niedziela, 29 września 2019

SERBIA - Z PÓŁNOCY NA POŁUDNIE PRZEZ BOŚNIĘ

Poprzedni odcinek: MOKRA GÓRA - SKULOVA VODENICA CZYLI WSPOMNIENIE SERBSKIEGO MŁYNA
💟 


Bałkany – 34 dni na 34 - tą rocznicę ślubu - odcinek piąty - SERBIA, BOŚNIA


Dzień podróży: 5 (26.07)
Pod Monastyrem Dobrun
Kiedy pisałam do Wiki, że w Monastyrze Bele Vode paliłam świeczkę przed ikoną jakiegoś ichniejszego cudotwórcy w intencji zdrowia Luny, to wyglądało na to, że jest ono w stanie omal krytycznym. Szczerze mówiąc, wszyscy czuliśmy przerażenie, że nasza cudowna psina zakończy wówczas swój ziemski żywot.
Mam nadzieje że ich cudotwórca jakimś kozakiem jest i pomoże Lunce  - odpisała Wiki.
Przesłałam jej zdjęcie:

To ten cudotwórca, wygląda na takiego, co pomoże  - napisałam z nadzieją.
Pomógł!!!
W dniu, w którym wyjechaliśmy ze Skulovej Vodenicy dostałam wiadomość od Wiki:
uwaga, uwaga niespodzianka, Lunka sama zjadła z ręki!!!!
To był prawdziwy zwrot akcji w czasie choroby naszej czworonożnej przyjaciółki - do tej pory niepodobna było skusić ją czymkolwiek do jedzenia. I choć całkowite dojście do zdrowia zajęło jej jeszcze trochę czasu, to jednak ze względu na tak szczęśliwy przełom w kwestii psiego zdrowia ten dzień należy uznać za jeden z najlepszych w życiu. Uznaję. Mimo że z powodu swojego finału był to jednocześnie najgorszy dzień w naszej podróży.


Niemniej jednak do wieczora zdążyło się zadziać dużo fajnych rzeczy. Po drodze udało się wiele zobaczyć (i doświadczyć). Wymieniam pokrótce:

1. Dom na Drinie (Kućica na Drini)

To akurat nie było po drodze. To znaczy, że musieliśmy jechać w przeciwnym kierunku do zamierzonego w tym dniu. Domu na Drinie powinniśmy szukać, jadąc z Loznicy do Mokrej Góry. Ale dwa dni wcześniej nie mieliśmy na to czasu. Teraz zaś, będąc wciąż w pobliżu, nie chcieliśmy odpuścić. Jakby nie było, przed wyjazdem widziałam Dom na Drinie chyba we wszystkich rankingach w stylu  „Serbia  - top 10”. 

Wracamy więc przez tereny pięknego Parku Narodowego Tara do miejscowości Bajina Bašta. Dobrze, że trafiamy tam od razu do biura informacji turystycznej (jedno z bardzo nielicznych, na które natknęliśmy się podczas tej podróży), bo inaczej trudno byłoby Dom na Drinie w ogóle odnaleźć. W centrum przyjemnego miasteczka nie ma żadnych drogowskazów, kierujących na miejsce – jakby mieszkańcy nie przywiązywali zbyt dużej wagi do faktu, że turyści jadą tu specjalnie (a nawet zawracają z zaplanowanej drogi!:), by zobaczyć tę atrakcję. 


Trochę to wygląda tak, jakby zainteresowanie nią w rzeczywistości było mniejsze niż w internecie. Tam nie jest trudno o wszelkie informacje na jej temat. Na przykład na stronie https://joemonster.org/art/22553 można przeczytać:
„Niewielki, drewniany domek został wybudowany w 1968 roku przez grupkę pomysłowych studentów. Szukali oni miejsca do poopalania się, a wystająca z rzeki skała wydawała się idealnym pomysłem. Po kilku minutach leżenia uznali oni, że nie jest ona zbyt wygodna. W przypływie kreatywności rozebrali stojącą w pobliżu szopę i z desek zrobili niewielką platformę. Pomysł tak im się spodobał, że w ciągu następnych kilku dni regularnie dostarczali na skałę (za pomocą kajaków) różne materiały z odzysku. W ten sposób w ciągu kilku miesięcy dom zyskał swój ostateczny kształt. Twórczy studenci pozostawili domek samemu sobie i tak minęło wiele lat, aż pewnego dnia odkrył go fotograf Irene Becker. To właśnie jego zdjęcia pojawiły się w National Geographic.”
Było to dokładnie 2 sierpnia 2012 roku. Wcześniej, przez ponad 40 lat, nikt się domkiem specjalnie nie interesował - od tamtej pory zaś robi on światową karierę.

Po przybyciu na miejsce widać jednak wyraźnie, kto jest głównym odbiorcą treści National Geographic:). Domek przyciąga jak magnes skośnookich turystów, którzy chyba za punkt honoru uważają nie tylko oglądanie go z zewnątrz, ale także penetrację środka. Nie chcemy stać z nimi w sporej kolejce i czekać na następne tury przepraw łódką przez wartki nurt Driny (trochę to trwa, zwłaszcza, że obiekt jednorazowo nie może pomieścić zbyt wielu zwiedzających), więc decydujemy się tylko na podziwianie widoku z tarasu pobliskiego Restoranu Studenac.

Po powrocie do domu na stronie https://frix.pl/dom-na-drinie-atrakcja-z-przypadku/ czytamy jeszcze o różnych „przygodach” atrakcji z Bajiny Bašty:
„Mimo niezbyt komfortowego położenia budynek przetrwał ponad 40 lat [już 50 – przyp.aut.], chociaż wezbrane wody Driny kilkukrotnie porywały domek i jego gospodarze szukali go przez wiele kilometrów w dół rzeki i przewozili z powrotem na miejsce – za każdym razem był odbudowywany na coraz to bardziej stabilnych i wytrzymałych fundamentach…”


Czy umieściłabym Dom na Drinie na swojej liście Serbia – top 10? No cóż, mimo jego niewątpliwej urody i malowniczości widziałam w tym kraju rzeczy znacznie bardziej zapierające dech w piersiach, cenne, wiekowe, oryginalne i na dodatek nie odbudowywane. Nie żałuję, że zobaczyłam i tę atrakcję, każdemu zresztą mogę ją polecić, ale może warto rozważyć taką wycieczkę w pakiecie z pobytem w pięknych okolicach Parku Narodowego Tary? Miła Pani w informacji turystycznej rozrysowała mi na jego mapie drogi do miejsc, gdzie warto się udać. Dzielę się tym, strasznie żałując, że nam zabrakło czasu, aby się z nimi wszystkimi bliżej zapoznać.
Tym bardziej to przykre, że przełom rzeki Tary czeka na nas od pięciu lat - był naszym celem już podczas pierwszego przejazdu do Czarnogóry. No cóż, wtedy też nam się nie udało, ale może do trzech razy sztuka. Następnym razem trzeba po prostu sporządzić porządny plan podróży po wnikliwym zgłębieniu wiedzy o Serbii - bez robienia wyroczni z jakiegokolwiek top 10.
*




2. Monastyr Rača

Na mapce, którą dostałam w punkcie informacji turystycznej w Bajinie Bašcie zaznaczona jest jeszcze jedna atrakcja, którą mój mąż jest szczególnie zainteresowany. Krótkie odbicie z trasy powrotnej w kierunku Mokrej Góry prowadzi nas do Monastyru Rača. Wysiadamy na monastyrskim parkingu i w tej samej chwili dopada nas ... stado pięciu umorusanych i ujadających szczeniaczków. W jednej chwili pozbywamy się całych zapasów jedzenia. Ale to chyba nie starcza psiakom, które widać od dłuższego czasu miały puste żołądki. Szczeniaczki wpadają za nami na dziedziniec monastyru i ogromnie hałasując, próbują wyżebrać jakieś zainteresowanie i pożywienie od przechadzającej się tam skośnookiej pary. Robią przy tym tyle rumoru, że sprawa kończy się interwencją monastyrskiego mnicha. Na jego polecenie ichniejszy kościelny pakuje całą piątkę do ogromnego pudła. Zdaje mi się, że słyszę rozmowę o mleku i o wsi, ale może to tylko moje nadzieje i oczekiwania, a nie prawdziwy obraz sytuacji? Dopada mnie taki niepokój o los tych porzuconych tutaj szczeniaków, że tak naprawdę we wnętrzu Monastyru Rača nie mogę myśleć o niczym innym. Ale przecież na pewno mnisi to nie są ludzie, którzy by krzywdzili zwierzęta? Pocieszam się tą myślą, odjeżdżając spod monastyru, gdzie znów zapadła głęboka cisza.
*



3. Monastyr Dobrun


Tego dnia odwiedzamy jeszcze jeden prawosławny klasztor. Monastyr Dobrun odnajdujemy w urokliwej dolinie, do której wjeżdżamy już po przekroczeniu granicy serbsko – bośniackiej (uiszczając wcześniej, jak zrozumieliśmy, opłatę za przejazd przez Park Prirode „Sargan – Mokra Gora”). Kierujemy się na Višegrad, to kolejny etap podróży śladami Kusturicy. Ale staramy się przy tym nie przegapić niczego, co po drodze. I właśnie dzięki tej uważności mamy okazję poznać bliżej kolejny piękny obiekt. Na dodatek z konakiem (taki tutejszy dom pielgrzyma), który warto wziąć pod uwagę, planując ponowne odwiedziny w tych stronach. Choć pewnie nie każdemu przypadną do gustu nieco zaniedbane brzegi lokalnego strumyczka, to i tak jest to wspaniałe miejsce na nocleg, czy choćby przerwę w podroży. 

*

4. Višegrad


Śpieszymy dalej, pogania nas nadciągająca w bardzo szybkim tempie burza. Najpierw sobie tylko gdzieś grzmi daleko, potem wali piorunami już zupełnie blisko, a przed samym Višegradem zalewa nas deszczową ścianą. I jak tu w takich warunkach zwiedzać położony na jego obrzeżu Andrićgrad – miasto wystawione przez Kusturicę na cześć najbardziej znanego serbskiego pisarza? Nie zwiedzamy, musimy odpuścić.


Ivo Andrić to nie jakiś tam lokalny bałkański pisarz, lecz najprawdziwszy literat noblista. Jego autorstwa „Most na Drinie” dostaję podczas tej podróży w formie ebooka od męża (zresztą na własne życzenie). To tak na wypadek, jakbym się nudziła i nie miała co robić z czasem przez te 34 dni. Nie nudziłam się, a czasu mi notorycznie brakowało. Cóż, nie przeczytałam „Mostu na Drinie” aż do samego powrotu. Ale za to w Višegradzie obejrzałam obiekt, który był natchnieniem Andrića. Z zadaszonego tarasu nadbrzeżnej restauracji KUM. Wprawdzie w szaro - burej tonacji, zamgleniu i między kroplami deszczu, ale i tak jestem bardzo zadowolona. Zwłaszcza, że w Kumie przypomniałam sobie od razu, za co tak bardzo kocham Bośnię. 



Jeden z najmilszych na świecie gospodarzy, traktujący nas jak swoich bliskich gości i raczący pysznym jedzeniem, sprawił, że mimo wszelkich mało sprzyjających okoliczności, wizytę w Višegradzie będę wspominać z rozrzewnieniem. I może nawet dobrze, że nie zobaczyliśmy Andrićgradu – będzie powód, żeby koniecznie tam wrócić.
*


5. Powrót do Serbii

Burza sprawia, że wyjeżdżamy z Kuma później niż należałoby i jedziemy wolniej niż by trzeba było. Na dodatek, a jakże, nawigacja Volvo nie jest w stanie zlokalizować położenia Etno domacinstva Saponjic, gdzie mamy zamówiony nocleg. Jedziemy więc na pobliską Novą Varos. Późnym wieczorem deszcz przestaje wreszcie padać i na niebo wychodzi przepiękna tęcza. I na tym właściwie można by zakończyć relację z tego dnia. Bo potem już było tylko gorzej. Zapadła ciemność, nie mogliśmy znaleźć drogi i bez pomocy syna gospodarza pewnie byśmy nigdy nie trafili na miejsce. Wielki stres na kompletnych pustkowiach. Straszna nerwówka. Naprawdę ta noc nie zasłużyła na to, by o niej nawet wspomnieć.

Ciąg dalszy we wpisie: SERBIA - WIDZIAŁAM SĘPA CIEŃ  - Uvac

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz