sobota, 14 września 2019

SERBIA - PRZEKROCZENIE PROGU - Banja Junakovic


Poprzedni wpis: BAŁKANY - 34 DNI NA 34 -TĄ ROCZNICĘ ŚLUBU (organizacyjnie)
💟


Bałkany – 34 dni na 34 - tą rocznicę ślubu - odcinek pierwszy - WĘGRY, SERBIA 


Dzień podróży: 1-3 (22.07 - 24.07)

Wbrew wcześniejszym planom wyjeżdżamy dopiero po północy. Serbia nie wydaje się zbyt odległym krajem (na mapie:), nie obawiamy się, że dojazd zajmie jakoś specjalnie dużo czasu. 


A jednak zajmuje. Przejazd przez Słowację dłuży się strasznie, kręte górskie  drogi prowadzą przez każdą wieś w okolicy, wymuszając ciągłe ograniczenia prędkości. Wystarczy chwila nieuwagi, czy tak jak w naszym przypadku chwilowe oślepienie przez wschodzące słońce, by przeoczyć jakiś znak drogowy, nakazujący zwolnić w zupełnie nieoczekiwanym miejscu. Płacimy pierwszy mandat. Czujemy się trochę jak upolowana zwierzyna, która mimo zachowywania najwyższej ostrożności została przyłapana przez myśliwego, czyhającego na najdrobniejszy błąd. 



Z ulgą wjeżdżamy na Węgry. Wczesnym rankiem mijamy Budapeszt i to drogą widokową wzdłuż DunajuJ 



Za miastem zaczynamy szukać miejsca na pierwsze śniadanie w podróży. Zjeżdżamy z głównej drogi. Ale w małych węgierskich wsiach, w piekarniach pachnących świeżymi wypiekami nie można płacić kartą. Nie mamy z sobą forintów, nie chcemy też tracić czasu na poszukiwanie bankomatów. Zostaje nam to, co mamy we własnej turystycznej lodówce. 

I jak to wszystko super smakuje na naszym fantastycznym pikniku nad Dunajem! Piękne to miejsce, choć trochę przypominające o ryzyku w podróży - na schodach prowadzących na brzeg rzeki znajdujemy wężowa wylinkę. Ale nic to, nie jesteśmy zbytnio strachliwi.


"Teci, teci Dunave..."


Ptaki śpiewają wokoło na wszystkie możliwe głosy, na okolicznych polach kwitną słoneczniki i osty, zieleni się kukurydza – niedużo mi potrzeba, żebym zaczęła kierować swoje kroki (siedmiomilowe!) w stronę niezwykłego zachwytu nad światem. A potem to już wszystko wydaje się niesamowite: na pastwisku wypasa się stado osiołków, traktory zwożą bele słomy po żniwach, w sklepie (gdzie wreszcie można płacić kartą) jest promocja na tokajJ


Dzielę się tymi wszystkimi odkryciami z dziećmi, wysyłając zdjęcie za zdjęciem, a Wiki mi odpisuje: „osiłki najlepsze” i nawet ta literówka mnie cieszyJ Tak więc do Serbii wjeżdżamy już w świetnym nastroju, mimo że przekraczanie granicy z Unią jest zawsze niestety męczące. 


Krajobrazy niewiele się zmieniają – okolicą pełną urodzajnych pól zmierzamy do Apatina. 



Następnego dnia będziemy mieli okazję przyjrzeć się bliżej miasteczku. Mogłabym go podsumować słowami przewodnika "Bałkany" A. Zagorskiej - Chabros, który zabraliśmy ze sobą w podróż (mimo, że odnoszą się one do pobliskiego Sombora): "przypomina miejscowości za pobliską granicą węgierską".


Do dzisiaj mąż wzdycha do tamtejszych lodów na głównym trakcie spacerowym.


Kilka kilometrów za Apatinem wjeżdżamy do Banji Junakovic. Ośrodek jest ogromny, widać rozmach na każdym kroku, w drodze do recepcji mijamy nawet lądowisko dla helikopterów z dumnie prezentującą się maszyną ozdobioną czerwonym krzyżem. Nie wiem, czy czynną, bo widzę ją w tym samym miejscu przez cały okres naszego pobytu.



