niedziela, 8 maja 2022

ZIELONY ŚWIAT

Nagle zobaczyłam, jaki świat jest zielony. Chyba potrzebne mi do tego było deszczowe popołudnie początkiem weekendu, gdy wydawało się, że wiosenne kwiaty  starają się jak najmocniej stulić płatki, by jak najmniej zmoknąć. Stały się wówczas jakby słabiej widoczne/przyciągające wzrok. A na pierwszy plan za moimi oknami wysunęła się “wiosenna bujność trawy” i dzikich krzewów nad rzeką, których kwitnienie znacznie przygasło po końcowokwietniowej burzy.

Mam wrażenie jakby wiosna w tym roku rzeczywiście “buchła majem”. Gdy jechaliśmy odebrać Anię z dworca w Krakowie początkiem tygodnia, to znowu wpadłam w bezgraniczny zachwyt nad majowym światem, który napełnił fiołkami i zawilcami lasy po drodze, a łąki żółtymi mleczami i polną rzeżuchą. Byłam zadowolona, że te odwiedziny przypadły akurat na okres, kiedy podwórko upiększała kwitnąca czereśnia, a ogród magnolia okryta wielkimi, różowymi kwiatami.  Dołożyłam do tego jeszcze wiosenną dekorację jadalni - stół pachniał czeremchą, której bukiety wraz z gałązkami dzikiej gruszy przyniosłam znad rzeki, a upiększał go ostatni z trzech własnoręcznie wyhodowanych w tym roku amarylisów. Mam nadzieję, że Ani się podobało. Ten wspólny czas minął tak szybko... Trzeba zachować piękne wspomnienia na znów pewnie długi czas rozłąki.

Natomiast z Kacprem i Zuzią ponownie widzieliśmy się ostatnio jedynie przelotnie. Lecz cóż, jak głosi przysłowie: “lepszy rydz niż nic”. Trzeba się cieszyć tym, co życie w ogóle jest skłonne dawać... A trochę tego jednak jest.

Końcem marca dało (czy raczej przywróciło) poczucie normalności. Zniesiono obowiązek kwarantanny i noszenia maseczek. Myślę, że w sytuacji napływających wielką falą i kompletnie ignorujących zagrożenie pandemią uchodźców ze Wschodu inaczej być nie mogło. W przeciwnym razie rząd musiałby posunąć się do zatwierdzenia faktu, że Polaków i Ukraińców na terenie tego samego państwa obowiązuje zupełnie inne prawo. I tak gwoli  podsumowania przyznać trzeba, że przez ostatni miesiąc raczej nikt nie zauważył, żeby zniesienie obostrzeń przyczyniło się do wzrostu statystyk zachorowań. Dziwne to zjawisko, ale oczywiście cieszę się taką zmianą.

Taki sam okres czasu zmienił też moją sytuację zawodową. Jeśli chodzi o ten temat to dostałam od życia (na razie nie wiadomo na jak długo)... więcej pracy. Zastępuję teraz w naszej szkole koleżankę pedagożkę (połowa godzin jej zatrudnienia), która zastępuje chorą koleżankę logopedkę. Tak, zmęczenia jest więcej, ale też więcej zadowolenia z tego, że daję radę. To oczywiście przekłada się również na więcej pieniędzy, choć szczerze mówiąc, myślałam, że to naprawdę będzie więcej. Ale oczywiście dobre i to, co jest - zaczęłam już myśleć o wakacjach, więc każda nadwyżka kasy się przyda.

Daje ona (i oczywiście życie:) nadzieję na piękne (i wreszcie wcześniej zaplanowane) wczasy w tym roku. Przez cały dzień przeglądałam oferty. To zawsze był dobry sposób, by się odstresować po trudach pracy, których ostatnio przybyło, proporcjonalnie do zwiększenia jej czasu.

Ale nadzieja, którą dało życie, dotyczy też sprawy bardziej fundamentalnej - żeby nie napisać sprawy życia i śmierci. Po zakończeniu choroby covidowej zrobiłam kontrolne badania krwi. I, z małymi wyjątkami, okazało się, że wyniki... są w normie! Ale jeszcze o tym cicho sza - żeby mieć co do tego pewność, to badania należy za jakiś czas (i w dodatku u specjalisty) powtórzyć. Gdyby okazało się, że życie daje (oddaje) mi zdrowie to byłby naprawdę największy cud, jakiego doświadczyłam. Choć nie mogłabym powiedzieć, że całkiem niespodziewany:)

https://podobrejdrodze.blogspot.com/2017/12/boze-narodzenie.html

Ale jeszcze boję się tym cieszyć i na razie sobie na to nie pozwalam. 

*

Natomiast przez cały weekend przeżywam ogromną radość z może obiektywnie bardziej błahego, lecz dla mnie niezwykle ważnego powodu. Przedwczoraj życie dało mi niespodziewany podarek za pośrednictwem koleżanki, która uczy w naszej szkole muzyki.

Tydzień wcześniej Edyta wyruszyła na portugalski szlak Świętego Jakuba. Gdy się o tym dowiedziałam i zapoznałam z relacją na facebooku, napisałam do niej przed pracą początkiem weekendu:

Edi, tak się cieszę, że spełniasz marzenia, zresztą nie tylko swoje, ale i moje:) Nie wiem, czy pamiętasz, że w ostatnie wakacje, gdy miałam jeszcze pełną rodzinę, wyruszyliśmy na ten szlak. Tyle, że mieliśmy rozpocząć w Walencji. I na ostatnim przystanku przed wyruszeniem - w Barcelonie dopadła nas wieść o wypadku mamy. Tak więc nie było nam dane pójść ani centymetra Jakubowym szlakiem.

https://podobrejdrodze.blogspot.com/2021/04/wiedziaam-ze-kiedys-przyjdzie-taki.html

śmierć Bartka przewartościowała wszystko i przesłoniła większość wcześniejszych planów. Ale teraz, gdy patrzę na Twoją relację, to czuję, jakby to do mnie wracało. Może jeszcze dla nas też nie jest za późno?

Odpowiedź odczytałam, gdy byłam już w szkole:

Bożenko! Nawet nie wiesz jak dobrze pamiętam… dzisiejszy dzień w Waszej intencji, Waszej czwórki💚💚💚

Nie pamiętam, kiedy ostatni raz coś mnie tak bardzo wzruszyło...

Dostałam od życia, a przede wszystkim od Edi jeden CAŁY DZIEŃ na Jakubowym Szlaku. Całe 27,02 kilometrów trudu, zmęczenia, przebijania się przez zewnętrzne (35 stopni) i wewnętrzne przeciwności gdzieś już za hiszpańską granicą na drodze między Bajoną a Vigo. Piękny dzień udokumentowany pięknymi zdjęciami z morzem w roli głównej. Ósmy dzień wędrówki, który przebiegał naszej szkolnej pątniczce pod hasłem “padnij powstań”... Jej niezwykły kawałek życia, który stał się moim udziałem...

https://www.facebook.com/photo/?fbid=5253892821313971&set=pcb.5253876087982311

Więc zapamiętam ten dzień na zawsze-jako jeden z piękniejszych w życiu. Niech Bóg będzie z Wami-i wędruje z Wami buen camino❤❤❤

Kiedyś miałyśmy z Edi mnóstwo wspólnych kawałków życia. Przyjaźniłyśmy się w okresie, kiedy zaczynała pracować w naszej szkole i później - gdy zmagała się z ciężką chorobą. Teraz drogi nam się rozeszły - myślę, że to nieuniknione, gdy jedna z osób w dwójce gna do przodu, przemierza życie prawie biegiem, a druga przemieszcza się maleńkimi, nieśmiałymi kroczkami. Ale Edi zawsze będzie mi bliska i zawsze jest blisko w chwilach, gdy najbardziej potrzebuję bliskości. Nigdy nie zapomnę jej tego, jak dzięki niej wyglądał pogrzeb Bartka, jaką miał oprawę muzyczną... I ile to dla mnie znaczyło, że ja nie musiałam zajmować się wówczas sprawami organizacyjnymi  - w takiej chwili gdy każdy trud nieoczekiwanie zdjęty z barów przygiętych do samej ziemi, jest powodem do wdzięczności po kres życia...

Myślę o Edi bardzo dużo w czasie tego weekendu. Przemierzam z nią wirtualnie kolejne hiszpańskie odcinki Szlaku Świętego Jakuba:

- Day 9 pożegnanie z morzem;

- Day10 powitanie słońca płynnie przechodzące w modlitwę o deszcz (40 st.C w słońcu).

Czekam na następne.

Buen camino Edi! Niech ta droga da Ci odpowiedzi na wszystkie pytania, z którymi wyruszyłaś. Niech Cię obdarzy wszelkimi możliwymi darami. 

Na zakończenie mojej wiadomości przedwczoraj napisałam Ci: “Idź...”. Ale może, jeśli Ci najlepiej w zupełnie innym tempie, powinnam napisać: “gnaj!”?


EDIT

Myślę też o nadanej mi przez Edi ksywce przeszło rok temu.

- WOW, Bożenka jest wiedźminką! - usłyszałam na swój temat po jednej z naszych szkolnych konferencji online. I nie powiem - sprawiło mi to ogromną przyjemność. Bo wyobraziłam sobie, że to nie tylko z powodu moich wściekle białych włosów, ściągniętych na czubku głowy do tyłu, by nie spadały na oczy, ale też z powodu... specyficznego rodzaju wiedzy... Jednym słowem uznałam, że wiedźminka jest piękniejszym w brzmieniu określeniem wiedźmy. A to kiedyś znaczyło coś innego niż teraz. Cytuję za Wikipedią (https://pl.wikipedia.org/wiki/Wied%C5%BAma):

Współcześnie uważa się, że w przedchrześcijańskich społecznościach słowiańskich była to kobieta posiadająca wiedzę, związaną z ziołolecznictwemmedycyną i przyrodą. (...) Pierwotnie, prawdopodobnie aż do połowy IX wieku na terenach wschodnich słowiańszczyzny, owo określenie nie było pejoratywne[potrzebny przypis]. W wyniku ekspansji chrześcijaństwa i piętnowania rytuałów ludowych i pogańskich zwyczaj gromadzenia i przechowywania wiedzy przez osoby w wybranych rodach uległ zapomnieniu. Wiedźmy oskarżano o czary, dlatego obecnie wiedźma często utożsamiana jest z czarownicą.

W majowy weekend zmuszam męża do wyciągnięcia z czeluści szuflady maszynki do podcinania włosów. Postanawiam skończyć z tym wiedźmińskim image'm. Jeśli wiedza o świecie i życiu musi być zdobywana w takich bólach jak u mnie, to wolę nic nie wiedzieć...

 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz