wtorek, 6 kwietnia 2021

MEDJUGORJE BARDZO OSOBISTE

Poprzednia część relacji: POŻEGNANIE CZARNOGÓRY (Nikšić), POWITANIE BOŚNI (Trebinje)

https://podobrejdrodze.blogspot.com/2021/01/czarnogora-aparthotel-koliba-ma.html

💟

Bałkany – 34 dni na 34 - tą rocznicę ślubu - odcinek dwudziesty czwarty - Bośnia

Dzień podróży: 30 - 32 - 29  - 20 - 22.08


Medjugorje - tak naprawdę to dzięki niemu narodziła się nasza podróż. Nigdy byśmy w nią nie wyruszyli, gdyby w mężowej propozycji nie padła nazwa tego miejsca.

Po nieudanej rodzinnej wyprawie do Bretanii, gdzie wszyscy musieliśmy się zmierzyć z zalegającymi w nas ciężką warstwą nieprzepracowanymi emocjami, na samą myśl o kolejnym wyjeździe zapalało mi się w głowie czerwone, ostre światło.

Słowo “Medjugorje” wcisnęło wyłącznik na dobre.

Przyjechałam tu po to, by spotkać się nie tylko z Bogiem, ale i ze sobą.

Potrzebowałam tego miejsca. Potrzebowałam duchowego przeżycia, które mnie zmobilizuje do dalszego przedzierania się przez życie. Potrzebowałam uaktywnienia do odrodzenia się na nowo. Już dawno przestałam liczyć, który to już raz z kolei...

Do pensjonatu Bed and Breakfast Ivan Popić dotarliśmy niestety dopiero po ciemku. I nie było nam łatwo odnaleźć go w plątaninie wąskich uliczek starszej (choć w przypadku Medjugorje to nie oznacza, że starej, bo takiej tu wcale nie ma) części miasteczka.

Pensjonat ma miłą właścicielkę, znakomite opinie, a nawet, uhonorowane zaszczytnym i widocznym miejscem w holu, podziękowanie od Booking.com dla cennego współpracownika. Zarezerwowaliśmy pokój z klimatyzacją i malutkim balkonem - proste, czyste miejsce noclegowe, takie, jakie w większości obiektów oferuje to pielgrzymie miasteczko.

Lubię ten klimat. Gdy w czasie naszych podróży przeobrażam się w pielgrzyma, to chcę się nim czuć od początku do końca. I być częścią wielkiej, nieustannie odradzającej się w kolejnych odwiedzinach pielgrzymiej rodziny. To nie dla turystycznych walorów okolicy cyklicznie przybywam do Medjugorje. Nie potrzebuję tutaj luksusowych atrakcji i udogodnień dla spragnionych rozrywek, wymagających urlopowiczów.

W Medjugorje nie chcę być jedynie zwyczajnym turystą. Tu dzieją się ze mną rzeczy, których brak mi podczas codziennego przechodzenia od dnia do dnia. Tu pokonuję przeszkody w komunikowaniu się sama ze sobą. Tu odzyskuję moc płaczu i znowu, na nowo mogę odpłakiwać swoje zmarłe dziecko. Tu nie muszę grać roli dzielnej dziewczynki. Tu mogę pozbyć się maski, którą założyłam, by przetrwać na co dzień w swoim zwykłym życiu. Mogę okazywać słabość, bezbronność i przerażenie przyszłością. Tu mogę być sobą.

Poczucie wspólnotowości w wierze - tego też tutaj szukam. Wychodzę więc jeszcze nocą, by je jak najszybciej poczuć i jak najdłużej się nim cieszyć. Ale niestety w pobliskim centrum Medjugorje czeka na mnie tylko szok i niedowierzanie. No bo jak to możliwe, by od naszego ostatniego pobytu tutaj (wakacje tuż przed utworzeniem bloga) zaszły aż tak daleko idące zmiany? Oto tym razem znajduję Medjugorje pełne zupełnie niepielgrzymich turystów i nawet niecelowym byłoby ich pytać, co oni w tym nieturystycznym miejscu robią, skoro widzę to na własne oczy - oni przerabiają moje sacrum na absolutne profanum! Ulica prowadząca do kościoła stała się deptakiem, po którym spacerują modni wczasowicze, szukając miejsc w rozciągających się wzdłuż drogi, eleganckich restauracjach z zapełnionymi do ostatniego stolikami. Zewsząd rozbrzmiewa muzyka, na pewno nie trudno tu znaleźć miejsce na całonocne tańce. I wino leje się strumieniami, niestety również w naszym pensjonacie, gdzie trwa hałaśliwa impreza okraszona kłótliwą atmosferą i wiązankami przekleństw w rodzimym języku - ot, grupa turystów indywidualnych, połączonych w kilka rodzin z Polski (z zaniedbywanymi w imprezowym czasie dzieciakami, które wtedy oczywiście robią to, co chcą). Rozumiem, że pielgrzymi mogą mieć różne potrzeby, ale ci tutaj w ogóle na nich nie wyglądają. Trudno uwierzyć, że to ich nocne życie to tylko taki przerywnik między modlitwami i innego rodzaju duchowymi przeżyciami. Wydaje się, że główny cel przybyłych w to miejsce osób jest ukierunkowany na potrzeby ciała. I to nie tak, żebym miała coś przeciwko temu. Zastanawiam się jedynie, po co przyjeżdżać w takim celu akurat tutaj? Medjugorie zaistniało tylko i wyłącznie dzięki objawieniom Maryjnym, a turystykę dla nie dających im wiary osób, można uprawiać gdziekolwiek. 

Podczas tego pierwszego spaceru po miasteczku z przerażeniem konstatuję, że gdyby tej nocy Matka Boża chciała komukolwiek cokolwiek objawić, to w tym hałasie i braku uważności i tak nikt by nie usłyszał ani jednego Jej słowa.

Niestety jedyne skupienie uwagi jakie znalazłam wówczas w Medjugorje, koncentrowało się na zarabianiu pieniędzy. Wyglądało to tak, jakby miejsce Boga zajęła tam wyłącznie mamona.

I poczułam się z tym okropnie. Bo przecież przez wszystkie lata mojej miłości do Medjugorje broniłam go przed tymi, którzy poddawali w wątpliwość prawdziwość objawień Maryjnych (a to także zwierzchnictwo naszego Kościoła), cytując biblijne słowa: “po owocach ich poznacie”. I dawałam świadectwo wiary, powołując się na cuda, jakie na własne oczy widziałam w tym miejscu. A rzeczywiście jak dla mnie, była ich nieprzebrana obfitość. Widziałam owoce w formie modlitwy tak żarliwej, że nawet jako przypadkowego i często odległego widza dotykała mnie ona swoją świętością. Widziałam poranione do krwi ostrymi kamieniami stopy i poświęcenie bólu jakiejś wyższej sprawie przez ich roniących łzy właścicieli. Widziałam niezwykłą miłość bliźniego, gdy młodzi ludzie targali chorych na krześle na Górę Objawień, czy na łóżku na Kriżevac. Widziałam wspólnotowe uniesienia i poruszenie wiernych, którzy zabierali je z sobą z pielgrzymki do domu jako źródło siły i nadziei. Sama tego doświadczyłam. Czy mogę więc nie wierzyć?

Ale jak teraz bronić sacrum Medjugorje, jeśli zaszły w nim takie zmiany? Co mam powiedzieć tym, którzy zobaczą owoce objawień w formie biznesu, polegającego na wyciskaniu jak największych pieniędzy na bazie sakralnych przeżyć i religijnych wierzeń? Jak dawać odpór stwierdzeniom, że cała historia świętości tego miejsca to tylko świetnie pomyślany i zrealizowany plan na dorobienie się niezłej fortuny na naiwności rzesz katolików?

Jeśli Medjugorje się nie otrząśnie z tej narzuconej pogonią za pieniędzmi sztucznej otoczki lukratywnego kurortu, to świadectwa takich ludzi jak ja wkrótce już nic nie pomogą. Smutna to dla mnie refleksja. Mam wrażenie, jakbym zobaczyła początek końca. Przegania mnie ona z centrum miasteczka między wąskie uliczki, gdzie takich pensjonatów jak mój jest jeszcze mnóstwo. Nie wiadomo na jak długo - przy tym tempie zmian i zapotrzebowania na ludzi z kasą, być może już niedługo te obiekty zostaną zastąpione drogimi, ekskluzywnymi hotelami. Możliwe, że wkrótce nawet nie będzie mnie stać na to, by tu przyjeżdżać w roli niezbyt zamożnego pielgrzyma. Jeszcze długo w noc nie mogę zasnąć, mimo że zmęczenie sięga omal zenitu.

*

O świcie jestem ponownie na nogach. Chcę wykorzystać pobyt w Medjugorje w maksymalny sposób. Mój plan zakłada pielgrzymkę na Górę Objawień jeszcze przed śniadaniem. Czasu mam niby sporo, ale gdy gubię się raz za razem, obierając zły kierunek właściwie na każdym skrzyżowaniu, to zaczynam wątpić, że uda mi się wrócić do pensjonatu na nasz pierwszy posiłek. Mam już w nogach sporo kilometrów, gdy wreszcie szczęśliwie staję na początku trasy, biegnącej zboczem Góry Objawień.

Ale może to dobrze, może potrzebowałam pochodzić rankiem po miasteczku i zobaczyć go w zupełnie innej odsłonie niż poprzedniej nocy, może potrzebne mi to było, by otrząść się z przykrych, nocnych wrażeń i odnaleźć Medjugorje takim, jakim go przed laty pokochałam?

(https://podobrejdrodze.blogspot.com/2017/09/bakany-bez-czterech-gwiazdek.html)

Za każdym razem, gdy gdzieś na świecie widziałam, że ludzie bez żadnego wstydu publicznie okazują swoją wiarę, ogarniał mnie rodzaj zazdrości. Uaktywniało się to przeważnie w związanych z islamem zakątkach globu, gdzie spotykałam się z osobami, nieukrywającymi swych modlitw i potrzeby stałego kontaktu z Bogiem. W niektórych arabskich krajach widok wiernych z tasbihami (muzułmański sznur modlitewny - przypomina nasz katolicki różaniec) bywał dość powszechny, używano go nawet podczas codziennych czynności życiowych: przechadzka po mieście, zakupy na targu, popijanie herbaty w czasie relaksu na świeżym powietrzu w centrum hałaśliwych ludzkich skupisk ... Dlaczego u nas w Europie tak nie ma, myślałam z żalem. Aż wreszcie znalazłam Medjugorje i odkryłam, że wszystko może wygladać inaczej. Tu modlący się, nierozstający z różańcem przez cały dzień ludzie też okazali się normą. I taki obrazek można było zobaczyć nie tylko w kościele, czy na Górze Objawień, ale dokładnie w każdym zakamarku tego niezwykłego miasteczka. Zawsze miałam wrażenie, że to jedyne miejsce z taką praktyką w całym katolickim świecie. 

Tak, ten poranek w Medjugorje, gdy znów zobaczyłam na jego ulicach ludzi z różańcami w ręku, przywrócił mi wiarę w to miasteczko. A pokonanie ścieżki na Górze Objawień i spotkanie na niej pielgrzymów, czy to wierzących, czy poszukujących w wierze, było jak odrodzenie dla duszy. Niczym znak, że wciąż jeszcze mogę z Medjugorje czerpać pełnymi garściami to, co dla ducha jest mi najbardziej potrzebne. Nie wszystko stracone...

I z takim przekonaniem wracałam na Górę Objawień jeszcze dwukrotnie. Aż wszystko, co nagromadziłam i zużyłam w sobie przez ostatnie dwa lata, udało się wymienić na to, co świeże i czyste.

Wieczorem napisałam do Ani:

Dziś mieliśmy aktywny dzień, prawie cały czas na modłach i wspinaniu się po kamienistych dróżkach. Dla mnie to najważniejszy dzień podróży.

Budzą się wspomnienia  (...) moje ulubione miejsce ❤ - odpisała Ania.

Upalne dni w Medjugorje nie są łatwizną i samą przyjemnością. Ale nadają naszej podróży głęboki sens duchowy. Bez niego, mam wrażenie, że byłaby ona pozbawiona może najważniejszego wymiaru i bardzo niedoskonała.

potrzebowałam takiego miejsca na taką modlitwę z wyzwaniem (otarły mnie buty, mam pęcherze, słońce grzało jak szalone od świtu). Ale to, co ważne nie musi być łatwe. Tak, jestem zadowolona - kontynuuję.

Ach, pamiętam ten żar pod stopami - Ania sięga do wspomnień z naszej ostatniej bosej wędrówki po Górze Objawień w pełnym rodzinnym składzie.

dziś też tak było - donoszę z nostalgią.

*

Podczas jednego z podejść na Górę Objawień spotykam grupki schodzących z niej polskich pielgrzymów. Są pod wrażeniem determinacji, która każe schorowanym i niepełnosprawnym ludziom piąć się po kamieniach mimo częstokroć strasznych ograniczeń fizycznych. Jest to właściwie główny temat, który przewija się w docierających do mnie rozmowach.

- A widzieliście tę babcię? Wdrapywała się na górę na czworakach - w głosie młodej kobiety słychać było nie tylko niedowierzanie, ale również szczery podziw.

Rzeczywiście wielu pielgrzymów wykazuje na medjugorskich kamiennych wybojach nieopisane poświęcenie. To ich własna droga krzyżowa.

Wkrótce zrównuję się z grupą, której poczynania komentowali rodacy. To czarnoskóre kobiety w kolorowych strojach, już z daleka czuć afrykańską egzotykę. Wiele z nich rzeczywiście ma sporo lat za sobą i problemy z poruszaniem się, są z nimi również nastolatki z widoczną gołym okiem niepełnosprawnością umysłową.

Dostrzegam “babcię”, pod której adresem było najwięcej komentarzy uczestników polskiej pielgrzymki. Rzeczywiście, mimo że trzyma w ręku laskę z potrójnym zakończeniem, to nie radzi sobie w ogóle z drogą pod górę. Próbuje podejścia na kolanach, czepiania się głazów na ścieżce - chwilami wygląda trochę jakby się czołgała. Nie zastanawiam się.

- Czy mogę pani pomóc? - kieruję pytanie do nieporadnie gramolącej się postaci na ścieżce. I ku mojemu zaskoczeniu, gdy biedna “babcia” podnosi do mnie głowę, to widzę twarz kobiety znacznie młodszej ode mnie! To nie starość tak przygięła ją do ziemi.

Nigdy nie zapomnę tego, z jaką szybkością i siłą ta afrykańska kobieta schwyciła wyciągniętą do niej dłoń. Jakby czekała na ten gest od początku swojej wspinaczki. Wcale nie chciała być podziwiana za poświęcenie i determinację. Wcale nie chciała wodzić nosem po kamieniach tak, żeby nikt nie zobaczył przez całą drogę nawet jej twarzy. Potrzebna jej była całkiem konkretna pomoc i wsparcie od innych ludzi. I świadomość, że mogłam jej to dać, sprawiła, że poczułam moc i wyróżnienie.

Tak, miałam trudność z prowadzeniem pod górę kogoś cięższego od siebie. Tak, byłyśmy obie purpurowe z wysiłku i mokre od potu od stóp do głów. Tak, to była dłużąca się droga.

Ale kiedy już myślałam, że niekoniecznie sił mi wystarczy, to nagle się skończyła. Moja Podopieczna w drodze miała na celu zaledwie (aż!) dotarcie do ustawionego na zboczu Góry Objawień krzyża.

- Zostań jeszcze przez chwilkę - poprosiła, gdy wreszcie udało się posadzić ją na otaczających go ławeczkach. Odkładam więc dalszą wspinaczkę w pojedynkę do czasu, gdy złapie spokojny oddech. Ona zaś, zamiast odpoczywać, dyskutuje żywo z innymi kobietami swojej grupy.

Wkrótce sprawa się wyjaśnia. Ktoś wreszcie podaje mojej Współtowarzyszce wspinaczki... aparat fotograficzny.

I tak oto nasze selfie z Góry Objawień trafi do Burkina Faso. No cóż, mój wygląd ze zlaną potem twarzą w kolorze buraka furory w Afryce nie zrobi. Ale nie protestuję przeciwko uwiecznieniu swojego ekstremalnego wizerunku na fotce i ogólnie przeciwko tej nieoczekiwanej sesji fotograficznej, skoro zatrzymanie w kadrze naszego spotkania w drodze jest dla kogoś czymś ważnym.

Wieczorem widzę “moje” kobiety z Burkina Faso na plenerowej mszy świętej przy kościele. Trudno nie zauważyć pośród innych pielgrzymów ich grupy - wyglądają przepięknie w swoich kolorowych strojach i zawojach na głowach - jak barwne ptaki, które przysiadły w pełnych barw kwiatach. A moja Towarzyszka pielgrzymki w niczym nie przypomina już skulonej postaci na ścieżce - jest nobliwą, podpierająca się laseczką z potrójnym zakończeniem Panią w podróży. Przeszła swoją drogę krzyżową i odrodziła się jako całkiem inna osoba.

Myślę o tym, jak często poprzestajemy w życiu na tym, że kibicujemy innym z daleka w ich trudnej wędrówce pod górę. Kompletnie nie mamy świadomości, że to, co im najbardziej potrzebne, to nasza pomocna dłoń, a nie podziwianie i szacunek z powodu ich zmagań w sposób samodzielny/samotny? z trudnościami. 

Czy w tym podziwie z daleka my takich ludzi naprawdę widzimy? Czy potrafimy powiedzieć, jaka jest ich twarz? Czy dokładamy starań, by wszystkie ptaki tego świata odrodziły się w swoich barwnych piórach lub przynajmniej mogły przysiąść dla odpoczynku na pełnych barw kwiatach?

 

*

Dużo myślę też o Bartku. W Medjugorje nie muszę się z tym ograniczać po to, by żyć dalej w miarę “normalnie”. Moje myśli błądzą również pośród innych utrat. Staram się jakoś uporządkować te kwestie podczas spowiedzi.

Zależało nam, by przystąpić do niej przed dniem 34 rocznicy ślubu. Medjugorje wydawało się świetnym miejscem, by to zorganizować. Ale jakoś nie potrafiliśmy tego ogarnąć w wielkim, pielgrzymim centrum przy kościele. Pojechaliśmy więc do Cenacolo (Wspólnota dla osób zagubionych i uzależnionych) z nadzieją spotkania tu którejś z licznych polskich pielgrzymek. Na szczęście uczestniczka jednej z nich przekazała opiekującemu się nimi księdzu naszą prośbę o udzielenie spowiedzi.

I w jej trakcie wypłynął ze mnie cały żal do Boga spowodowany śmiercią dziecka, trudność w wybaczeniu Mu tego, że coś takiego dopuścił, problem z relacją z Nim w bólu i pustce, jaką odejście Bartka pozostawiło w moim sercu. Ksiądz, którego widziałam pierwszy i ostatni pewnie raz w życiu, starał się, jak tylko mógł, mnie zrozumieć i pocieszyć.

Tłumaczył mi łagodnie, jak dziecku, że dla nas, wierzących śmierć nie jest wiecznym rozstaniem, że tak naprawdę powinnam powiedzieć Bartkowi tylko do zobaczenia.

I to mi przypomniało coś ważnego. Moje ostatnie spotkanie z panią Janeczką - naszą hospicyjną podopieczną.

Gdy wyjeżdżałam jesienią na trzy tygodnie do sanatorium, to kończąc u niej wizytę, rzuciłam niefrasobliwie:

- Teraz się już pożegnamy.

Do głowy mi nie przyszło nic ostatecznego. Pani Janeczka była w świetnej formie, a podczas mojej nieobecności miała korzystać z pomocy innych wolontariuszy.

Ale kobiecina żachnęła się, jak nigdy wcześniej.

- Nie! - zaprotestowała z całą stanowczością. - Teraz powiemy sobie: do widzenia!

Żadna z nas nie mogła wtedy przypuszczać, że to nasze ostatnie spotkanie. Tydzień po moim wyjeździe Pani Janeczka wróciła do hospicjum, umarła przed moim powrotem z sanatorium.

Ale jej ostatnie “do widzenia” brzmi w uszach do dzisiaj. I wiem, że Pani Janeczka czeka na mnie w zaświatach. To zawsze było pocieszającą myślą. Może powinnam się też nauczyć myśleć w taki sposób o Bartku?

Do widzenia Synu. Jak długo bym tu nie żyła na Ziemi, to i tak, zważywszy na to, jak szybko upływa to życie, spotkamy się wkrótce. Czekaj na mnie, proszę, czekaj po drugiej stronie. Teraz mówię Ci tylko do zobaczenia...



*O naszym pierwszym zetkięciu z miastem można przeczytać we wpisie: BAŁKANY BEZ CZTERECH GWIAZDEK - Medjugorie

https://podobrejdrodze.blogspot.com/2017/09/bakany-bez-czterech-gwiazdek.html


Następna część relacji: MOSTAR - UWIELBIAM!

https://podobrejdrodze.blogspot.com/2021/04/mostar-uwielbiam.html

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz