Poprzedni wpis: BAŁKANY - 34 DNI NA 34 -TĄ ROCZNICĘ ŚLUBU (organizacyjnie)
💟
Bałkany – 34 dni na 34 - tą rocznicę ślubu - odcinek pierwszy - WĘGRY, SERBIA
Wbrew wcześniejszym planom wyjeżdżamy dopiero po północy. Serbia nie wydaje się zbyt odległym krajem (na mapie:), nie obawiamy się, że dojazd zajmie jakoś specjalnie dużo czasu.
A jednak zajmuje. Przejazd
przez Słowację dłuży się strasznie, kręte górskie drogi prowadzą przez każdą wieś w okolicy,
wymuszając ciągłe ograniczenia prędkości. Wystarczy chwila nieuwagi, czy tak
jak w naszym przypadku chwilowe oślepienie przez wschodzące słońce, by
przeoczyć jakiś znak drogowy, nakazujący zwolnić w zupełnie nieoczekiwanym miejscu. Płacimy
pierwszy mandat. Czujemy się trochę jak upolowana zwierzyna, która mimo
zachowywania najwyższej ostrożności została przyłapana przez myśliwego,
czyhającego na najdrobniejszy błąd.
Z ulgą wjeżdżamy na Węgry.
Wczesnym rankiem mijamy Budapeszt i to drogą widokową wzdłuż DunajuJ
Za miastem zaczynamy
szukać miejsca na pierwsze śniadanie w podróży. Zjeżdżamy z głównej drogi. Ale
w małych węgierskich wsiach, w piekarniach pachnących świeżymi wypiekami nie
można płacić kartą. Nie mamy z sobą forintów, nie chcemy też tracić czasu na
poszukiwanie bankomatów. Zostaje nam to, co mamy we własnej turystycznej
lodówce.
I jak to wszystko super smakuje na naszym fantastycznym pikniku nad
Dunajem! Piękne to miejsce, choć trochę przypominające o ryzyku w podróży - na schodach prowadzących
na brzeg rzeki znajdujemy wężowa wylinkę. Ale nic to, nie jesteśmy zbytnio strachliwi.
Ptaki śpiewają wokoło na
wszystkie możliwe głosy, na okolicznych polach kwitną słoneczniki i osty, zieleni się
kukurydza – niedużo mi potrzeba, żebym zaczęła kierować swoje kroki (siedmiomilowe!)
w stronę niezwykłego zachwytu nad światem. A potem
to już wszystko wydaje się niesamowite: na pastwisku wypasa się stado
osiołków, traktory zwożą bele słomy po żniwach, w sklepie (gdzie wreszcie można
płacić kartą) jest promocja na tokajJ
Dzielę się tymi wszystkimi
odkryciami z dziećmi, wysyłając zdjęcie za zdjęciem, a Wiki mi odpisuje: „osiłki
najlepsze” i nawet ta literówka mnie cieszyJ
Tak więc do Serbii wjeżdżamy już w świetnym nastroju, mimo że przekraczanie
granicy z Unią jest zawsze niestety męczące.
Krajobrazy niewiele się zmieniają –
okolicą pełną urodzajnych pól zmierzamy do Apatina.
Następnego dnia będziemy mieli okazję przyjrzeć się
bliżej miasteczku. Mogłabym go podsumować słowami przewodnika "Bałkany" A. Zagorskiej - Chabros, który zabraliśmy ze sobą w
podróż (mimo, że odnoszą się one do pobliskiego Sombora): "przypomina miejscowości za pobliską granicą węgierską".
Do dzisiaj mąż wzdycha do
tamtejszych lodów na głównym trakcie spacerowym.
Kilka kilometrów za Apatinem
wjeżdżamy do Banji Junakovic. Ośrodek jest ogromny, widać rozmach na każdym
kroku, w drodze do recepcji mijamy nawet lądowisko dla helikopterów z dumnie prezentującą się maszyną ozdobioną czerwonym krzyżem. Nie wiem, czy czynną, bo widzę ją w tym
samym miejscu przez cały okres naszego pobytu.
Podejmuję pierwszą próbę nawiązania
kontaktu z recepcjonistką - i nawet zanim skończę swoją wypowiedź, dowiaduję się, że w ośrodku nie ma wolnych miejsc.
Uff..., dobrze, że mam potwierdzoną rezerwację online, bo to byłby słaby początek podróży. Oczywiście zależy mi na pokoju z „nice view” – nie poddaję się nigdy – wszędzie podejmuję starania i o to proszę (chyba że w kwestii miejsca do nocowania nie mam absolutnie żadnego wyboru). Teraz dzięki temu będę się
cieszyła w Banji Junakovic widokiem na baseny - jak zresztą chyba wszyscy inni mieszkańcy tego ośrodkaJ
Po wejściu do pokoju piszę
natychmiast do dzieci: „hotel może i trochę zużyty, ale ma
wszystko, co potrzeba, a na dodatek korzystanie z basenów w cenie”. A o to
właśnie chodziło najbardziej. O basenie czytam na stronie ośrodka: „Jego wody
pochodzą z głębokości 700 m i osiągają temperaturę 50ºC. Pod względem
jakości należą do tego samego rzędu, co w Karlowych Warach, Charkowie i
Lipiku. [...]. Terapie medyczne obejmują leczenie wszystkich rodzajów
reumatyzmu, chorób ortopedycznych i neurologicznych, chorób ginekologicznych u
kobiet oraz bezpłodności małżeńskiej.”
W Banji Junakovic postanowiłam połączyć przyjemne z pożytecznym. Choć wszystkich wymienionych powyżej chorób nie będę tu próbowała leczyć (ani nie przyjechałam z takim zamiaremJ), to może chociaż podczas dalszej podróży kolana odwdzięczą mi się za to "lecznicze" wymoczenie. Woda wydaje się co prawda mieć jakiś podejrzany kolor, ale nigdy nie byłam w Karlowych Warach, Charkowie, a tym bardziej w Lipiku i nie mam porównania. Zakładam więc, że tak ma to wyglądać.
A jednak nie –
wieczorem po pierwszej kąpieli zaczyna się akcja szorowania basenów i cała woda
zostaje spuszczona i wymieniona. Nie wiem, czy drugiego dnia jest w nich dużo ładniej, ale przynajmniej
mam świadomość, że czyściej. Koło basenu poukładano płatne leżaki – rozłożeni obok nas kuracjusze narzekają,
że "takie rzeczy to we Włoszech, ale nie u nich w Serbii"J
Z pierwszym posiłkiem (pobyt z
wyżywieniem w cenie) zyskuję pewność: Banja Junakovic to takie serbskie sanatorium! Pobyt zaczyna
się hmm, serwowaną przy wspólnym stole (miejsca przydzielone na stałe) kolacją
z dziwną kiełbaską na ryżu zmieszanym z
warzywami. Potem już wprawdzie kolejne posiłki można wybrać (z dwóch
propozycji), ale mimo wszystko to jedzenie raczej nie urzeknie nikogo nawet o przeciętnych
wymaganiach gastronomicznych.
Średnia wieku w ośrodku to chyba jakieś
siedemdziesiąt lat. Bardzo dużo osób z niepełnosprawnościami. A do tego
codziennie zjeżdżają jednodnodniowe wycieczki z Węgier – prawie sami emeryci. Śmiać mi się
chce z samej siebie, bo przecież ostatnio twierdziłam (po zakończeniu turnusu sanatoryjnego w rodzimym kraju:), że będę takie miejsca
omijać z daleka.
Ale wkrótce okazuje się, że bez reżimu narzuconego przez Zakład Ubezpieczeń Społecznych, do pobytu w sanatorium można się przyzwyczaić:). No i przyzwyczajam się na całe dwa dniJ
Wyjeżdżając piszę do dzieci: „Wszystko
takie trochę jak z systemu komuny jeszcze. My jesteśmy zadowoleni, ale Was by mogło zaskoczyć, bo komuny nie przeżyliście.” Ulubiona kelnerka przy pożegnaniu zapewnia,
że widzimy się za roczek (przynajmniej tak mi się wydaje) i z takim
przekonaniem udajemy się w dalszą drogę.

Żegna nas też stado kotków zadomowionych przy drzwiach wyjściowych ośrodka. Wśród nich jest "crna mačka", która staje się dla mnie symboliczną zapowiedzią rychłego spotkania z Kusturicą. A to przecież następny punkt programu naszej wyprawy. Komuna w elitarno – luksusowym wydaniu
i relaksująco – wypoczynkowy pobyt okazały się bezpiecznym przekroczeniem progu
naszej bałkańskiej przygody. Jedziemy dalej. Ahoj Przygodo!
*Do wysłuchania: Garavi Sokak - "Teci Teci Dunave"
Ciąg dalszy we wpisie: SERBIA - TROPEM KUSTURICY



























Brak komentarzy:
Prześlij komentarz