sobota, 14 września 2019

SERBIA - TROPEM KUSTURICY

poprzedni wpis: SERBIA - PRZEKROCZENIE PROGU  - Banja Junakovic
💟

Bałkany – 34 dni na 34 - tą rocznicę ślubu - odcinek drugi - SERBIA, CHORWACJA (przejazdem)

Dzień podróży: 3 (24.07)

Wyjeżdżając poza Unię trzeba się liczyć z pewnymi formalnymi ograniczeniami. Podróżowanie po Bałkanach nie jest jakoś specjalnie utrudnione, niemniej należy zwrócić uwagę na następujące  sprawy:
1. W niektórych krajach trzeba mieć paszport (z tego powodu pominęliśmy Kosowo, choć to byłaby w naszym przypadku najkrótsza droga do Albanii),
2. koszty połączeń telefonicznych i internetu są ogromne (korzystaliśmy tylko z wi-fi, co czasem słabo się sprawdzało),
3. W każdym odwiedzonym przez nas kraju była inna waluta (niestety zapłaciliśmy każdorazowo sporą prowizję przy wypłacaniu),
4. większość miejsc , przez które przejeżdżaliśmy, wymaga ubezpieczenia w formie „Zielonej karty” (wyjątkiem jest tu Serbia, gdzie ten przepis nie obowiązuje od 2012 roku).


Z powodu pośpiechu nie byliśmy perfekcyjnie przygotowani do podróży (brak ważnych paszportów oraz rozeznania -  zarówno w kwestii najlepszych kart bankomatowych, jak  i lokalnych kart SIM). Tylko w sprawie „Zielonej karty” spisaliśmy się jak należy ❤️


*
Po wakacyjnej wizycie w szkole (mając dziurę w budżecie spowodowaną strajkiem nauczycielskim, zdecydowałam się aplikować o pożyczkę), pędem biegnę na spotkanie z naszą ubezpieczycielką. Mąż zarezerwował u niej ostatnią z Zielonych kart. 


Pani Iza oczekuje mnie omal z dokumentem w ręku. Ale także najwyraźniej z wielką ciekawością naszej podróży. Od męża już wiem, ze pani Iza również wybiera się podczas wakacji na Bałkany. Dokładniej do Macedonii, która jak się okazuje, jest jej ulubionym miejscem wypoczynku. Była tam już nie raz, ma sporo doświadczeń, mało tego, nawiązała mailową korespondencję z autorem strony internetowej „Stacja Bałkany”, uzyskując od niego wiele cennych porad. No i jak tu nie skorzystać z takiej kopalni wiedzy?! 

Zostaję u Pani Izy omal do zamknięcia punktu ubezpieczeń. Słucham opowieści na temat Macedonii, która jak dotąd była dla mnie jedynie krajem tranzytowym w drodze do Grecji i zapisuję na karteczce wszystkie ważne wskazówki, mające mi pomóc poruszać się po przybyciu na miejsce.
Soko grad - również na kolejnych zdjęciach

Na zakończenie rozmowy pytam też o Serbię – będziemy tam już za parę dni, może „Stacja Bałkany” coś interesującego podpowiedziała? Nie miałam na przykład jeszcze czasu rozeznać się w sprawie wędrówki śladami Kusturicy...

I co słyszę od Pani Izy? Mokra Góra – to tam trzeba jechać, zrobić sobie wycieczkę Szargańską Ósemką, wyskoczyć stamtąd do bośniackiego Višegradu...


No nie, czy to możliwe? Rezerwowałam noclegi w ciemno, wodząc głównie palcem po mapie, nie miałam czasu zapoznać się ze znawcami tematu w rodzaju Stacji Bałkany. I gdzie mam zaplanowany nocleg zaraz po opuszczeniu sanatoryjnego Apatina? Mokra Góra – tak, to właśnie to miejsce, do którego kierujemy się w dalszej podróży ❤️❤️❤️


*
Jakie piękne okolice mijamy po drodze, wprost obsypanej po obu stronach kopcami melonów i arbuzów, które można kupić od ulicznych sprzedawców. Ziemia stoi urodzajem w brzoskwiniowych sadach i winnicach.


Zbliżamy się do Fruskiej Gory – to, jak dotąd, jedyne miejsce w Serbii, które udało nam się bliżej poznać przy okazji pielgrzymki do Medjugorje po śmierci Bartka. Wcześniej ten kraj znaliśmy również tylko od strony tranzytu do Grecji. A Fruska Gora, w sąsiedztwie której zrobiliśmy wtedy przystanek w podróży, wprost nas oszołomiła. Nigdy nie zapomnę zapachu kwitnących do odurzenia lip tamtego lata, wśród których uwijały się roje pszczół. Wczesnolipcowym przedpołudniem na grzbiecie góry otworzyłam drzwi od samochodu i po prostu poczułam się jak odurzona. A każdy zagubiony we frustogorskich lasach monastyr był dopełnieniem doskonałości, jaką wydawał się w tym odurzeniu świat.


Teraz też bym chciała powtórzyć tamto doświadczenie – jest kolejny lipiec mojego życia i na pewno grzbiet góry znowu otula ten cudny zapach, a tamtejsze uliczne stragany pełne są zbieranego w tym miejscu miodu. Trzy lata temu przegapiłam jego zakup, ale podczas tego wyjazdu miałam nadzieję nadrobić zaległości.



Lecz cóż, kiedy nasza droga nieoczekiwanie prowadzi nas przez kawałek Chorwacji, a przeprawienie się dodatkowo przez dwie granice zabiera nam czas, którego i tak nie jest za wiele na zrealizowanie planu dnia. No trudno, przejedziemy tylko bokiem Fruskiej Gory. Czas kurczy się nieubłaganie – a tu naraz jeszcze gubimy się w plątaninie małych, wiejskich dróżek. Ciężko będzie znaleźć kogoś, kto nas z nich wyplącze.


Urzekł mnie ten dar dla zmarłego na grobie przy naszej drodze

Ale nie, wkrótce okazuje się, że nie jest najgorzej – przed apteką w jednej z osad spotykamy młodego człowieka w błękitnym stroju służb medycznych. Tak, on rozumie nasz angielski i kilkakrotnie tłumaczy, jak mamy jechać, upewniając się za każdym razem, czy dobrze zapamiętaliśmy. Teraz już nie mamy najmniejszych szans zbłądzić przynajmniej na trasie do Loznicy:) Mało tego, zapytany o możliwość zakupu miodu, młodzieniec z uśmiechem prowadzi mnie do mieszkającej za ośrodkiem zdrowia gospodyni. No i mam! Frustogorski lipowy❤️❤️❤️















- Jesteś farmaceutą? – pytam młodego człowieka na odchodnym.
 - Nie, doktorem – odpowiada z uśmiechem.
A ja czuję, jak serce mi pęka. I zanim zdążę pomyśleć, już słyszę, jak opowiadam mu o Bartku. O tym, że pewnie teraz również byłby już dyplomowanym doktorem po swoich studiach i o tym, jak mi go przypomina w swoim pogodnym usposobieniu. Nie, tak miało nie być. Nie powinno być tej śmierci i tego wylewania żalu przed przypadkowym młodym chłopakiem. Szybko się ogarniam, żegnam i odjeżdżam w stronę Loznicy z frustogorskim miodem lipowym pod pachą i głową pełną wspomnień.


*
Dzięki serbskiemu doktorowi, który je wzbudził, bez trudu dojeżdżamy na miejsce. Loznica to kolejny trudny dla mnie temat. Miejsce naznaczone obecnością Bartka. To tu (a w zasadzie tuż za miastem) jest knajpka, którą nasza rodzina sobie upodobała, gdy byliśmy jeszcze w pełnym, szczęśliwym składzie. W tym miejscu na pewno nie uwolnię się od wspomnień, lecz mimo to lubię tu zajechać za każdym razem, gdy nasza droga biegnie w pobliżu. Może to z powodu jedzenia? Jakby nie było, podają tu jedyną zupę rybną, jaką jestem w stanie jeść ze smakiem (bo tak w ogóle to nie lubię zupy rybnej, niestety) . Więc jednak warto ❤️❤️❤️

Staramy się nie przeciągać nadto biesiady w Loznicy. Nawigacja, którą mamy w Volvo, nie może zlokalizować Mokrej Gory, więc jest obawa, że dalsza część drogi też nie pójdzie nam gładko. Zabieramy na wynos całą górę jedzenia – wychodzę jak zwykle z założenia, że, zgodnie z przysłowiem,  „lepiej nosić, jak się prosić”. Zresztą, to naprawdę same pyszności ❤️❤️❤️
*

Długo by można pisać o tym, gdzie i jakimi drogami prowadziła nas tego dnia nawigacja Volvo. Ale dzięki niej mieliśmy możliwość wiele pozwiedzać po drodze:). Naszym turystycznym priorytetem stały się monastyry z ich bogactwem w dziedzinie sztuki sakralnej i obrzędowości. To głównie wyraz zainteresowań zafascynowanego kulturą Wschodu męża, którego, od czasu nawrócenia po śmierci Bartka, prawosławie przyciąga niemal w magnetyczny sposób. A ja się z przyjemnością pod to podpinam.

Monastyry, które znalazły się tego dnia na naszej drodze to:

1. Monastyr Ilinje - Mihaila Jokića, Klenje  (zamknięta brama, nie dobijaliśmy się, bo i tak ktoś, kto tego dnia używał na dziedzińcu kosiarki by nas nie usłyszał);

Monastyr Ilinje
soko
Monastyr Soko

2. Monastyr Soko (na mapie Serbii udało mi się znaleźć tylko nazwy Soko Grad, Sokolska Planina) – przecudne miejsce, choć zwiedzanie w upale dawało w skórę;
Monastyr Sv. Trojice Czitluk - Ljubovija

3. Monastyr Sv. Trojice Czitluk - Ljubovija (zamknięta brama, nie dobijaliśmy się, bo dzień już chylił się ku zachodowi i czas naglił);
Monastyr Svete Trojice – Bjele Vode

4. Monastyr Svete Trojice – Bjele Vode – kolejne cudo, oglądane jednak tylko z zewnątrz (w środku trwało nabożeństwo, nie chcieliśmy przeszkadzać mnichom);


A potem już było tak późno, że musieliśmy odpuścić całą resztę i gnać, ile sił w kołach. Dzięki nawigacji Volvo zresztą kompletnie naokoło (przez Użice). Do Mokrej Gory dojechaliśmy po ciemku. Ale pierwsza napotkana osoba wskazała nam bezbłędnie drogę do Skulovej Vodenicy, gdzie mieliśmy zarezerwowany nocleg, a tam już czekała na nas Jelena. Weszliśmy do naszego apartamentu, rzuciliśmy okiem na wnętrze z dwoma przechodnimi sypialniami, ucieszyliśmy się, że tym razem jesteśmy tylko we dwoje, że nie musimy się z nikim układać, kto gdzie śpi i ... padliśmy. Więc chyba już nic więcej nie można napisać o tym dniu ❤️


*Koniecznie do przypomnienia : "Czarny kot, biały kot" (Crna mačka, beli mačor) E. Kusturica, 1998;

Ciąg dalszy we wpisie: SERBIA - ŽIVOT JE ČUDO - Mokra Gora

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz