czwartek, 16 lipca 2020

PERŁY MACEDONII (Ochryda, Struga)

Poporzedni wpis: MACEDONIA - DZIEŃ ZBUDZONY PRZEZ PAWIA  (Sveti Naum)
💟




Bałkany – 34 dni na 34 - tą rocznicę ślubu - odcinek czternasty - MACEDONIA 


Dzień podróży: 12-14 (02 - 04.08)

W naszym macedońskim pensjonacie nad jeziorem Ohryd (fotorelacja 1) zrobiliśmy rezerwację na pokój delux. To ładne i słodkie w kolorach pomieszczenie, jednak bardzo malutkie (foto w poprzednim wpisie). 


Będziemy wspominać potem ze śmiechem, że przejście na balkon między naprawdę dużym i wygodnym łóżkiem, a rzędem mebli ze stolikiem, lodówką i krótką szafką, z braku miejsca musieliśmy pokonywać..., przeciskając się bokiem:).



Chyba jesteśmy pierwszymi mieszkańcami naszego pokoju. Z powodu “wchodzenia dopiero na rynek” zarezerwowaliśmy noclegi w dobrej cenie tuż po ukazaniu się obiektu w internecie. Przynajmniej takie mam wrażenie. Nowość niewątpliwie jest wielką zaletą - miejsce naprawdę prezentuje się czyściutko i świeżo. Choć wszystko wymaga jeszcze dopracowania.

Mamy czajnik (tak, nowy), ale brakuje kubków na kawę, jest balkon (wciąż ze śladami niedawnych prac budowlanych), ale zupełnie nieumeblowany, wreszcie są lampki nocne (też pachnące nowością), ale bez żarówek:). Ale co tam, nie udało mi się jak dotąd przeczytać w tej podróży ani jednej strony z przewodnika po Macedonii, to i tutaj nie muszę tego robić. Zwłaszcza nocą.

Kącik kawowy za to mieć muszę! I jakoś udaje mi się go zorganizować za pomocą wyposażenia i dekoracji tutejszej restauracji. No i też zakupiony przez męża przed wyjazdem składany stoliczek turystyczny wreszcie mógł się przydać:).

Wyparzam kubki i czajnik, zrywam folię, która ochrania lodówkę (tak, też nową:), z foliowej torby robię kosz na śmieci, no i już możemy tu mieszkać.😄

Jest fajnie, podoba mi się❤️ 


Mamy miłych gospodarzy, restauracyjne stoliczki, ocienione wielkimi parasolami, które są rozłożone na trawie prawie nad samą wodą, kuchnia serwuje dobrą zupę rybną (przynajmniej mąż tak twierdzi, bo ja oczywiście zupę rybną jem wyłącznie w Lożnicy:). Mnie zachwyca przystawka - do chleba podano nam coś, co nazywa się makało (podobno składniki to biały ług i majonez - według przepisu gospodarza). 

Tylko wina w karafce nie ma, a butelkowane bardzo drogie, podobno koncesja i te rzeczy, jak tłumaczy kelnerujący pan domu. No cóż, trzeba będzie sięgnąć po chilijskie, które jeszcze, zabrane na drogę, ostało się w czeluściach naszej turystycznej lodówki:)




*
No ale przecież nie można przez cały pobyt popijać wina na balkonie, patrząc na wodę;). Następnego dnia po przyjeździe jednak decydujemy się jechać do Ochrydy (fororelacja 2). No bo jak to - być tutaj i nie zwiedzić “perły Macedonii”, jak nazywa się ją na stronie https://www.rego-bis.pl/blog/macedonia-polnocna-nie-tylko-jezioro/? 


Według słów autora tego tekstu: To największe miasto zlokalizowane nad jeziorem, cechujące się nie tylko pięknym widokiem na błękitną toń, plażami, restauracjami i kawiarniami, ale też przepiękną, klimatyczną starówką oraz możliwością zakupu wyjątkowej perły ochrydzkiej, występującej tylko tutaj” (cóż, nie trzeba już koniecznie czytać obciążających bagaż przewodników - jeżeli mamy bezpłatne wi-fi, to internet jest chętny udzielić każdej informacji, jaka jest potrzebna:).


Oczywiście chciałabym zakupić tego typu pamiątki dla moich dziewczyn, w pełni na to zasługują. Jednak szybko się poddaję, bo wizja targowania się ze sprzedawcami skutecznie mnie odstręcza, a cen w żadnym miejscu nie mogę uświadczyć. 


