Wiedziałam, że kiedyś przyjdzie taki moment, że będę się musiała zmierzyć z kolejną z moich traum. Przyszedł.
I choć to wciąż trudne, mam nadzieję, że może przynajmniej trochę oczyszczę swoje wnętrze, gdy wspomnienie, które mnie rozwala od środka zostanie włożone między słowa i zamknięte w tym tekście. Może uda mi się zapędzić ten koszmar w daleką przeszłość, skąd nigdy więcej nie przedrze się do teraźniejszości?
Najchętniej bym już nigdy nie powracała do tego, co się zdarzyło prawie sześć lat temu. Ale skutki wypadku mamy, który miał wtedy miejsce, odczuwam do dzisiaj, emocje z nim związane również. To właśnie on sprawił, że w tamte wakacje przeżyłam coś, co w mojej grupie religijnej nazwano “pielgrzymkową makabrą”. Choć nie wiem, czy nawet to określenie do końca oddaje wszystko, co przeszłam.
Pielgrzymka, na którą się udałam blisko sześć lat temu była ukoronowaniem moich wieloletnich marzeń. Wędrówkę hiszpańskim szlakiem Świętego Jakuba do Santiago de Compostela planowałam od wielu lat. W tamte wakacje uznałam, że najwyższy czas zacząć plan realizować, choćby w niewielkim zakresie, odcinek po odcinku, etapami.
W wyjeździe do Hiszpanii towarzyszyła mi cała moja rodzina. Pomysł był taki, że wraz z mężem rozpoczniemy dwutygodniowe pielgrzymowanie szlakiem jakubowym z Walencji. Nasi synowie mieli zaś tam pozostać i uczestniczyć w tym czasie w kursie języka hiszpańskiego w szkole Escuela Albufera. Wykupiliśmy go dla nich wraz z dwutygodniowym pobytem w nadmorskim, szkolnym kampusie. Wszystko zapowiadało się jako cudowna przygoda.
I tak się też zaczęło. Przygotowaliśmy się do wyjazdu omal doskonale. Planowanie dojazdu do Walencji, noclegów po drodze, zakupów (odpowiedni dla pielgrzymów sprzęt, ubiór, żywność), przygotowanie fizyczne i duchowe zajęło kilka miesięcy. Wyruszyliśmy wkrótce po powrocie z południowej Chorwacji, wyposażeni we wszystko co mogło być nam potrzebne - Credencial del Pelegrino w kieszeni, w bagażniku rower, który miał mężowi ułatwić transport naszych maneli podczas wędrówki, tablety, żeby się chłopakom nie dłużyła podróż zamontowane na oparciach przednich foteli w samochodzie. Naszego ukochanego psiaka oddaliśmy pod opiekę Mamy. Kto mógł wtedy przypuszczać, że widzimy się z nią ostatni raz w życiu? Wkrótce po naszym wyjeździe miała obchodzić swoje 70 urodziny. Była tryskającą zdrowiem, aktywną starszą panią.
Urodziny Mamy zastały nas w Barcelonie. To miał być ostatni dłuższy postój przed Walencją. Wcześniej spędziliśmy cudowny tydzień (6 noclegów) w południowej Francji - z dwudniowymi pobytami w Grande Mote, Agde i Narbonne oraz 5 dni (4 noclegi) w Blanes na Costa Brava. Zwiedzaliśmy, odpoczywaliśmy, chłonęliśmy piękno świata i możliwe, że byłoby to dla mnie wspomnienie najfantastyczniejszych wakacji w życiu, gdybym nie znała dalszego ciągu tej historii. Po pierwszym noclegu w Barcelonie dostałam telefon o śmierci Mamy, pięć miesięcy później wiadomość o śmierci Syna. To były ostatnie wakacje ich obojga. Śmierć już czaiła się tuż za rogiem.
Po Mamę sięgnęła w przepiękny, ostatni dzień lipca - dzień jej urodzin. Właśnie miałam do niej dzwonić z życzeniami. W zamian zadzwonił wujek - brat Mamy, który niestety już dawno przestał być dla niej bliską osobą. Jeśli już musiałam się wówczas dowiedzieć tego, czego się dowiedziałam, to wolałabym pewnie od kogoś innego. To, co mówił, zdawało się być kompletnie abstrakcyjne, niemożliwe do zdarzenia się w rzeczywistości, jakieś wyrwane z realnego życia. Nie docierało do mnie, nie wierzyłam. Żeby się upewnić w nieprawdzie tej wieści, zadzwoniłam natychmiast do siostry. W słuchawce usłyszałam tylko spazmatyczny płacz. Monika była na miejscu wypadku. Uwierzyłam. Dotarło do mnie.
I to był szok. Jeszcze teraz, po latach, nie umiem o tym pisać.
Wklejam więc tutaj tekst Moniki, która również ostatnio wróciła do tego wszystkiego na facebookowym blogu, prowadzonym przez nią już ponad pół roku. Oddaję zatem na chwilę głos siostrze:
“Mama zginęła tragicznie. Najechała na Nią koparka miażdżąc doszczętnie każdą część Jej kruchego ciała. Nie życzę nikomu takich przeżyć ani tego co zobaczyłam.
Nagle ziemia osuwa Ci się spod nóg i wpadasz w otchłań niewyobrażalnego smutku, bólu, rozpaczy i bezsilności.
Biegłam na miejsce wypadku z NADZIEJĄ, że ja Ją tam jakoś 'do kupy' poskładam, że jak nikt nie będzie już Ją ratował to ja Ją będę ratować i nie odpuszczę! Ale na miejscu nie było już jak ratować ani jak składać.
Pamiętam jeszcze jak bardzo denerwowało mnie słońce, które beztrosko świeciło radośnie w każdy sierpniowy dzień po śmierci mamy. A ono mi pewnie chciało oddać swój mały promyczek radości...
Mama wyjechała tylko na moment do sklepu, zostawiając wiszące pranie i otwarty garaż, z którego wyciągnęła rower. Miała zaraz wrócić i dokończyć obiad dla spędzających wakacje w domu moich dzieci. Ale do domu już nie wróciła...”
https://www.facebook.com/Kawkowerozmyslanki
Czy takie historie się zdarzają w normalnym, realnym życiu? Kto napisał ten abstrakcyjny, okrutny scenariusz?
“Nie wiemy co nas czeka 'za rogiem'” - konkluduje Monika. Albo - co nas nie czeka, mimo, że wszystko jest już od dawna zaplanowane, wykupione i obmyślone w tak najdrobniejszych szczegółach, że zdaje się niemożliwym, aby mogło się nie udać. "Jeśli chcesz rozśmieszyć Boga, opowiedz mu o twoich planach na przyszłość" - mogłabym tu tylko powtórzyć słowa Woody Allena. Czy Bóg się z nas śmiał do rozpuku w tamte wakacje w Barcelonie, gdy byliśmy już omal na progu szlaku Świętego Jakuba? Czy nasz wakacyjny plan ubawił Go po pachy?
Tego pewnie dowiem się dopiero, gdy stanę kiedyś przed Jego obliczem. Może uzyskam wtedy odpowiedź na pytanie, dlaczego zamiast pielgrzymki zgotował mi “pielgrzymkową makabrę” i czemu zamiast do Walencji musieliśmy na sygnale pędzić w nieopisanym stresie przez omal całą Europę do Polski, by w tym strasznym czasie być jak najszybciej wsparciem dla mojego Rodzeństwa, które na miejscu zderzyło się pewnie z traumą jeszcze mocniej niż ja w Hiszpanii.
Wydawałoby się, że powrót do Polski i organizacja z Moniką i Robertem pogrzebu zamknie ten straszny rozdział w moim życiu i zostawi go w głębokiej przeszłości. Niestety, nieobliczalne życie dopisało kolejne karty do tej historii. Sprawa ustalenia odpowiedzialności za śmierć Mamy ciągnęła się siłami różnych instytucji odpowiedzialnych za kwestie prawne w tym kraju aż do tej pory. I pewnie trwałaby dalej, gdybyśmy z Rodzeństwem nie wymiękli w końcu i emocjonalnie, i finansowo. Ale o tym napiszę już następnym razem. Na dziś to naprawdę wystarczy...
Ciąg dalszy znajduje się we wpisie: SPRAWIEDLIWOŚĆ W POLSKIM WYMIARZE PRAWA
pod linkiem: https://podobrejdrodze.blogspot.com/2022/08/blog-post.html
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz