Singielka Kasia z nowej szkoły przekonuje mnie, że dobrze jest czuć się osobą podejmującą decyzje – to jakby utwierdzanie się w przekonaniu, że jest się kimś władnym i to od nas wszystko zależy. Może kiedyś tak się poczuję, naprawdę bym chciała. Na razie idę kluczem redukcji stresu – zauważyłam, że jest go znacznie więcej, gdy trwam w zawieszeniu, nie będąc w stanie o czymś zadecydować, niż wówczas, gdy podejmę nawet błędną decyzję. Po prostu stresujący okres jest w tym drugim przypadku krótszy, co widocznie odbija się na moim samopoczuciu. Dojrzewam więc do tego, by wkrótce podjąć się realizacji wszystkich odłożonych spraw. I decydować (oczywiście bez pośpiechu, ze stosownym namysłem i rozeznaniem) o ich kształcie.
A na razie marznę. Nic nie pomagają godziny spędzone pod piecem i starania, by nastawić (oczywiście metodą prób i błędów) jego działanie. Zimę spędzam więc w dwóch kocobluzach i pod trzema kołderkami. I tak nie jest najgorzej, bo ostatnio przynajmniej mamy ciepłą wodę do mycia. A było już tak, że myliśmy się w letniej/chłodnej/lodowatej.
No i jak się mieliśmy nie poprzeziębiać – i to wszyscy we troje? I czy w tej sytuacji może kogoś dziwić, że nie jesteśmy w stanie tego przeziębienia definitywnie pożegnać?
Pogoda też nam nie pomaga. Jeśli wzdrygałam się przy temperaturze minus 7, to co miałam powiedzieć, gdy słupek rtęci dalej się obniżał? Minus 9, minus 11, minus 13 – przy takim mrozie rozpoczynaliśmy dni w ostatnim tygodniu. A i tak w naszym rejonie było nie najgorzej. W Tatrach bowiem początkiem tygodnia padł polski rekord zimna, wynoszący aż minus 41,13 stopni Celsjusza.
Żeby być sprawiedliwym, trzeba tu dopisać, że w ciągu dnia słońce znacznie podgrzewało nam atmosferę. Bywało, że wczesnym popołudniem trzeba było w pracy zrzucać z siebie sweterek. I nawet to słoneczko od wczoraj takie się już wydaje przedwiosenne. Mam nadzieję (i tak przedstawiają sytuację prognozy), że to wreszcie zwiastuje zmianę pogody. Powiewa (umiarkowanym:) optymizmem.
W tym wszystkim myślę o stokrotce pod moją nowszą szkołą– napisałam tydzień temu do Ani.
Tak wyglądała w czwartek po południu, zanim spadł śnieg. Niby taka delikatna, a patrz jak daje radę. I to mimo tego, że nocą mrozy sięgały do minus 9 stopni.
Jak taki maleńki, drobny kwiatuszek daje radę, to ja nie dam?
To moja ulubiona stokrotka, codziennie ją tam oglądam, gdy jestem w tej szkole.
Mam wrażenie, że to ta sama roślinka, której kwiaty widziałam już w grudniu. Można naprawdę brać z niej przykład w życiowej szkole przetrwania. Na szczęście śnieg, o którym pisałam Ani tylko poprószył, więc można na nowo cieszyć się widokiem stokrotki.
Pozostając w temacie kwiatowym, to napomknę jeszcze o roślinkach doniczkowych. W dniu, gdy wyruszałyśmy na Maltę, kwitły u mnie hiacynty (tak, te z Lidla, bo lubię kwiaty od nich). Niestety nie zdążyłyśmy się nimi nacieszyć - zakończyły swój żywot, zanim wróciłyśmy z ferii.
Ale właśnie wówczas Agatka, do której pojechałyśmy, by odebrać część włoskiego bagażu, zameldowała mi, że doczekała na działce czterech własnych krokusików. Był początek zimnego lutego, więc naprawdę nie wiem, jak ona takie kwiatuszki wyhodowała, ale być może górska dolina, w której znajduje się jej domek, ma jakieś inne warunki klimatyczne niż mój ogródeczek, całkiem zresztą zimą zryty przez dziki. Nawet więc gdyby była pełnia wiosny, to i tak nie miałabym specjalnych widoków na wiosenne kwiaty na grządkach.
Ale za to wczoraj posadziłam sobie czterdzieści cebulek tulipanów w skrzynkach na jadalnianym oknie. Wykorzystałam ziemię spod choinki, zakupionej na Boże Narodzenie. Bo oczywiście okazało się, że została sprzedana z obciętymi korzeniami (coroczne oszustwo ze sprzedażą drzewek w donicach) i zdążyła uschnąć. Jestem teraz z siebie bardzo zadowolona – zero waste i możliwość własnej wiosny na parapecie. Pozostaje tylko czekać.
Kończę więc ten wpis o niczym (bo też nic się u nas nowego nie dzieje). Pogrążam się w dalszym czekaniu. I próbuję naśladować stokrotkę...



















Brak komentarzy:
Prześlij komentarz