Czuję, jakbyśmy się przenieśli w czasie. Miejsce wygląda jak mega elitarny ośrodek w naszym kraju... z okresu wczesnego dzieciństwa starszego syna, czyli sprzed jakichś 25 lat! Ale wówczas, gdy Bartuś był tak malutki, to klepaliśmy wielką biedę i nie stać nas było na skorzystanie z tego typu luksusów. Mamy więc tutaj chyba coś do nadrobieniaJ



Podejmuję pierwszą próbę nawiązania kontaktu z recepcjonistką - i nawet zanim skończę swoją wypowiedź, dowiaduję się, że w ośrodku nie ma wolnych miejsc. Uff..., dobrze, że mam potwierdzoną rezerwację online, bo to byłby słaby początek podróży. Oczywiście zależy mi na pokoju z „nice view” – nie poddaję się nigdy – wszędzie podejmuję starania i o to proszę (chyba że w kwestii miejsca do nocowania nie mam absolutnie żadnego wyboru). Teraz dzięki temu będę się cieszyła w Banji Junakovic widokiem na baseny - jak zresztą chyba wszyscy inni mieszkańcy tego ośrodkaJ

Po wejściu do pokoju piszę natychmiast do dzieci: „hotel może i trochę zużyty, ale ma wszystko, co potrzeba, a na dodatek korzystanie z basenów w cenie”. A o to właśnie chodziło najbardziej. O basenie czytam na stronie ośrodka: „Jego wody pochodzą z głębokości 700 m i osiągają temperaturę 50ºC. Pod względem jakości należą do tego samego rzędu, co w Karlowych Warach, Charkowie i Lipiku. [...]. Terapie medyczne obejmują leczenie wszystkich rodzajów reumatyzmu, chorób ortopedycznych i neurologicznych, chorób ginekologicznych u kobiet oraz bezpłodności małżeńskiej.”

W Banji Junakovic postanowiłam połączyć przyjemne z pożytecznym. Choć wszystkich wymienionych powyżej chorób nie  będę tu próbowała leczyć (ani nie przyjechałam z takim zamiaremJ), to może chociaż podczas dalszej podróży kolana odwdzięczą mi się za to "lecznicze" wymoczenie. Woda wydaje się co prawda mieć jakiś podejrzany kolor, ale nigdy nie byłam w Karlowych Warach, Charkowie, a tym bardziej w Lipiku i nie mam porównania. Zakładam więc, że tak ma to wyglądać. 


A jednak nie – wieczorem po pierwszej kąpieli zaczyna się akcja szorowania basenów i cała woda zostaje spuszczona i wymieniona. Nie wiem, czy drugiego dnia jest w nich dużo ładniej, ale przynajmniej mam świadomość, że czyściej. Koło basenu poukładano płatne leżaki – rozłożeni obok nas kuracjusze narzekają, że "takie rzeczy to we Włoszech, ale nie u nich w Serbii"J

Z pierwszym posiłkiem (pobyt z wyżywieniem w cenie) zyskuję pewność: Banja Junakovic to takie serbskie sanatorium! Pobyt zaczyna się hmm, serwowaną przy wspólnym stole (miejsca przydzielone na stałe) kolacją z dziwną kiełbaską na ryżu zmieszanym  z warzywami. Potem już wprawdzie kolejne posiłki można wybrać (z dwóch propozycji), ale mimo wszystko to jedzenie raczej nie urzeknie nikogo nawet o przeciętnych wymaganiach gastronomicznych. 

Średnia wieku w ośrodku to chyba jakieś siedemdziesiąt lat. Bardzo dużo osób z niepełnosprawnościami. A do tego codziennie zjeżdżają jednodnodniowe wycieczki z Węgier – prawie sami emeryci. Śmiać mi się chce z samej siebie, bo przecież ostatnio twierdziłam (po zakończeniu turnusu sanatoryjnego w rodzimym kraju:), że będę takie miejsca omijać z daleka. 
Ale wkrótce okazuje się, że bez reżimu narzuconego przez Zakład Ubezpieczeń Społecznych, do pobytu w sanatorium można się przyzwyczaić:). No i przyzwyczajam się na całe dwa dniJ


Wyjeżdżając piszę do dzieci: „Wszystko takie trochę jak z systemu komuny jeszcze. My jesteśmy zadowoleni, ale Was by mogło zaskoczyć, bo komuny nie przeżyliście.” Ulubiona kelnerka przy pożegnaniu zapewnia, że widzimy się za roczek (przynajmniej tak mi się wydaje) i z takim przekonaniem udajemy się w dalszą drogę. 


Żegna nas też stado kotków zadomowionych przy drzwiach wyjściowych ośrodka. Wśród nich jest "crna mačka", która staje się dla mnie symboliczną zapowiedzią rychłego spotkania z Kusturicą. A to przecież następny punkt programu naszej wyprawy. Komuna w elitarno – luksusowym wydaniu i relaksująco – wypoczynkowy pobyt okazały się bezpiecznym przekroczeniem progu naszej bałkańskiej przygody. Jedziemy dalej. Ahoj Przygodo!


*Do wysłuchania: Garavi Sokak - "Teci Teci Dunave"

Ciąg dalszy we wpisie: SERBIA - TROPEM KUSTURICY 




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz