Poprzedni wpis: MACEDONIA - NOC PEŁNA NIEZIEMSKIEJ MAGII (Treskavec)
💟
Bałkany – 34 dni na 34 - tą rocznicę ślubu - odcinek dwunasty - MACEDONIA
Dzień podróży: 11 (01.08)
Ostatni etap naszej “turystyki monastyrowej” to podróż z Treskavca do Svetego Nauma. To trochę taka droga nad przepaścią między dwoma światami: zrujnowaną cerkwią na odludziu z podnoszącym się ze zgliszcz domem pielgrzyma i megaturystycznym, opływającym w dostatki, miejscem nad brzegiem Jeziora Ochrydzkiego z trzygwiazkowym, drogim hotelem.
Ja rankiem po pełnej magii nocy i krótkim śnie na karimacie rozłożonej na betonowej posadzce czuję się cudownie. Ale jak patrzę na mojego biednego męża, który ledwo się wdrapał z pomocą kul po zrujnowanych kamiennych blokach do naszej ostatniej “sypialni”, to wiem, że zasłużył sobie na trzygwiazdkowe, drogie łóżko.
Tym bardziej, że do tego następnego noclegu dołoży się Energizer, który we współpracy z Booking.com robi taką promocję dla tych, którzy kupili sobie baterie na wakacje (a to zarówno ja, jak i mąż). Czyli, że nas na taki luksus stać - nawet przy dosyć napiętym budżecie.
W samoobsługowej prodawnicy zostawiamy datek za gościnę tej nocy. Ale i tak uważamy, że to, co w tym miejscu otrzymaliśmy w zamian jest bezcenne.
Żegnamy się z naszym wspaniałym gospodarzem. Zaprasza nas za rok, obiecuje, że wtedy dom pielgrzyma (konak) będzie już działał. Podobno w akcję odnowy tego wyjątkowego zabytku włączyło się państwo. Rzeczywiście od wczesnego ranka ekipa remontowa szaleje na rusztowaniach.
Znów mam problem, by dobrać słowa, które wyrażą, jak bardzo jestem wdzięczna za ten niesamowity nocleg. Więc swoją angielszczyzną do kitu, nadrabiając za to sporym entuzjazmem, próbuję oddać przekaz o spełnionych marzeniach.
- To miejsce jest absolutnie magiczne - kończę w uniesieniu. W tym momencie mąż przeżywa zaniepokojenie - no bo jak to tak - chyba to mało stosowne wyrywać się z magią do mnicha? Pewnie i racja, ale mój zachwyt i tak został doceniony. Mnich uśmiecha się dobrotliwie, widząc, że jego wczorajsza decyzja mogła kogoś tak dalece uszczęśliwić.
Uszczęśliwieni więc odjeżdżamy z Treskavca. Nie za daleko. Na pobliskim wzgórku jest najwspanialsze miejsce śniadaniowe, jakie można sobie wyobrazić. Oczywiście z najwspanialszym widokiem na monastyr i całą okolicę (wiadomo, widoki przede wszystkim:). A w naszej turystycznej lodówce pozostały jeszcze uwijacze z Prilepa i nawet przywiezione z Serbii wino. Jakiż to niesamowity początek dnia ❤️. I po co komu drogie trzygwiazdkowe hotele:)?
I tak się jakoś ociągamy z wyruszeniem do tego naszego, a potem jeszcze po odjeździe zatrzymujemy się milion razy, by zrobić na każdym z tych przystanków milion kolejnych ujęć klasztoru z coraz to dalszej perspektywy (i milion kolejnych widoczków po drodze) - fotorelacja 1.
Wreszcie za milion pierwszym razem kolana zmęczone wchodzeniem i wychodzeniem z auta mówią: dosyć! Jesteśmy już w kotlinie Prilepu, pora wreszcie ruszyć w drogę na poważnie.
Oczywiście nie byłaby to “turystyka monastyrowa”, gdybyśmy nie nastawiali się na zwiedzanie obiektów sakralnych po drodze (w związku z tym ruiny zamku w Prilepie ominęliśmy, ale też temperatura nie zachęcała do wspinaczki na wzgórze - było już omal południe z całym jego bałkańskim, niemiłosiernym upałem).
Odwiedziliśmy za to Monastyr Sveti Spas (fotorelacja 2) Jaką notatkę o nim zrobiłam po drodze?
Sveti Spas - sprawiający wrażenie zaniedbanego, ale słodki w swych odcieniach jasnoniebieskich na tle bielonych ścian. A sama świątynia - mnóstwo ikon, ale cóż, mam nadzieję, że Treskavca nie odnowią w taki sposób, by przypominał to miejsce...
Hmm, to jedziemy dalej, kierując się znakami na Monastyr Wasilija Wielkiego. Nie udaje nam się jednak tam dotrzeć - droga nas wyprowadza wysoko, wysoko w górę (znów nie wierzyliśmy wcześniej, że tam się wjeżdża) wprost do Kruszewa, tylko po to, żebyśmy później mieli znacznie dalej do Bitoli. A pomyśleć, że na mapie jest zaznaczona do niej krótsza i zupełnie prosta trasa.
Morze zieleni, wysokie góry, dość konkretne odludzie, zdaje się, że tu mieszkają tylko same niedźwiedzie...
Hmm, na szczęście po tej wyprawie wysokogórskiej droga wiedzie dalej dolinką wątłego strumyka. Już więcej nie uda nam się w przejeździe zwiedzić żadnego monastyru. Pierwszy z mijanych (Sv. Nanji) jest znów z gatunku takich wybudowanych jakby wczoraj, mąż nawet nie chce do niego zakręcić.
Monastyr Sv. Atanazy
Drugi (Sv. Atanazy) ma na bramie wejściowej napis: zvoni, počekaj. Decydujemy, że jednak nie będziemy się dobijać o przewodnika, który nas wprowadzi do środka - nie chce nam się počekać po zvonieniu, przed nami jeszcze szmat drogi, a czasu niewiele.Nie wiem, czy mieszkańcom podoba się tak samo, jak nam to, że domostwa miejscami się rozpadają, a część jest w ogóle opuszczona - pewnie woleliby mieszkać we wsi zadbanej i bogatej, ale nas taka autentyczność po prostu urzeka.
Takich miejsc w oddaleniu od cywilizacji, ze sznurami rozwieszonych na murach, suszących się liści tytoniu i znakami drogowymi dla osiołków już po prostu nie ma. Przynajmniej w znanym nam świecie. Jeszcze zdążyliśmy zobaczyć to, co jak się wydaje, tak prędko może zniknąć z powierzchni ziemi.
Poruszeni, rozprawiamy długo po drodze na temat utrwalania na fotografiach obrazków, które być może mieszkańcy woleliby ukryć, a potem na przedmieściach Bitoli widzimy kolejny świat niedzisiejszy - cygańskie obozowisko. Tu już absolutnie nie próbujemy fotografować, nawet z ukrycia.
Nie zatrzymaliśmy się w Bitoli. Przypomnieliśmy sobie o upływie czasu i pognaliśmy dalej. Wkrótce mogliśmy już oglądać Jezioro Prespa (fotorelacja).
No więc zrobiliśmy sobie jedynie parę pamiątkowych fotek i ruszyliśmy nad Jezioro Ochrydzkie. W górę, w górę i, no nie, te szczyty to już na pewno będziemy objeżdżać, no przecież to niemożliwe, żeby droga prowadziła właśnie tędy.
A jednak prowadziła. Okazało się, że jesteśmy w Parku Narodowym Galiczica. Z niebotycznym zachwytem zaliczamy kolejny opad szczeny na Przełęczy Lipova Livada (1568m npm), a potem kolejny, gdy nagle naszym oczom ukazuje się w dole lustro wody.
Co prawda, widoczność jest taka sobie, ale i tak to, co widzimy, robi niewiarygodne wrażenie. Macedończycy nazywają to jezioro Morzem Ochrydzkim? Tak, przy tej widoczności miejscami nie widzimy drugiego brzegu:)
Znajdujemy fajne miejsce piknikowe, stoliczki, ławeczki, ale w hotelu czeka na nas obiadokolacja (tak, to pobyt z wyżywieniem:), więc raczej nie ma sensu wypróżniać naszej turystycznej lodówki, gdy już jesteśmy prawie u celu. Wystarczy tylko zjechać z góry...
Dojeżdżamy akurat w najlepszą porę - przed kolacją zdążymy jeszcze zwiedzić monastyr, dla którego tu przyjechaliśmy (ale o tym już we wpisie następnego dnia) i wziąć wymarzoną kąpiel.
Recepcjonistka przy zakwaterowaniu oznajmia mi, że mam najlepszy pokój w hotelu - to upgrade do suite executive! Nie wiem znów, jak dziękować. Po raz pierwszy zdradzam obsłudze hotelowej, że to podróż związana z 34 rocznicą ślubu.
Ale chcę, żeby Ci mili ludzie wiedzieli, jaki prezent mi podarowali na tak ważne dla mnie święto i ile to dla mnie znaczy. Recepcjonistka wygląda na ucieszoną tym faktem nie mniej ode mnie. A ja znów rozpływam się w zachwycie.
Bo i wszystko w Sveti Naum mnie oszałamia - suita, widoki i pierwsza od tylu godzin kapiel są po prostu boskie, kolacja z mavrowskim pstrągiem przewyborna, a zachód słońca na tarasie restauracji zjawiskowy.
Nacieszyć się tym po prostu nie mogę. Aż do nocy, gdy wreszcie ogarnia mnie ogromne znużenie. Sveti Naum powoli pustoszeje, robi się coraz ciszej. W końcu zostajemy tylko my i zachwycające pawie, które są tu stałymi i licznymi mieszkańcami.
Pora powiedzieć dobranoc.
FOTORELACJA 1 - droga z Treskavca
FOTORELACJA 2 - Monastyr Sveti Spas
FOTORELACJA 3 - wioska z czerwonego kamienia
FOTORELACJA 4 - Jezioro Prespa









Brak komentarzy:
Prześlij komentarz