Nie znoszę takiego sprzedawania, gdy są one ustalane na podstawie wyglądu wchodzącego do sklepu klienta. Choć może, zważywszy na to, jakie stroje spakowałam do bagażu na całą podróż, to miałabym tego dnia największe szanse w całej Ochrydzie, by kupić taniej niż inni;)


Z drugiej strony, gdy po powrocie do domu czytam o sposobie wytwarzania perły ochrydzkiej, to zastanawiam się, czy jednak nie lepiej postawić na te pozyskiwane w tradycyjny sposób. No cóż, te z Ochrydy powstają w wyniku działania ludzi, a nie perłopławów (choć nie przeczę, że z naturalnych surowców). W artykule na stronie:  https://www.krajoznawcy.info.pl/sztuczne-perly-i-perly-architektury-66307 nazywa się je wprost sztucznymi perłami.
*



Ochryda robi dobre wrażenie, powiedziałabym nawet, że wydała mi się najładniejszym miastem, które widziałam do tej pory w podróży. Parkujemy na nietanim parkingu tuż przy porcie ze stateczkami wycieczkowymi w samym centrum (ale wszystkie pozaparkingowe miejsca dla niepełnosprawnych są zajęte, w ogóle ciężko tego dnia zaparkować gdziekolwiek) i oczywiście zwiedzanie zaczynamy od budowli sakralnych.


Idziemy do cerkwi Świętej Zofii - na czuja, bo nigdzie nie znajduję czegoś w rodzaju informacji turystycznej (jak zresztą w całej Macedonii). Podążamy więc za strumieniem ludzi płynącym wzdłuż jeziora i bardzo ładnymi uliczkami Starego Miasta, bez trudu, jak się okazuje, docieramy na miejsce.


A tam takie freski, które kolejny raz w tej podróży po prostu zwalają mnie z nóg. Inne od wszystkich widzianych uprzednio. Może dlatego, że cerkiew była początkowo katedrą biskupów bułgarskich i to ich upodobania wyznaczyły kierunek prac artystycznych, określiły obowiązujący nurt sztuki sakralnej w tym miejscu, możliwe, że także wpłynęły na wybór pochodzenią, czy też narodowości malarzy. Chciałoby się tu siedzieć i przyglądać  malowidłom bez końca, ale przecież parking naprawdę drogi, a my ze zmęczonym mężem, poruszającym się przy pomocy kuli, mamy tempo wolniejsze od wolnego.

Kierujemy się więc dalej we wcześniej obranym kierunku i niesamowicie malowniczym przejściem nad samą wodą zmierzamy w kierunku cerkwi Świętego Jana Kaneo. To drugi obowiązkowy punkt zwiedzania w naszym programie wycieczki.



Mój dzielny mąż dociera aż pod klif, bardzo jestem z niego dumna. To naprawdę dla niego daleka droga i ogromny wyczyn. Wysoko w górze widać już fragment cerkiewnych murów. Wyprawiam się tam przodem, by sprawdzić, czy cerkiew jeszcze otwarta. I u celu Bogu dziękuję, że zamknięta. Mam wrażenie, że mężowi, który tyle przeszedł, wkładając w to niezwykły wysiłek, byłoby szczególnie przykro, że nie może jej zwiedzić, tylko dlatego, że po prostu nie ma już więcej sił, by wspiąć się po prowadzących do świątyni dziesiątkach schodów. Teraz przynajmniej to można zrzucić na karb siły wyższej - no cóż, dziś jest za późno na zwiedzanie:). 


Gdy wracamy, to w Cerkwi Św. Zofii trwa nagrywany dla telewizji koncert

Do Ochrydy przyjechaliśmy po południu i teraz, w związku ze spowolnionym tempem pokonywana odległości, powoli zmierzch zaczyna towarzyszyć naszemu spacerowi. Zwiedzanie wnętrza cerkwi Świętego Jana Kaneo trzeba odłożyć na lepszy czas - może kiedyś uda się opracować krótszą i wygodniejszą trasę, a może Święty Atanazy wyprosi jakieś uzdrowienie...


Nie wiem, czy cerkiew jest zawsze tak oświetlona, czy ma to tylko związek z koncertem

Gdy wracamy, to robi się już całkiem ciemno. Chcemy odpocząć nad samą wodą przy stoliku, otoczonym krzesełkami z czerwonymi kocykami dla klientów (na przeciwko hotelu Aleksandrija). Ale gdy wreszcie udaje nam się upolować wolne miejsce, to kelnerka oznajmia nam, że nie ma kawy frappe (mimo takiej pozycji w karcie). Ani żadnej innej. Niczego się tu tego wieczoru nie napijemy. 
Na wieczornym koncercie;)


Podejrzewamy, że w tej restauracji tak trudno o miejsce na zewnątrz, iż szkoda je marnować dla tych, którzy nie jedzą tu wieczorem drogich ryb. Abstrahując od cen, zamawianie tutaj tego typu dań  wydawałoby mi się pewnym nietaktem wobec naszego gospodarza, też prowadzącego przecież restaurację rybną.


Cóż, zwalniamy stolik dla klientów z zasobniejszymi portfelami i większym apetytem (my wciąż mamy pełne brzuchy po street foodzie typu świeżo smażona góra drobnych pączków). Pora się stąd zbierać. Płacimy za nietani parking (4 godziny postoju) i wyjeżdżamy z centrum Ochrydy. W samą porę - chyba cała Macedonia wyszła na ulice tego miasta, gdy zapadła noc. Bogu dziękuję (i Świętemu Atanazemu:), że mogę stąd odjechać w nasz spokój. Hmm, jeszcze nie wiem, jaka niespodzianka nas czeka po powrocie do pensjonatu...
*
Po macedońsku:)

I po albańsku:)

Tej nocy nie słyszymy dyskoteki ze Strugi. Bardzo skutecznie zagłuszają ją lokalne imprezy. W drugim budynku po prawej stronie od nas odbywa się macedońskie wesele. Miła dla ucha bałkańska muzyka rozbrzmiewa na całą okolicę. Goście wraz z orkiestrą wychodzą na naszą ulicę, gdzie tańczą wkoło coś, co momentami przypomina mi nawet grecką zorbę. Śpiewają przy tym melodyjne pieśni i powiewają czerwoną  flagą z żółtym słońcem.



Natomiast za trzecim domem w lewo odbywa się albańskie wesele. Tu stoliki rozłożone są na zewnątrz budynku, który zdobi olbrzymia czerwona flaga z czarnymi orłami. Gdy podchodzę w tamtą stronę, to widzę, że panowie grzecznie siedzą przy stoliczkach, pijąc piwo. Natomiast panie w strojnych, balowych sukniach tańczą pod sceną w kółeczku. Na jej środku rozłożyła się orkiestra wraz z solistką, która przez długie godziny wyśpiewuje jakieś trudniejsze w odbiorze dla europejskiego ucha albańskie przeboje weselne. W naszym pokoiku nad restauracją rybną chwilami to odczuwamy tak, jakbyśmy byli w samym centrum konkursu na jak największą ilość decybeli. No ale cóż, niech się ludzie weselą, jak mają powody. Lepiej słyszeć radość niż mieć inne powody do niespania.

Mimo ogromnego hałasu zasypiamy w końcu tej nocy, bo pobyt w Ochrydzie nas zmęczył okrutnie. A o świcie... mąż budzi mnie, bym zobaczyła wschód słońca nad jeziorem:).



Otulona w kołderkę, słuchając ptasiego popiskiwania w szuwarach na brzegu, patrzę z naszego własnoręcznie umeblowanego balkonu, jak kula pełna światła podnosi się zza gór i maluje coraz bardziej widoczną słoneczną smugę na wodzie. Tak, takie chwile z podróży najbardziej utrwalają się w mojej pamięci. Odeśpię je potem w drodze. To już dzień naszego wyjazdu z Macedonii.



Jeszcze tylko zwiedzimy cudowną wykutą w skale cerkiew Śv. Bogarodzicy w pobliskiej Kalishcie (fotorelacja 3). Jeszcze tylko pospacerujmy po otaczających ją zabudowaniach przy jeziorze. Jeszcze tylko kupimy pamiątki i od razu kilka butelek wina, wreszcie macedońskiego, w przycerkiewnym sklepiku. Jeszcze tylko sprawdzimy sąsiadujący z zabudowaniami świątynnymi pięciogwiazdkowy hotel z aquaparkiem - a nuż kiedyś udałoby się przywieźć tutaj dzieciaki? Jeszcze tylko ostatnia miejscowość turystyczna przy granicy z Albanią - może ją obejrzymy pod kątem następnego przyjazdu?



I jeszcze tylko tysiące innych powodów, które odwlekają nasz wyjazd z Macedonii... Albo inaczej - to nie one odwlekają nasz wyjazd - to nam trudno się rozstać z tym krajem, z którym doświadczyliśmy w tak krótkim czasie tak niezwykłego bogactwa przeżyć.

Nie odjeżdżamy daleko, następne noclegi mamy nad tym samym jeziorem, nawet na tym samym jego brzegu. Gdyby nie trzeba było nadłożyć drogi (ale też nie jakoś przesadnie) do przejścia granicznego, to w zasadzie byłby to przysłowiowy rzut beretem.


Ale jednak Macedonię trzeba pożegnać. A przecież nie wiemy, na jak długo. 
Hotel Izgrev z aquaparkiem


Ciekawe, ile dni powinna trwać taka podróż, żeby z każdego miejsca nie odjeżdżać z poczuciem niedosytu? Cóż, teraz trzeba je zabrać z sobą w dalszą drogę. 34 dni na podróż po Bałkanach to najwyraźniej za mało. Upycham niedosyt między torbami podrożnymi. Pojedzie z nami w dalszą drogę, innego wyjścia po prostu nie ma...


MACEDONIO ŻEGNAJ! 



Ciąg dalszy we wpisie: PO DRUGIEJ STRONIE GRANICY - Albański Pogradec



FOTORELACJA 1 - JEZIORO OCHRYDZKIE














































































































































FOTORELACJA 2 - OCHRYDA





























































FOTORELACJA 3 - KALISZTA: Monastyr Narodzin Bogurodzicy



















Brak komentarzy:

Prześlij komentarz