporządkuje swoje życie.

Ja też powinnam zrobić to samo z własnym. Bo oczywiście sprawa Kacpra jest tu kluczowa, ale nie jedyna. Jak mi się nie układa, to od razu na wielu frontach.

Rok szkolny zaczął się w połowie tygodnia. A do mnie już zdążyły powrócić wszystkie negatywne zeszłoroczne odczucia. Po takim fatalnym starcie trudno mi się spodziewać po szkole czegokolwiek dobrego.

Tym bardziej, że już wczoraj media doniosły: “Koronawirus w szkołach w Warszawie i Radomiu. Wprowadzono zdalne nauczanie” (https://wawalove.wp.pl/koronawirus-w-szkolach-w-warszawie-i-radomiu-wprowadzono-zdalne-nauczanie-6679220105325376a). A więc wszystkie czarne scenariusze właśnie zaczynają się ziszczać.

A jakie są zalecenia polskiej Akademii Nauk(!) na nowy rok szkolny? Niezaszczepieni nauczyciele bez kontaktu z uczniami, niezaszczepieni uczniowie w szczycie zachorowań powinni zostać w domu” - grzmią nasi naukowi “eksperci” (https://serwisy.gazetaprawna.pl/edukacja/artykuly/8213156,zalecenia-pan-na-nowy-rok-szkolny-niezaszczepieni-nauczyciele-bez-kontaktu-z-uczniami-niezaszczepieni-uczniowie-w-szczycie-zachorowan-powinni-zostac-w-domu.html?fbclid=IwAR1XPJYX9b0fwbHB6E1XHZxZAoMvnZa32NKKei0Bs0ZagJWQvJAuyHR3vRI)

Być może więc mój los jest już przesądzony. Bo takiego jak ja nauczyciela nikt w obronę nie weźmie. Dla wszystkich wokół jest jasne (i takie są publiczne wypowiedzi), że każdy, kto pracuje w szkole, powinien być zaszczepiony.

Co innego jeśli chodzi o dzieci. Pod przywołanym tu artykułem komentarze nie pozostawiają złudzeń, co do stanowiska rodziców:

Łapy precz od naszych dzieci! Żadnego przymusu i żadnej segregacji!” - napisał/a Toja.

Wara od moich dzieci” - dodał/a Am.

A niejaka Aga zaprotestowała jeszcze bardziej ostro: “Odpier...lcie się od dzieci!!!

Jaki będzie tego finał to zobaczymy. Akcja szczepieniowa pewnie ruszy w szkole już w tym tygodniu.

*

Tak mi źle teraz w tej całej sytuacji i zawodowej, i rodzinnej, że nie mam ochoty, ani siły na nic, nawet na to, co jawiło mi się dotąd jako fajny plan/pomysł/zamierzenie.

Nie minęło pół szkolnego tygodnia a ja już zdążyłam zrezygnować z:

- podjęcia pracy jako szkolny psycholog w wymiarze zaledwie 4 godzin tygodniowo! w szkole na terenie tej samej gminy;

- wyjazdowego kobiecego weekendu w Swystowym Sadzie w Beskidzie Niskim z warsztatami koleżanki uczącej muzyki;

- nawet ze spotkania z Anią w ten weekend, przy czym na szczęście okazało się, że ona też już w międzyczasie zmieniła plany i zaproponowała na przyjazd inny termin końcem miesiąca.

Ale rezygnacja z tego wszystkiego wcale nie sprawiła, że poczułam się lepiej (mniej zajęta lub mniej obciążona). To okazało się nawet kolejnym krokiem do pogorszenia samopoczucia.

Jeszcze jednym był pogrzeb koleżanki ze szkoły. Bardzo go przeżyłam. Bożenka była pierwszą doświadczoną nauczycielką, która okazała mi zwyczajną ludzką życzliwość po podjęciu pracy pedagoga. W pamięci będę miała zawsze scenę, gdy do mnie podchodzi z uśmiechem w nowej szkole, proponuje przejście na ty, zapewnia o współpracy. To dla mnie było wówczas bardzo wiele. Przez lata wspólnej pracy też nazbierało nam się sporo ciepłych wspomnień. Zawsze była mi bardzo bliska. Trudno pogodzić się z tym, co się stało.

Bożenko, byłaś z nami przez lata tłuste i chude, przeżywaliśmy wspólnie wzloty i upadki, zjedliśmy razem beczkę soli... Czy jest jakaś lepsza miara przyjaźni?” - te słowa napisałam dla niej, gdy odchodziła tak niedawno przecież na wcześniejszą emeryturę. Jeszcze początkiem sierpnia, gdy pogorszył się jej stan napisała do drugiej pedagożki: “Ale mam siłę”. Końcem miesiąca już nie żyła. Ot, takie nieprzewidywalne, pełne smutku życie.

Ale wystarczy. Ten post już więcej smutku nie pomieści. Kończę go życzeniami, które zawarłam na okoliczność emerytury w tekście dla Bożenki:

„w dłoniach unieś swój czas”,

„nie oglądaj się wstecz”,

„zawsze jasną miej twarz” (Janusz Kondratowicz - “Nie wrócą te lata”)

Czy jest jakaś szansa, bym teraz mogła się kierować tymi słowami i w swoim własnym życiu?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz