czwartek, 24 października 2019

MONASTYR RILSKI - BUŁGARIA

Zamieszczam tu przywołane wcześniej (w serbskiej Studenicy) wspomnienie nocy w Monastyrze Rilskim w Bułgarii pięć lat przed rozpoczęciem przygody z blogiem. Zarazem sięga ono początków naszej fascynacji przebywaniem w tego typu miejscach. Przytoczony fragment  obszernej wakacyjnej historii dotyczy powrotu z naszych rodzinnych wakacji w Grecji.




BUŁGARSKI EPILOG

To sam Bóg przywiódł mnie tutaj. Najpierw zapalił w mojej głowie myśl. Oznajmiłam więc swojej rodzinie, że chcę wracać z Grecji przez Bułgarię. Bo choć droga może trochę dłuższa niż przez Macedonię, ale za to zdaje mi się, że łatwiej znaleźć przy tej trasie tańszy nocleg tranzytowy. A dodatkowo (o co w tym wszystkim chodziło najbardziej), daje to możliwość zobaczenia zabytków zachodniobułgarskich. Z głównym naciskiem na Rilski Monastyr.
Odkąd zobaczyłam go w Internecie, po prostu nie dawał mi spokoju.  Jakbym odebrała przesłanie, że Pan Bóg mnie tam wzywa. Że to miejsce, w którym chce do mnie przemówić. 
No więc wyjeżdżając z Grecji, skierowaliśmy się na granicę z Bułgarią. Ale ponieważ nasza nawigacja kompletnie przestała z nami współpracować, żądając od nas wpisywania adresów greckimi literami, to niestety zgubiliśmy właściwą drogę. I ku naszemu wielkiemu zdziwieniu wjechaliśmy na przejście graniczne, nad którym powiewała macedońska flaga. Przełykając więc gorzkie poczucie zawodu, pozostało mi tylko zrezygnować ze swojego pragnienia. I poddać się wyrokom Opatrzności. 
Dobrze zrobiłam, bo Ona jednak czuwała nad realizacją mojego planu. A Jej ścieżki naprawdę są nie do przewidzenia.
Oczywiście macedońscy strażnicy cofnęli nas z granicy, gdy okazało się, że nie mamy przy sobie dowodu ubezpieczenia w postaci Zielonej karty. I choć przeszukaliśmy nasze bagaże co do centymetra kwadratowego, to nigdzie jej nie znaleźliśmy. Nie mogłam w to uwierzyć, nigdy dotąd podczas naszych podróży nie zgubiliśmy żadnego, nawet najbardziej nieważnego dokumentu. A tu takie niedopatrzenie! Niepoprawny błąd, który będzie nas kosztował... zawrócenie na granicę nie wymagającej takich formalności Bułgarii. 
Nie mogę powstrzymać uśmiechu zadowolenia:)
- Czy to ty wyrzuciłaś naszą Zieloną kartę? – i mojej rodzinie wraca dobry nastrój, gdy okazuje się, że obu przejść granicznych nie dzieli znów taka wielka odległość. Dodatkowo jedziemy przez piękne okolice, wzdłuż szosy rozciągają się cudowne widokowo zielone góry, jakich potem w Bułgarii będziemy jeszcze oglądać wiele. A po poboczach spacerują greckie żółwie przeróżnych rozmiarów.
Spoglądam w górę i z całego serca dziękuję temu, Który Wyrzucił Zieloną Kartę. Sama nigdy bym na to nie wpadła. 
A dzięki Niemu szybko zbliżamy się do  Rilskiego Monastyru. Już wiem, że uczestniczę w cudzie, a na ostatnim odcinku drogi, gdzieś za Riłą, Bóg zaczyna do mnie przemawiać całkiem otwarcie. 
Łapie nas nagły, ulewny deszcz, ale ściany wody, które leją się z nieba są poprzedzielane prawie pionowymi pasami słonecznych promieni – jak to w ogóle możliwe? Chwilę potem na niebie rozkwita tęcza, a gdy parkujemy pod bramą Monastyru wszystko to kończy się równie nagle, jak się zaczęło i wychodzimy z samochodu w niczym nie zmącony spokój górskiego późnego popołudnia. Jesteśmy jak w pępku świata – otoczeni zewsząd wysokimi górami, które są pokryte gęstymi lasami z wyjątkiem tylko niewielkich połaci najwyższych wierzchołków. Podeszczowe powietrze jest jak kryształ, od pierwszego wdechu można dotlenić wszystkie komórki. A po przekroczeniu bramy napawać oczy niesamowitym pięknem zabytku wpisanego na Listę Światowego Dziedzictwa Kulturalnego i Przyrodniczego UNESCO.
Przezorny zawsze ubezpieczony - choć może to słabo brzmi po historii z Zieloną Kartą, to mam przy sobie przewodnik po Bułgarii. Jakbym czuła już przed wyjazdem na wakacje, że zamierzenie się uda. Chociaż pewnie zawsze powinnam pamiętać, że dla Boga nie ma nic niemożliwego.
„Choć z zewnątrz klasztor przypomina raczej groźną twierdzę, z pasiastych krużganków w środku emanuje atmosfera ciepła i gościnności. Wielki nieregularny dziedziniec otaczają cztery kondygnacje barwnych balkonów, z których wchodzi się do około 300 cel mnichów, a także magazynów, refektarza i kuchni. Z najwyższego piętra rozpościera się wspaniały widok na góry Riła.” 
To sam Bóg przywiódł mnie tutaj i teraz przemawia do mnie tymi obrazami. Mówi panującym tu nastrojem cichej zadumy, tego dnia (lub może o tej porze dnia) pozbawionej rozsadzającej ją gorączki zwiedzających tłumów (przed czym ostrzegał przewodnik). W każdą świętą twarz, w każde cudowne malowidło w podcieniach cerkwi, która dostojnie rozpostarła swe mury na dziedzińcu, są wpisane Boże słowa. Choć ja przede wszystkim odnajduję je w wiszącym na furcie pomieszczeń klasztornych cenniku:)
O tym, że mnisi prowadzą tu działalność hotelarską wiedziałam już wcześniej z internetu i przewodnika. Ale nie wierzyłam, że naszą rodzinę na to może być stać, więc nigdy nie brałam tego pod uwagę. Ponieważ nie śmiałam mieć takich marzeń, to nie planowałam noclegu w tym miejscu. A teraz wpatruję się w przypiętą pinezką do furty kartę z cenami i oczom nie wierzę. Wygląda na to, że  nocując w monastyrze, zapłacilibyśmy tylko niewiele więcej niż w mijanych po drodze hotelikach. A przecież ja dałabym za to dużo, dużo więcej. Za sen w łóżku, nad którym Pan Bóg bezpośrednio rozpościera ręce i możliwość modlitwy nazajutrz wewnątrz cerkwi, którą tego dnia zastaliśmy już  zamkniętą. Przestałam mówić do Boga, całym sercem zaczęłam Mu śpiewać.
Tym śpiewem modlę się po dwakroć, żeby raz wzbudzona nadzieja nie zmieniła się w ułudę. Zdaje mi się, że na mnicha, zajmującego się obsługą turystów muszę czekać wieki. Co rusz, nachodzi mnie zmartwienie, że jest za późno i nie przyjdzie już wcale. Chłopaki zaczynają się niecierpliwić i marudzić, nie mogą zrozumieć, dlaczego mi tak zależy, żeby spać właśnie tutaj. Przecież jest tyle innych miejsc po drodze. Ale wtedy Bóg przemówi przez serce i usta mojego męża, człowieka zdeklarowanego jako osoba niewierząca:
- Zostaniemy tutaj.
I zostaliśmy. Mnich wreszcie przyszedł i oznajmił, że są wolne pokoje. Wszystkie w takiej samej cenie: i te w starej części monastyru bez łazienki i ciepłej wody, jak i te w hotelu, który takie udogodnienia posiada. Wybór wydawał się prosty, szczególnie dla zakonnika i zanim tak na dobre nad tym pomyślałam, już podążałam za nim w stronę hotelową. Otrzeźwiło mnie dopiero gdy wyszliśmy przez bramę poza kompleks klasztorny. Stanęłam i wiedziałam, że kroku dalej nie postąpię.
- To tu – zdziwiony moją reakcją mnich zatrzymał się ze mną, wskazując na najbliższy budynek.
To prawda, że dzieliło nas od niego ledwie parę kroków, ale musiałabym je postawić na ZEWNĄTRZ murów klasztornych. Teraz już byłam bardziej niż pewna, jaki jest mój wybór. Słyszałam głos Boga.
- Chcę nocować w starej części monastyru.
Mnich momentalnie uznał, że ma do czynienia z wariatką – kto woli bez powodu rezygnować z łazienki, ciepłej wody i wygód, jakie nawet bez podnoszenia ceny mi zaoferował? Ale ja miałam powód i zaparłam się całą sobą.
Mnich rozeźlił się na dobre.
- Dlaczego wcześniej mi nie powiedziałaś? – fuczał na mnie w drodze powrotnej do monastyru. Zaproponował mi to, co miał najlepszego dla turystów, którzy może mają większe wymagania niż bułgarscy pielgrzymi, a ja tego nie przyjęłam. 
Rozpogodzi się dopiero rano, gdy przywitam go cała rozjaśniona szczęściem. Zbliżę się do niego prawie nie dotykając ziemi, wzlatując nad nią na skrzydłach uniesienia. Zobaczę wówczas, jak uśmiech powoli wpłynie mu na twarz i wreszcie ogarnie ją całą. Wiem, że zrozumiał i mi wybaczył.
Ale wieczorem nawet na mnie nie chce patrzeć, podając mi klucz do mnisiej celi na najwyższym piętrze otulonego krużgankiem korytarza.
- To najgorszy hotel w jakim byliśmy – orzeknie Kacper po wejściu do pokoju, trochę też zły, że odmiennie niż zwykle, nikt jego i Bartka nie pytał o zdanie w sprawie zakwaterowania. Myślę, że nasi synowie by się w ten wieczór dobrze zrozumieli z mnichem. Cóż, najwyraźniej do noclegu w klasztornej celi trzeba dorosnąć. 
Jest w niej dokładnie tak, jak opisuje przewodnik: „w zachodnim skrzydle (starszym) stoją po trzy lub cztery łóżka i niewiele więcej sprzętów, ale jest czysto. Wspólne ubikacje.” Niczego więcej nie oczekiwałam. Jestem szczęśliwa. Wyśpiewuję w duchu Panu hymny dziękczynne głosami ludzi i aniołów. I czuję, jak On nadstawia ucha z zawieszonego tuż nad monastyrem pociemniałego nieba.
Chwilę po tym zamykają się na noc klasztorne bramy. Do szóstej rano będziemy tu mieć Boga tylko dla siebie. To On mnie tutaj przywiódł. Oto jestem, mów do mnie Boże.
I Bóg mówił do mnie przez całą tę noc wielkim głosem. A także blaskiem gwiazd rozwieszonych nad górami, zalotnym miauczeniem licznych mnisich kotów i dalekimi odgłosami pieśni ich właścicieli. Spacerowaliśmy z mężem po krużgankach całe godziny nie mogąc się nasycić atmosferą duchowego spokoju i nieprzebranymi urokami tej świętej nocy: księżycem, który rozświetlał jej granatową czerń nad znajdującą się prawie pod naszą celą Bramą Dupnicką, dźwiękami dzwonów, regularnie zagłuszających wyciszenie tej ściśniętej górami doliny, a także nocnym chłodem, który w końcu zmusił mnie do przyodziania się przed świtem w kraciasty kocyk, przygotowany troskliwie przez mnichów. 
Ach, jak trudno było iść wreszcie spać, gdy ciało przepełniała niewysłowiona radość pobytu w takim miejscu i współistnienia tu z Bogiem. I jaki piękny (choć krótki:) był to sen, nad którym czuwali aniołowie i święci, zanim o świcie zbudziła mnie modlitwa pielgrzymującej cygańskiej rodziny za ścianą i popiskiwanie ptasich piskląt w gnieździe pod dachem.
„A rankiem byłam na modłach pierwsza, przez chwilę też jedyna – wtedy gdy duchowny wyszedł stukać w deskę, obchodząc świątynię ( wezwanie na modlitwę)” – napiszę po powrocie w liście do Dorotki, z którą nie udaje mi się spotkać przez całe wakacje. Swoją relację prześlę jej z zakupioną w monastyrze malutką ikonką cudotwórcy Iwana Rilskiego. Nigdy nie wiadomo, kiedy może się przydać bliższa znajomość ze specjalistą od cudów:)
„Przez chwilę więc byłam sam na sam z Bogiem, wzniosłam modły za wszystkich! moich przyjaciół i wierzę w to święcie, że w takich okolicznościach na pewno zostałam wysłuchana” – kontynuuję listowne zwierzenia. A potem, gdy zaczęli schodzić się pielgrzymi na poranne nabożeństwo, opatulona kocem w kratę modliłam się wraz z nimi. I czułam, że wszyscy Święci z wprost nieprawdopodobnej liczby ikon w tej cudownej cerkwi Narodzenia Pańskiego pomagali mi przedstawiać Panu moje prośby, nawet cudotwórca Rilski wstawił się w moich intencjach. To jest prawdziwy ekumenizm:)
A gdy Bóg już powiedział: „Niech się spełni”, zabrałam ze sobą tę dobrą nowinę dla najbliższych. Bułgarski Boży dar także i dla nich. I poszłam powitać nowy dzień, który wkrótce miał się zacząć wschodem słońca. Niejednym resztą:) Wystarczyło zmieniać co chwilę miejsce na krużgankach, by wciąż doświadczać zakrycia słońca przez pobliską górę i jego ponowne wyłanianie się zza jej zbocza. Miejsce, gdzie masz dla siebie niezliczone wschody słońca - czyż to nie najlepsza oprawa historii o cudach? 
Niedługo potem widzę jak z  mnisiego hotelu dla obcokrajowców, wykąpani we własnej łazience z ciepłą wodą, turyści zaczynają ściągać do hotelowej restauracji na śniadanie. Ale wszystko to za murami monastyru. Oni pozostaną ze wspomnieniem miłej, wygodnej wycieczki, a ja dostałam tu znacznie więcej, doświadczyłam czegoś prawdziwie cudownego. 
Wyjeżdżamy, gdy pierwsze autokary z wycieczkowiczami zjeżdżają na parking. A Pan Bóg macha nam na pożegnanie z okna naszej celi prawie nad Dupnicką Bramą.
„Nigdy nikt tak czule, a zarazem zajmująco do mnie nie pisał, jednocześnie mnie obdarowując. Wycałowałaś mi serce…” przychodzi odpowiedź od Dorotki. Właśnie wyjeżdża do Medjugorie i zabierze tam z sobą moje intencje. Jaki Bóg mógłby się temu oprzeć? Na pewno nie ten, który mnie gościł w Rilskim Monastyrze.
Gościna u Boga była dla mnie cudem. Czy nadużywam tego słowa? „Cud ( z łac. mirari = dziwić się)” – staram się sprawdzić znaczenie tego określenia w Wikipedii. „Potocznie mianem cudu określa się wszelkie niewytłumaczalne zjawiska.” (https://pl.wikipedia.org/wiki/Cud_(religia)
Mój niewierzący mąż wszystko to nazywa przypadkami: zgubienie Zielonej karty, zjawiskowe spektakle na niebie pod monastyrem i to, że póżnym popołudniem były w nim wolne miejsca noclegowe, choć przewodnik ostrzega, że latem często koło południa są już zarezerwowane. Nie będę się o to spierać. To człowiek decyduje, czy coś dla niego jest cudem, czy też nie. I gdzie przebiega u niego granica  niewytłumaczalności. Widać ja zamiast świat tłumaczyć, wolę się nim zadziwiać. Z tego powodu moja życiowa droga jest pełna cudów, czasem tak drobnych, że zauważalnych tylko dla mnie. I niech tak zostanie. Nie wierzę w przypadki. Wierzę w cuda, co zdarzają się tylko tym, którzy w nie wierzą. 


















*Cytowany w tekście przewodnik nosi tytuł "Bułgaria" i jest autorstwa Paula Greenwaya.

*O nocy w Studenicy można przeczytać w poście: 


wtorek, 15 października 2019

SERBIA - PRZEZ GUČĘ DO MACEDONII

Poprzedni odcinek: SERBIA - RELAKS DLA CIAŁA I BALSAM DLA DUSZY - Ovčar Banja
💟 


Bałkany – 34 dni na 34 - tą rocznicę ślubu - odcinek dziewiąty - SERBIA, MACEDONIA 


Dzień podróży: 9 (30.07)


Jak będzie później opowiadał mój mąż, na Bałkanach zauważyliśmy, że każde najmniejsze dobro wniesione przez nas w świat, odpłacało w zwielokrotniony sposób. I to w trybie natychmiastowym. Nie od razu się w tym połapaliśmy.  Na początku to było jak w reklamie, z którą  prawie dwa lata wcześniej wystartowała firma Wawel: „Czujesz się dobrze, czynisz dobrze”. Bo przecież nie ze względu na potencjalne korzyści staraliśmy się być uczynni i przydatni ludziom w tak gościnnym rejonie świata jak Bałkany.

Na zakończenie pobytu w Serbii postanawiamy jeszcze zobaczyć Gučę. I nie dlatego, że zainspirowała nas wycieczka, która znalazła się w czytanym mi odcinkami przez męża wpisie na blogu Dominiki Mróz. My po prostu uwielbiamy trębaczy! Mąż od dawna już marzył o tym, żebyśmy kiedyś przyjechali na ich, odbywający się w Gučy, festiwal. Ale jakoś nigdy nie było nam w takim okresie „po drodze”. 


Teraz też czas jakby nie ten, co potrzeba. Do Festiwalu Trębaczy został jeszcze tydzień, a my właśnie przemieszczamy się do Macedonii. Lecz cóż, ostatecznie uznajemy, że lepiej wcześniej niż wcale:), choćby to się miało skończyć tak, jak w przypadku blogowej historii męża Dominiki Mróz, który ani nie usłyszał w Gučy dźwięku trąbki, ani też nie było mu dane spotkać żadnego trębacza, choć z takim marzeniem się tam udał.



No więc jedziemy, choć to znów nie bardzo na trasie do Macedonii. Po drodze zabieramy z przystanku autostopowiczkę – elegancką panią w średnim wieku, jak się okazuje, boli noga, musi dotrzeć do lekarza w Gučy.


W czasie jazdy kobieta dużo opowiada (po serbsku) o słynnym festiwalu. I nie wiem, czy ją dobrze rozumiem, ale zdaje mi się, że sama przedstawia się jako osoba, biorąca w nim udział. Już czuję się wyróżniona przez los – oto zesłał w nasz samochód trębaczkę z Gučy:). Jeszcze w przedbiegach dostaliśmy więcej niż mąż Dominiki Mróz. 



A potem jest już tylko coraz lepiej. Pani wycałowuje mnie na pożegnanie, a następnie wjeżdżamy do centrum Gučy pod znany pomnik trębacza i ... widzimy cały zespół, złożony z takich muzyków, który akurat wyszedł się fotografować w tym miejscu!



Jesteśmy tak szczęśliwi, jakby ktoś przygotował to widowisko specjalnie dla nas. Panowie ze swymi instrumentami różnej wielkości są nawet wystrojeni w stroje regionalne! A dla mnie przedstawiają one zawsze powód do zachwytu. Fotografuję jak w transie. 


A potem przysiadamy w Cafanie Central na przeciwko pomnika trębacza i... robimy stamtąd dalszą konkurencję profesjonalnemu fotografowi:). No i oczywiście raczymy się przy tym pyszną kawą. W końcu trębacze odchodzą do swoich spraw, a my dziękujemy im w myślach za tę obecność tu i teraz.


Ruszamy dalej przez Gučę, by chwilę potem znów przystanąć, tym razem w miejscu, gdzie odbywa się festiwal. A tam, wewnątrz budynku przy scenie... no nie, nie wierzę... I pokrzykuję z podniecenia natychmiast na męża, który jeszcze nie wysiadł z samochodu. Nakłaniam go, choć nie powinnam, do pośpiechu, bo boję się, że magia nie będzie trwała wiecznie. A chcę, by pochwycił chwilę, o której marzył i on, i mąż Dominiki Mróz.


W budynku jest próba zespołu trębaczy. Siedzimy, słuchamy skocznych dźwięków i nie możemy uwierzyć swemu szczęściu.


- Zdaje mi się, że to ta pani z autostopu bardzo chciała nam podziękować za podwózkę – chyba zaczyna coś do mnie docierać:)

I w tym momencie podróży rozstajemy się z Dominiką Mróz, dziękując za ten wspólnie przebyty odcinek!. Po powrocie do domu widzę kolejny jej wpis na blogu, z którego wynika, że jednak jakiś czas temu udało im się wraz z mężem odwiedzić Gučę w czasie Festiwalu Trębaczy. 


Zachęcam do przeczytania tej relacji, bardzo dużo tam informacji, które można wykorzystać, przygotowując podobny wyjazd. Cieszy mnie spełnione marzenie blogerki i ufam, że nasze też się kiedyś ziści.



Na razie zaś pędzimy dalej. Droga przed nami daleka, bo musimy objechać Kosovo, a Guča pochłonęła jednak sporo czasu. Robimy tylko jedną przerwę w podróży – w Eтно кућа Eрић (fotorelacja) kupujemy wreszcie serbskie wino, co wygląda na obiecującą perspektywę w przeciwieństwie do naszych monastyrskich eksperymentów. Choć finalnie zdaje mi się, że wino było co nieco przereklamowane:).


Do Macedonii zbliżamy się już późnym popołudniem. Zastaję ją taką, jaką pamiętam sprzed lat. Obrośnięte pożółkłą trawą góry sprawiają tak samo surowe wrażenie, jak podczas przejazdów tranzytem do Grecji. 


Po raz pierwszy w podróży decydujemy się jechać autostradą – lubimy wiejskie drogi, przy nich zawsze życie mieszkańców jest bardziej autentyczne, ale zdecydowanie nie mamy ochoty błądzić w środku nocy w poszukiwaniu Monastyru Joakima Osogovskiego, gdzie zarezerwowaliśmy następny nocleg. 


Docieramy tam już po ciemku, na szczęście dojazd jest dość dobrze oznakowany, a Macedończycy chętni do wskazywania właściwego kierunku. Zanim dopełnię rezerwacyjnych formalności, natknę się na życzliwą Serbkę ze Stanów, która pokaże mi, jak zaopatrzyć się w wodę do toalety. Potem poznam też jej polskojęzyczną rodzinę.



W monastyrze tego dnia jest awaria. Po całym dniu w upale, brak wody stanowi dosyć dotkliwie odczuwaną niedogodność. Ale przecież ta podróż jest, by cieszyć... Więc cóż, wprawdzie brudni, ale  uradowani, oglądamy tego dnia przed zaśnięciem jeden z najwspanialszych widoków w podróży. Okna naszego pokoju wychodzą na pogrążony we śnie nocy letniej przepiękny Monastyr Osogowski.
WITAMY W MACEDONII!



Ciąg dalszy we wpisie: MACEDONIA - "TURYSTYKA MONASTYROWA" (Sveti Joakim Osogovski)


ETNO KUCA ERIĆ - fotorelacja
















EDIT
Z ogromną przykrością odkryłam niedawno w internecie film, z którego wynika, że Etno kuca Erić spłonęła w styczniu 2022 roku😭
https://www.youtube.com/watch?v=bmZ6kWEIH7Q&ab_channel=BEOGRADSRBIJA
Dołączam więc zdjęcia nawet najbardziej nieudane, bo i tak chyba stanowią już pewien dokument historyczny, niestety😭
Trzymam kciuki za odbudowę💓