sobota, 11 lipca 2020

MACEDONIA - "TURYSTYKA MONASTYROWA" (Sveti Joakim Osogovski)

Poprzedni wpis: SERBIA - PRZEZ GUČĘ DO MACEDONII 
💟


Bałkany – 34 dni na 34 - tą rocznicę ślubu - odcinek dziesiąty - MACEDONIA
 


Dzień podróży: 10 (31.07)


Rano w hotelu wciąż jest problem z wodą. Nie tyko że po raz kolejny rozwiewa się wizja upragnionej kąpieli, ale nawet skorzystanie z toalety znów rodzi konieczność napełnienia wiader przy restauracji kilka pięter niżej. Podobno taka sytuacja ma miejsce po raz pierwszy w historii obiektu. Na pocieszenie dostajemy pod drzwi parę butelek wody mineralnej do picia, zaś na przeprosiny, podczas wymeldowania, hmm, butelkę monastyrskiego wina:) Tyle, że my się zupełnie nie gniewamy. Tym bardziej, że nie musimy wcale płacić za pobyt. Pierwszy raz w czasie naszych wszystkich podróży zdarza się, aby w zamian za jakąś niedogodność, hotel zrezygnował z zapłaty. To dla nas zupełnie nowe podróżnicze doświadczenie:)


Możemy też przedłużyć dobę hotelową do czasu usunięcia awarii, czyli o jakieś dwie godziny, żeby móc się wykąpać przed dalsza podróżą. Niestety nie mamy tyle czasu i decydujemy, że po śniadaniu (także w gratisie:) oraz zwiedzeniu monastyru, ruszamy w dalszą drogę - wraz z naszym brudem, trzema butelkami wody mineralnej i monastyrskim winem. Ale za to z jakimi wspomnieniami:)


*

Monastyr Osogovski położony jest w górach, jakże cudownie zielonych, wzrok z ulgą wypoczywa po zmęczeniu żółtym krajobrazem dnia poprzedniego. To wyjątkowo piękne miejsce w każdym calu - podoba mi się nasz prosty pielgrzymi pokój, podziwiam cały obszerny kompleks hotelowy, nie mówiąc już nawet o zachwycie nad klasztorem z cerkwią.


Malowidła otaczające wejście do jej środka po prostu mnie urzekają. Jaką wyobraźnię musiał mieć człowiek, który je stworzył, uzewnętrzniając w ten sposób swoją niezwykłą wizję świata. Siedzę pod nimi na ławeczce i siedzę, i wprost nie mogę się napatrzeć na detale tej naściennej sztuki. Nigdy czegoś podobnego nie widziałam.

A z kolei po wejściu do środka nie mogę się oprzeć wrażeniu, że Święty Joakim Osogovski nie spuszcza ze mnie wzroku. Ach, co to za przeżycie. Na pewno tu wrócę, nawet gdybym znów miała się nie myć:)





*

Polskojęzyczna rodzina amerykańskiej Serbki jest przemiła. Spotykamy się po raz kolejny podczas śniadania. Po polsku mówi jej mąż, teściowa i szwagierka. Z ostatnią z nich połączy mnie bliższa więź. Janę zaliczam od tamtej pory do swoich facebookowych znajomych:)





Seniorka rodu opowiada nam jego związaną z Polską historię. To opowieść o wojnie w macedońskiej części Grecji, emigracji do Szczecina i przeprowadzce wraz z mężem i dziećmi do Macedonii Północnej wówczas, gdy było to możliwe. Jana i jej brat urodzili się w Polsce, może już nie tak dobrze pamiętają język jak ich matka, ale rozumieją, co do nich mówimy.



Nie pytaliśmy naszej rozmówczyni o narodowość. Ale to wątek podróży związany zarówno z historią Macedonii, jak i Grecji. 



*
Jakim ciepłym wspomnieniem pozostaje to pierwsze pyszne macedońskie śniadanie, którym delektujemy się w przemiłym polskojęzycznym towarzystwie na restauracyjnym tarasie z widokiem na kopuły monastyru. Seniorka rodu tłumaczy nam, że oto w Macedonii powstał nowy trend, zwany turystyką monastyrową. Zdziwieni stwierdzamy, że z naszymi obecnymi planami właśnie się w niego wpisujemy. Najbliższe noclegi mamy zaplanowane w Monastyrach Treskawiec i Sveti Naum. Rzeczywiście pierwsze trzy dni (noce) w Macedonii stały się naszą turystyką monastyrową, nawet, jeśli o niej wcześniej nie słyszeliśmy.



Ale mamy w związku z tym pewien problem: 'nocleg w Treskavcu' zaplanowaliśmy na podstawie informacji z bloga, który się pojawił jako pierwszy po wpisaniu powyższego hasła w google. Nie do końca odrobiliśmy lekcję związaną z przygotowaniem do podróży, naprawdę nie było czasu na wiele więcej. Ale ucieszyło nas, gdy przeczytaliśmy w blogowym wpisie: W Treskavcu goście mogą liczyć na bezpłatny nocleg w skromnie zagospodarowanych pokojach.https://dwakapi.pl/macedonia-klasztor-treskavec/ 
Podjęliśmy natychmiastową decyzję, choć jej przesłanki były tylko kruchym lodem, po którym nie powinno się stąpać. Intuicyjnie jednak czuliśmy, że o takie miejsce w tej podróży właśnie nam chodziło. Oczywiście, gdyby ten plan nie wypalił, to na wszelki wypadek w bagażniku podróżował z nami cały sprzęt turystyczny: od namiotu, karimat i śpiworów po stoliczek i krzesełka turystyczne. Ale nie jesteśmy już młodzieniaszkami, średnio czujemy się w płóciennym domku i oczywiście wolelibyśmy mieć prawdziwy dach nad głową.


I tu z pomocą wkracza Jana wraz ze swoim facebookiem i jego możliwościami. Szybko pisze wiadomość do Monastyru w Treskavcu. Zanim skończymy śniadanie, nadchodzi upragniona odpowiedź. Treskavcowy mnich wyjechał, ale przenocować można. Hurrra! Szczęście nam sprzyja. Nie dość, że mamy nocleg, to jeszcze poznaliśmy Janę o wielkim sercu. Na facebooku oglądam fotografie jej psów i słucham opowieści o tym, jak im pomaga. To niesamowite, jakich ludzi przynoszą nam podróże. Takich rzeczy po prostu zaplanować się nie da.


Z kolei brat Jany pokazuje mi na swoim aparacie fotografie ptaków. Są wprost zjawiskowe, od razu rozpoznaję zawodowca. I wcale się nie mylę, fotograf ma na swoim koncie ptasi film wyemitowany przez CNN. Ale też sprzęt, który leży sobie obok talerza z serami na kawiarnianym stoliku robi wrażenie, jakby za niego można było kupić połowę monastyrskiego hotelu. To pierwszy, lecz nie jedyny, fotograf ptaków, którego poznamy w czasie tej podróży. To śniadanie pod Monastyrem Osogovskim w ogóle jest w naszej wakacyjnej przygodzie jak moment zawiązania wielowątkowej akcji. Cóż, musimy się w nią wreszcie włączyć, choć z przyjemnością byśmy jeszcze spędzili czas z przemiłą rodziną i pogrążali się w nicnierobieniu. Dobrze nam tu, gdzie Święty Joakim ma na nas oko i z ociąganiem zbieramy się w dalszą podróż.



Matka Jany radzi, by po drodze wstąpić do monastyrów w Strumicy i ... (nie pamiętam nazwy - uzupełnię, jak tylko Jana mi ją poda, napisałam do niej w tej sprawie na messengerze). To taka rada - prezent dla mojego męża, który jakby nie było, zaliczył jeden semestr kursu malowana ikon. To nic, że na razie nauczył się tylko malować tło w postaci domków i skałek:) - miłość do tego rodzaju sztuki prowadzi nas właśnie po Bałkanach. Mama Jany jest pewna, że wskazane przez nią miejsca będą dla męża wyjątkową inspiracją.
Brakuje słów, by podziękować przemiłej polskojęzycznej rodzinie dawnych uchodźców wojenych za to spotkanie w podróży. Już sam fakt nieoczekiwanego zetknięcia, w zagubionym daleko od świata zakątku Północnej Macedonii - z polską historią w tle, sprawił ogromną radość. Nadszedł czas pożegnania ze wspaniałymi ludźmi, choć na pewno nie z opowieściami o Grecji i emigracji. To pierwszy, lecz nie ostatni grecki motyw naszej podróży. 
Grecja wzywa męża do powrotu już od kilku lat, nie udało się jej jednak “wcisnąć” w bogaty program tegorocznego wyjazdu. Mimo to odciśnie ona wyraźne piętno na obecnej wakacyjnej przygodzie, która zaskoczy nas jeszcze niejedną grecką niespodzianką.


*
Kto jest ciekaw tematu migrantów z Grecji w powojennej Polsce, temu mogę polecić artykuł pod tytułem: Przyjęliśmy 14 tysięcy greckich uchodźców. Dziś ich potomek mówi: Polacy nie uczą się z własnej historii” - publikacja na stronie: https://wiadomosci.onet.pl/tylko-w-onecie/przyjelismy-14-tysiecy-greckich-uchodzcow-dzis-ich-potomek-mowi-polacy-nie-ucza-sie-z/tyqzb1z
To wywiad z Dionisiosem Sturisem, który, jak wynika z artykułu, jest autorem "Nowego życia", czyli książki o tym, jak Polacy pod koniec lat 40. XX wieku pomagali uchodźcom z Grecji.
Albo też, spragnionym bardziej rozrywkowego klimatu, mogę zaproponować piosenkę potomkini tamtego pokolenia Greków. W czasach mojej młodości bardzo popularna grecka piosenkarka o obcobrzmiącym imieniu Eleni zaczęła swoją karierę przebojem, rozpoczynającym się od słów: Po słonecznej stronie drogi..."(*)

*



Niestety, nawet ogromne umiłowanie do ikon i sztuki ich malowania nie zaprowadzi nas tego dnia do monastyrów w Strumicy i ... (no tego drugiego, na którego nazwę czekam:). Nie mamy tyle czasu. Tym bardziej, że chcemy jeszcze po drodze zobaczyć obiekty sakralne w okolicy.



No i choć może nie był to najlepszy wybór, bo pierwszy z nich (Cerkiew Świętego Jerzego) był zamknięty na głucho, a drugi (Monastyr Świętej Trójcy), mimo że ładny, wyglądał, jakby go zbudowano  tuż przed naszym przyjazdem, to i tak byliśmy zadowoleni. 


Bo w drodze do nich mieliśmy kilka zaskakujących spotkań: smutne - z niewydojoną kozą, radosne - z bardzo przyjaznym osłem, który wybiegł nam na przywitania prawie prosto pod koła, a jego śmiech był po prostu niezapomniany, a na koniec z bardzo przyjaznym pasterzem, równie niezapomnianym. 





Miło było słuchać jego opowieści - o podobieństwie języków, rozumieniu polskiego, a także poznać historię pożarów, które przyszły z Bułgarii i spustoszyły okolice.


Niestety, znów czas się żegnać - ponownie odjeżdżamy z niedosytem po kolejnym spotkaniu w podróży. Jedziemy w stronę gór, tak wysokich i poszarpanych, że aż trudno nam uwierzyć, iż nasza trasa zaprowadzi nas gdzieś między ich szczyty. Po drodze mamy niezwykle burzliwą dyskusję, na temat polskiej nazwy dla osoby, która tworzy ikony. 
Ikonopis - upieram się przy takim słowie. Jest niecodzienne, zabarwione kolorytem Wschodu, w moim odczuciu oryginalne. Mąż stoi na stanowisku, że to rusycyzm i że trzeba szukać polskiego odpowiednika. Czyli, że jak? Malarz ikon - jakże to brzmi pospolicie, niewiele lepiej od sformułowania “malarz powierzchni ściennych”, nie oddając wcale specyficzności i mistycyzmu profesji. Z kolei ikonopisarz to dla mnie jakiś potwór językowy, dosłowne tłumaczenie robi z twórcy taką nazwą prawie dziwoląga. Inne określenia na zasadzie opisu czynności też do mnie nie przemawiają. Ikonopis i już - dla mnie to właśnie tak zostanie.



W takiej atmosferze semantycznego sporu dojeżdżamy wreszcie do Prilepa. Przed odosobnieniem się w górach, skrywających Treskavec, musimy jeszcze się posilić. Stajemy pod pierwszą lepsza knajpą przy drodze i to okazuje się strzałem w dziesiątkę. Jakie wspaniałe uwijacze (zarówno pileszki, jak i swinski) serwują w restauracji Alszan (o ile dobrze rozszyfrowałam jej nazwę z macedońskiego:). Kto spróbuje, ten nie pożałuje. A do tego wino domu (Vinery Dalvina) - podawane do stołu w półlitrowych karafkach. Pierwsza macedońska degustacja - i od razu zachwyt.



Ale możliwe, iż to po prostu dlatego, że znów zachwyca mnie właściwie każda rzecz na naszej drodze. Albo może powinnam napisać bardziej precyzyjnie, że zachwyca mnie właściwie każda rzecz na naszej słonecznej stronie drogi. To był taki dobry dzień, wszystko mnie cieszy i do wszystkiego jestem nastawiona pozytywnie.
Mąż kierowca nie może pić? Nic nie szkodzi, wypiję za niego:) To, że po zmęczeniu podróżą i temperaturze, powodującej omal przegrzanie, wino uderza do głowy jak rzadko kiedy - to też nic nie szkodzi. Jest przecież wspaniale, widać już monastyr, do którego wspinamy się jakże niewiarygodną w swej urodzie dróżką. Nastrój mam taki, jakbym po winie w Prilepie nabawiła się epizodu manii i na takiej nastrojowej górce docieram do Treskavca.

O tym, że miał tam miejsce pożar, wiedzieliśmy z internetu, a także od rodziny Jany. Cerkiew jest mocno uszkodzona, ale wokół niej widać postępujące ślady remontu. Niektóre z otaczających ją zabudowań są już w znacznej mierze doprowadzone do stanu, w którym widać, jak będą wyglądały w przyszłości i to właśnie tam postanawiamy urządzić sobie bazę noclegową. W pomieszczeniu z widokiem na cerkiewne wejście (bo wiadomo, widoki przede wszystkim:) rozkładam nasze koce i poduszki, karimaty i śpiwory też doczekały wreszcie w tej podróży opuszczenia bagażnika. Jesteśmy przygotowani do noclegu.
I wtedy zjawia się mnich. Zauważam go, idąc do cerkwi. Cieszę się, że jednak powrócił na nocleg w swoim monastyrze. Wciąż w mega uniesieniu doganiam naszego gospodarza, bo jednak dobre wychowanie wymaga, by przedstawić mu osoby, które będą dziś u niego spały. Pytam, czy pomieszczenie, które wybrałam na nocleg jest odpowiednie i czy nie ma nic przeciwko temu?
I słyszę, że ma. Nie możemy tutaj nocować, bo on jest odpowiedzialny za bezpieczeństwo podczas prac remontowych. Po prostu to wbrew przepisom.
Ale jak to? Przecież pisaliśmy (Jana) na facebooku i dostaliśmy zapewnienie, że możemy tu spędzić noc, czyż nie? Mieliśmy zgodę - sytuacja mnie przerasta i wciąż do mnie nie dociera, co mówi mnich. Patrzy na mnie z wyrozumiałą cierpliwością, gdy ja jak katarynka powtarzam swoje, nie mogąc ogarnąć tego, co się dzieje: przecież ta prośba na facebooku, pozytywna odpowiedź, byliśmy pewni, że to wszystko ok, no co jest? Czy mnich tego nie rozumie? Facebook, drogi Mnichu, przypomnij sobie, facebook...
- Ale my tu nie mamy facebooka - słyszę odpowiedź.
O, nie!


*
Długo nie docierało. Może to macedońskie procenty, a może zbyt to było piękne i wyczekane, żeby tak po prostu dać się wyprosić. W końcu dotarło. Mnich wyjaśnił, że mają kłopot, bo ktoś w internecie podszywa się pod ich monastyr. Usłyszałam w głowie trzask walących się marzeń.
Podkuliłam ogon. Próbując jeszcze ratować ich okruchy, pokornie spytałam, czy w takim razie możemy rozłożyć się przed bramą (na zewnątrz monastyru), widziałam tam ławeczki (bo rozkładanie namiotu po ciemku przekraczało nasze możliwości). Tak, na to uzyskałam pozwolenie bez trudu. Mnich skierował się do bramy i zapalił tam dla nas światło.
- Nie trzeba, nie jest nam potrzebne - gorliwie zapewniam, nie chcąc już sprawiać więcej kłopotu. Mnich zgasił światło. Spojrzał na mnie i chyba wyobraził sobie moje pomieszane uniesienie z gorliwością, zagubione w ciemnościach nocy za bramą klasztoru. Jeszcze chwilę się wahał. A potem machnął na mnie ręką...

W taki oto sposób zdobyłam zgodę na zanocowanie w jednym z najbardziej niesamowitych miejsc, z jakim się kiedykolwiek zetknęłam. W duchu podziękowałam macedońskim procentom, które nie pozwoliły tak łatwo uwolnić się mnichowi od mojej obecności. Które kazały mi za nim dreptać i na okrągło tłumaczyć to, co było raczej niewytłumaczalne.

Hurrra! Szczęście naprawdę nam sprzyja. Przede mną jedna z niewielu w moim życiu nocy pełnych nieziemskiej magii.




(*) Do wysłuchania:
Po słonecznej stronie drogi,
Którą dobrze razem iść.
Po słonecznej stronie życia
Jest mój dom i jesteś ty.

Tak daleko i tak blisko,
Tam, gdzie lat dziecinnych ląd
Po słonecznej stronie życia
Serca bicie, ciepło rąk
(Eleni - “Po słonecznej stronie życia”)


Ciąg dalszy we wpisie: MACEDONIA - NOC PEŁNA NIEZIEMSKIEJ MAGII (Treskavec)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz