Nowa fala zakażenia koronawirusem dotarła do mojej szkoły szybciej niż się spodziewaliśmy. Od wczoraj mamy objętą kwarantanną jedną z klas. I nawet nie wiem, co mam o tym napisać w sytuacji, gdy oczywiście miałam z jej uczniami zajęcia przed weekendem.
Cóż, staram się nie panikować. Ale zaczynam powoli myśleć, że w końcu będę musiała to dziadostwo przechorować. Może przede wszystkim po to, żeby u siebie zakończyć ten czas pandemicznego strachu, którego już nie jestem w stanie tolerować. Żeby odzyskać wreszcie święty spokój.
Jak długo można żyć w poczuciu, że trzeba się wyzbyć wszelkiego życia społecznego, żeby przeżyć? Tyle się mówi teraz o lawinowym wzroście przypadków depresji, ale to właśnie ludzie podobni do mnie płacą tak wysoką cenę za brak kontaktów z innymi i konieczność utrzymywania relacyjności w sposób pośredni - przez różnego rodzaju komunikatory, które w wielu osobach, zwłaszcza z mojego pokolenia, budzą po prostu niechęć.
Dziś mamy w Polsce 975 osób zarażonych (w tym dwie ostatnie cyfry mówią o zachorowaniach w Małopolsce) - przynajmniej tak wynika z oficjalnie podanych danych. Niby te liczby mnie nie przerażają po tym, co już przeszliśmy w ubiegłym roku, szkoda tylko, że oznaczają one ludzi, którzy są gdzieś blisko mnie. Niestety za blisko mnie...
W odpowiedzi na wzrost zachorowań ministerstwo zdrowia zaleciło trzecią dawkę szczepień profilaktycznych (na razie dla seniorów, medyków i osób z obniżoną odpornością). Warunek kolejnego szczepienia jest jednak taki, że musi upłynąć co najmniej 6 miesięcy od daty ostatniego. Każda z moich koleżanek i każdy z kolegów ze szkoły jest już w takiej sytuacji.
Dlaczego ta trzecia dawka?
“Udokumentowano spadek odporności przeciw SARS-CoV-2 z czasem – wyjaśniał Tomasz Karauda, lekarz oddziału chorób płuc Uniwersyteckiego Szpitala Klinicznego nr 1 w Łodzi. Po 2-3 miesiącach odporność jest na poziomie 75 proc., po 5-6 maleje do 16 proc. Wówczas znacznie łatwiej jest złapać COVID-19.” (info ze strony : https://www.polsatnews.pl/wiadomosc/2021-09-22/trzecia-dawka-szczepionki-przeciw-covid-19-decyzja-o-rozszerzeniu-grupy-ktora-ja-otrzyma/)
Jednym słowem wszyscy z moich zaszczepionych współpracowników mają teraz statystycznie niewiele wyższą odporność niż ja. Czyli tak naprawdę znów jedziemy na tym samym wózku. Tyle że inni odbywają tę podróż ze swoim paszportem covidowym w dłoni. Nie wiem, co on im pomoże w tej jeździe bez trzymanki. No ale miało być bez panikowania.
Trudno nie odnieść wrażenia, że zatoczyliśmy w naszej szkole jakieś koło i stoimy w tym samym miejscu, w którym już staliśmy w zeszłym roku o podobnej porze. Trudno nie zauważyć, że to się dzieje również w innych obszarach mojego życia. Trudno nie mieć poczucia utknięcia w takiej mało komfortowej sytuacji.
Trochę więc czuję, jakbym się teraz znalazła w jakiejś poczekalni życia. I to nie jest tak, że marzę o wielkich zmianach i nowych wyzwaniach na wszelkich życiowych frontach. Ale konieczność czekania na rozwój sytuacji i niemożność zrobienia nawet małego kroku w przód w jakimkolwiek kierunku jednak mnie frustruje.
I nie mogłabym tu powiedzieć, że życie nie daje mi jakichkolwiek okazji do zmiany swojej pozycji. Ale jest tak wiele niewiadomych, powiązanych z przyszłością, że niemożliwe wydaje się podjąć teraz decyzje, które będą miały na nią wiążący wpływ. Rozwój pandemii, ogarnianie choroby Kacpra, czekająca męża operacja - czy to jest dobry moment na łapanie nadarzających się okazji?
Napisała koleżanka z kursu psychoterapii o możliwości współpracy z nią w miejscu z dość długim dojazdem - odrzuciłam pomysł, bo być może pooperacyjna opieka nad mężem będzie mi zabierać mnóstwo czasu. Kolega z pracy zaproponował, żebym wzięła za niego pół etatu w szkole średniej - odrzuciłam z tego samego powodu. Nawet ofertę wyjazdu na wycieczkę dla nauczycieli odrzuciłam - wspólny wyjazd z zainfekowanej już szkoły, a później spotkania towarzyskie w hotelu mogłyby być ryzykowne ze względu na możliwość przywleczenia koronavirusa do domu. Zresztą nawet innego typu zarażenie wykreśliłoby męża z grona potencjalnie przyjętych do szpitala.
Nie żebym jakoś specjalnie tych odrzuconych propozycji żałowała. Tylko mam już po prostu dosyć nieruchomego stania w miejscu i stresu oczekiwania. Tego, co się ma w moim życiu wydarzyć i tak nie uniknę. Ale już mi brakuje cierpliwości, by na to czekać. Czekać i czekać... Z coraz większym strachem...
Chcę wreszcie przeżyć to, co mam do przeżycia i ruszyć dalej. Czy ktoś mnie w końcu z tej poczekalni wywoła? I najlepiej zanim dostanę kolejnego ataku paniki...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz