Poprzedni odcinek: MOKRA GÓRA - SKULOVA VODENICA CZYLI WSPOMNIENIE SERBSKIEGO MŁYNA
💟
Bałkany – 34 dni na 34 - tą rocznicę ślubu - odcinek piąty - SERBIA, BOŚNIA
Kiedy pisałam do Wiki, że w Monastyrze Bele Vode paliłam
świeczkę przed ikoną jakiegoś ichniejszego cudotwórcy w intencji zdrowia Luny,
to wyglądało na to, że jest ono w stanie omal krytycznym. Szczerze mówiąc, wszyscy
czuliśmy przerażenie, że nasza cudowna psina zakończy wówczas swój ziemski
żywot.
Mam nadzieje że ich cudotwórca jakimś kozakiem jest i pomoże Lunce
- odpisała Wiki.
Przesłałam jej zdjęcie:
To ten cudotwórca, wygląda na takiego, co pomoże - napisałam z nadzieją.
Pomógł!!!
W dniu, w którym wyjechaliśmy ze Skulovej Vodenicy
dostałam wiadomość od Wiki:
uwaga, uwaga niespodzianka, Lunka sama zjadła z ręki!!!!
To był prawdziwy zwrot akcji w czasie choroby naszej czworonożnej przyjaciółki - do tej pory niepodobna było skusić ją czymkolwiek do jedzenia. I choć całkowite
dojście do zdrowia zajęło jej jeszcze trochę czasu, to jednak ze względu na tak szczęśliwy przełom w kwestii psiego zdrowia ten dzień należy uznać za jeden z najlepszych w życiu. Uznaję. Mimo że z powodu swojego finału był to jednocześnie najgorszy dzień w naszej podróży.
Niemniej jednak do wieczora zdążyło się zadziać dużo
fajnych rzeczy. Po drodze udało się wiele zobaczyć (i doświadczyć). Wymieniam pokrótce:
1. Dom na Drinie (Kućica na Drini)
To akurat nie było po drodze. To znaczy, że musieliśmy
jechać w przeciwnym kierunku do zamierzonego w tym dniu. Domu na Drinie powinniśmy
szukać, jadąc z Loznicy do Mokrej Góry. Ale dwa dni wcześniej nie mieliśmy na to czasu. Teraz zaś, będąc wciąż w pobliżu, nie chcieliśmy odpuścić. Jakby nie było, przed wyjazdem widziałam Dom na Drinie chyba we wszystkich rankingach w stylu „Serbia
- top 10”.
Wracamy więc przez tereny
pięknego Parku Narodowego Tara do miejscowości Bajina Bašta. Dobrze, że trafiamy tam od razu do
biura informacji turystycznej (jedno z bardzo nielicznych, na które natknęliśmy
się podczas tej podróży), bo inaczej trudno byłoby Dom na Drinie w ogóle odnaleźć. W centrum
przyjemnego miasteczka nie ma żadnych drogowskazów, kierujących na miejsce –
jakby mieszkańcy nie przywiązywali zbyt dużej wagi do faktu, że turyści jadą tu
specjalnie (a nawet zawracają z zaplanowanej drogi!:), by zobaczyć tę atrakcję.
Trochę
to wygląda tak, jakby zainteresowanie nią w rzeczywistości było mniejsze niż w
internecie. Tam nie jest trudno o wszelkie informacje na jej temat. Na przykład
na stronie https://joemonster.org/art/22553
można przeczytać:
„Niewielki, drewniany domek został
wybudowany w 1968 roku przez grupkę pomysłowych studentów. Szukali oni miejsca
do poopalania się, a wystająca z rzeki skała wydawała się idealnym pomysłem. Po
kilku minutach leżenia uznali oni, że nie jest ona zbyt wygodna. W przypływie
kreatywności rozebrali stojącą w pobliżu szopę i z desek zrobili niewielką
platformę. Pomysł tak im się spodobał, że w ciągu następnych kilku dni
regularnie dostarczali na skałę (za pomocą kajaków) różne materiały z odzysku.
W ten sposób w ciągu kilku miesięcy dom zyskał swój ostateczny kształt. Twórczy
studenci pozostawili domek samemu sobie i tak minęło wiele lat, aż pewnego dnia
odkrył go fotograf Irene Becker. To właśnie jego zdjęcia pojawiły się w
National Geographic.”
Było to dokładnie 2 sierpnia 2012 roku. Wcześniej, przez ponad 40 lat, nikt się domkiem specjalnie nie interesował - od tamtej pory zaś robi on światową karierę.
Po przybyciu na miejsce widać jednak
wyraźnie, kto jest głównym odbiorcą treści National Geographic:). Domek przyciąga
jak magnes skośnookich turystów, którzy chyba za punkt honoru uważają nie tylko
oglądanie go z zewnątrz, ale także penetrację środka. Nie chcemy stać z nimi w sporej kolejce i czekać na następne tury przepraw łódką przez wartki nurt Driny
(trochę to trwa, zwłaszcza, że obiekt jednorazowo nie może pomieścić zbyt wielu
zwiedzających), więc decydujemy się tylko na podziwianie widoku z tarasu
pobliskiego Restoranu Studenac.
Po powrocie do domu na stronie https://frix.pl/dom-na-drinie-atrakcja-z-przypadku/ czytamy jeszcze o różnych „przygodach” atrakcji
z Bajiny Bašty:
„Mimo niezbyt komfortowego położenia budynek przetrwał ponad
40 lat [już 50 – przyp.aut.], chociaż wezbrane wody Driny kilkukrotnie porywały
domek i jego gospodarze szukali go przez wiele kilometrów w dół rzeki i
przewozili z powrotem na miejsce – za każdym razem był odbudowywany na coraz to
bardziej stabilnych i wytrzymałych fundamentach…”
Czy umieściłabym Dom na Drinie na swojej liście Serbia – top 10?
No cóż, mimo jego niewątpliwej urody i malowniczości widziałam w tym kraju rzeczy
znacznie bardziej zapierające dech w piersiach, cenne, wiekowe, oryginalne i na
dodatek nie odbudowywane. Nie żałuję, że zobaczyłam i tę atrakcję, każdemu zresztą
mogę ją polecić, ale może warto rozważyć taką wycieczkę w pakiecie z pobytem w
pięknych okolicach Parku Narodowego Tary? Miła Pani w informacji turystycznej
rozrysowała mi na jego mapie drogi do miejsc, gdzie warto się udać. Dzielę się
tym, strasznie żałując, że nam zabrakło czasu, aby się z nimi wszystkimi bliżej zapoznać.
Tym bardziej to przykre, że przełom rzeki Tary czeka
na nas od pięciu lat - był naszym celem już podczas pierwszego przejazdu do
Czarnogóry. No cóż, wtedy też nam się nie udało, ale może do trzech razy
sztuka. Następnym razem trzeba po prostu sporządzić porządny plan podróży po wnikliwym zgłębieniu
wiedzy o Serbii - bez robienia wyroczni z jakiegokolwiek top 10.
*
2. Monastyr Rača
Na mapce, którą dostałam w punkcie informacji turystycznej w Bajinie Bašcie zaznaczona jest jeszcze jedna
atrakcja, którą mój mąż jest szczególnie zainteresowany. Krótkie
odbicie z trasy powrotnej w kierunku Mokrej Góry prowadzi nas do Monastyru Rača. Wysiadamy na monastyrskim parkingu i
w tej samej chwili dopada nas ... stado pięciu umorusanych i ujadających szczeniaczków. W jednej chwili
pozbywamy się całych zapasów jedzenia. Ale to chyba nie starcza psiakom, które
widać od dłuższego czasu miały puste żołądki. Szczeniaczki wpadają za nami na
dziedziniec monastyru i ogromnie hałasując, próbują wyżebrać jakieś zainteresowanie
i pożywienie od przechadzającej się tam skośnookiej pary. Robią przy tym tyle rumoru, że sprawa kończy się interwencją monastyrskiego mnicha. Na jego
polecenie ichniejszy kościelny pakuje całą piątkę do ogromnego pudła. Zdaje mi
się, że słyszę rozmowę o mleku i o wsi, ale może to tylko moje nadzieje i
oczekiwania, a nie prawdziwy obraz sytuacji? Dopada mnie taki niepokój o los
tych porzuconych tutaj szczeniaków, że tak naprawdę we wnętrzu Monastyru Rača nie mogę myśleć o niczym innym. Ale przecież na pewno mnisi to nie są ludzie,
którzy by krzywdzili zwierzęta? Pocieszam się tą myślą, odjeżdżając spod
monastyru, gdzie znów zapadła głęboka cisza.
*
3. Monastyr Dobrun
Tego dnia odwiedzamy jeszcze jeden
prawosławny klasztor. Monastyr Dobrun odnajdujemy w urokliwej dolinie, do której wjeżdżamy już po
przekroczeniu granicy serbsko – bośniackiej (uiszczając wcześniej, jak zrozumieliśmy, opłatę za
przejazd przez Park Prirode „Sargan – Mokra Gora”).
Kierujemy się na Višegrad, to kolejny etap podróży śladami Kusturicy.
Ale staramy się przy tym nie przegapić niczego, co po drodze. I właśnie dzięki tej
uważności mamy okazję poznać bliżej kolejny piękny obiekt. Na dodatek z konakiem
(taki tutejszy dom pielgrzyma), który warto wziąć pod uwagę, planując ponowne
odwiedziny w tych stronach. Choć pewnie nie każdemu przypadną do gustu nieco
zaniedbane brzegi lokalnego strumyczka, to i tak jest to wspaniałe miejsce na nocleg, czy choćby przerwę w podroży.
*
4. Višegrad
Śpieszymy dalej, pogania nas nadciągająca w bardzo
szybkim tempie burza. Najpierw sobie tylko gdzieś grzmi daleko, potem wali
piorunami już zupełnie blisko, a przed samym Višegradem zalewa
nas deszczową ścianą. I jak tu w takich warunkach zwiedzać położony na jego obrzeżu Andrićgrad – miasto wystawione
przez Kusturicę na cześć najbardziej znanego serbskiego pisarza? Nie zwiedzamy,
musimy odpuścić.
Ivo Andrić to nie
jakiś tam lokalny bałkański pisarz, lecz najprawdziwszy literat noblista. Jego
autorstwa „Most na Drinie” dostaję podczas tej podróży w formie ebooka od męża
(zresztą na własne życzenie). To tak na wypadek, jakbym się nudziła i nie
miała co robić z czasem przez te 34 dni. Nie nudziłam się, a czasu mi
notorycznie brakowało. Cóż, nie przeczytałam „Mostu na Drinie” aż do samego
powrotu. Ale za to w Višegradzie obejrzałam obiekt, który był natchnieniem Andrića. Z zadaszonego tarasu
nadbrzeżnej restauracji KUM. Wprawdzie w szaro - burej tonacji, zamgleniu i między kroplami deszczu,
ale i tak jestem bardzo zadowolona. Zwłaszcza, że w Kumie przypomniałam sobie od
razu, za co tak bardzo kocham Bośnię.
Jeden z najmilszych na świecie
gospodarzy, traktujący nas jak swoich bliskich gości i raczący pysznym jedzeniem,
sprawił, że mimo wszelkich mało sprzyjających okoliczności, wizytę w Višegradzie będę wspominać z
rozrzewnieniem. I może nawet dobrze, że nie zobaczyliśmy Andrićgradu – będzie powód, żeby koniecznie tam wrócić.
5. Powrót do Serbii
Burza sprawia, że
wyjeżdżamy z Kuma później niż należałoby i jedziemy wolniej niż by trzeba było.
Na dodatek, a jakże, nawigacja Volvo nie jest w stanie zlokalizować położenia Etno domacinstva Saponjic, gdzie mamy zamówiony nocleg. Jedziemy więc na pobliską
Novą Varos. Późnym wieczorem deszcz przestaje wreszcie padać i na niebo
wychodzi przepiękna tęcza. I na tym właściwie można by zakończyć relację z tego
dnia. Bo potem już było tylko gorzej. Zapadła ciemność, nie mogliśmy znaleźć drogi
i bez pomocy syna gospodarza pewnie byśmy nigdy nie trafili na miejsce. Wielki stres na kompletnych pustkowiach. Straszna nerwówka. Naprawdę ta
noc nie zasłużyła na to, by o niej nawet wspomnieć.


Brak komentarzy:
Prześlij komentarz