poniedziałek, 29 marca 2021

ZDECYDOWANY MINIMALIZM

Wczesną wiosną najwspanialsze jest to, że wystarczy kilka pogodnych dni, by świat zaczynał pięknieć w oczach. Już w pierwszej połowie marca, między kolejnymi atakami zimy, na trawniku przed szkołą zobaczyłam kwitnące stokrotki, tydzień później, gdy odwoziliśmy Anię na dworzec do Krakowa, zawrócił mi w głowie widok rozkwitłych bazi, a największą radość przeżyłam całkiem niedawno - po odkryciu, że niektóre z cebulowych roślin w moim ogródeczku ostały się jednak po jesiennym ataku karczownika. Po kolejnym ociepleniu na grządkach zaczęły pojawiać się, trochę przemieszczone i nieco przerzedzone względem zeszłego roku, ale za to całe i zdrowe pąki krokusów, hiacyntów, nawet pierwszego żonkila. Zeszłotygodniowy rekonesans w lesie pozwolił dopisać do tej kwiatowej listy przebiśniegi i pierwsze nieśmiałe jeszcze przylaszczki.

Ale i tak najpiękniejszą wiosnę jak dotąd w tym roku zrobiły mi rośliny doniczkowe. Najpierw przeżyłam we własnej jadalni okres hiacyntowy - kwitły naraz wszystkie te oszałamiające zapachem rośliny, zarówno przyniesione w pąkach ze sklepu, jak i własnoręcznie sadzone. Potem mieliśmy okres tulipanowy - tu już całość była efektem mojej ogrodniczej działalności. Przed nami zaś jeszcze okresy żonkilowy oraz liliowy. Czekam...

Dzięki temu, co działo się z roślinkami w moim domu, jakoś przetrwałam wyjątkowo długie w tym roku oczekiwanie na wiosenne zmiany na zewnątrz. Tegoroczna zima miała mocno ciągnący się ogon i zamiatała nim za sobą raz za razem. Marzec jak dotąd nie przyniósł jeszcze wiosennego powiewu optymizmu.

To zresztą jest niełatwy dla mnie miesiąc z wielu względów. W jego drugiej połowie cała Polska stała się znów czerwoną strefą. Tym samym Andrzej stracił na czas nieokreślony szansę na planowaną operację w Ochojcu, Wiki z Kacprem po raz kolejny pracę w zamkniętych ponownie galeriach handlowych, a ja nadzieję związaną z zarezerwowanym pobytem w Zakopanym. No niestety, rząd postanowił także zamknąć hotele i dostęp do ewentualnych miejsc rekreacji, żegnaj więc Aquarionie, żegnajcie Termy Chochołowskie i widoki pełnych krokusów hal.

Mój smutek złagodził jedynie ustanowiony przy okazji zmian w obostrzeniach rządowy nakaz całkowitego przejścia szkół na nauczanie zdalne. Niestety, szybko okazało się, że w mojej placówce nie obejmie on kadry psychologiczno - pedagogicznej. Żegnajcie więc i złudzenia na bezpieczeństwo w miejscu pracy.

Oczywiście ogłoszony przez premiera projekt zamknięcia szkół wzbudził, jak zawsze, mnóstwo złości w rodzicach. Na nas, na nauczycieli, choć nie mamy nic wspólnego z jego ustanowieniem. Pod dzisiejszym artykułem na WP pt. Zdalne nauczanie pierwszoklasistów. To raczej zajęcia z rodzicami z udziałem dziecięcej publiczności" czytam co rusz skierowane do nas, lub raczej przeciwko nam komentarze.

Nauczyciele zaszczepieni,więc "bezpieczni "
Lekcje w szkole i tyle w temacie...” napisał niejaki Mat.

I przyznam szczerze, iż poczułam, że mi się w tym momencie już skończyły wszelkie pokłady cierpliwości i wyrozumiałości. Poczułam, że mam dosyć i zrobiłam coś, do czego w ogóle nigdy nie chciałam się zniżać.

Odpisałam Matowi. Mój komentarz podpisany doMata brzmiał: Dzieci niezaszczepione, więc niebezpieczne. Tyle w temacie...

No cóż, dumna nie jestem. Ale każdy ma jakieś granice wytrzymałości, a moje i tak już dawno zostały przekroczone. Nie da się w nieskończoność nadstawiać drugiego policzka. Już nie potrafię jako nauczyciel znieść więcej ciągłego lekceważenia, obrażania, pomiatania...

Dwa komentarze powyżej Mata niejaki Jan dodał swoje trzy grosze: 

Pytanie do przemądrzałych nauczycieli skoro jesteście zaszczepieni to dlaczego uczycie zdalnie

No na to już nawet odpisać nie sposób. Trzeba sobie było dać z tym spokój.

https://kobieta.wp.pl/zdalne-nauczanie-pierwszoklasistow-to-raczej-zajecia-z-rodzicami-z-udzialem-dzieciecej-publicznosci-6622961578425248a

Zresztą życie już zdążyło zweryfikować wartość szczepionek, na którą tak chętnie powoływali się internauci. Niestety, oblały one sprawdzian skuteczności, przynajmniej w mojej szkole.

Gdy tydzień temu po weekendzie pojawiłam się karnie (choć z bólem w sercu, że właśnie omija mnie zarządzone przez decydentów nauczanie zdalne w młodszych klasach) na swoim stanowisku pracy, to dowiedziałam się z mety o pozytywnym wyniku testu na koronawirusa u pracującego w naszej placówce księdza. I po prostu wpadłam w panikę. Puściły hamulce pozaciągane na maksa już w chwili wybuchu pandemii, dawno zresztą przegrzane i wyeksploatowane. No bo w tym roku, włączając się w przygotowanie do Pierwszej Komunii Świętej jednego z trzecioklasistów, współpracuję z księdzem ściślej niż kiedykolwiek. I oczywiście w przeddzień wykrycia u niego choroby urządziłam sobie z nim konferencję przedkomunijną w czasie długiej przerwy na korytarzu. A potem w błogiej nieświadomości ewentualnego zarażenia, spędziłam weekend z mężem, dla którego, w stanie, w jakim jest obecnie, koronawirus jest właściwie synonimem wyroku śmierci. Trzy długie dni w domu bez żadnych środków ostrożności, dystansu, zabezpieczeń. Zrobiło mi się słabo na tę myśl i to zupełnie nie w przenośni.

Z tego powodu jednak trafiłam na nauczanie zdalne wraz z dniem jego rozpoczęcia - już bez żadnej dalszej dyskusji w szkole odesłano mnie wraz z moją paniką na obserwację do domu.

Na szczęście do dzisiaj nic mi nie jest, myślę więc, że jednak nie zostałam zarażona. Oczywiście ksiądz, jak większość moich koleżanek i kolegów z pracy, był zaszczepiony na koronawirusa. Niestety nie mam informacji na temat tego, czy w związku z tym przynajmniej on sam przechodzi lżej chorobę. Mogę mu tylko gorąco życzyć szybkiego powrotu do zdrowia.

Dziś zaczął się Wielki Tydzień. W końcu dyrekcja szkoły się poddała i wysłała do pracy zdalnej wszystkich, którzy nie muszą z koniecznych powodów osobiście spotykać się z uczniami w murach naszej placówki.

Dzięki Bogu, będę miała przynajmniej spokojne Święta w towarzystwie męża i świadomości, że udało mi się na razie uniknąć zarażenia od dzieci. No cóż, to kolejny raz, gdy w świątecznych życzeniach szczęście i radość zostaną zastąpione zdrowiem i spokojem.

Ale trzeba doceniać to, co się od życia dostaje, nawet jeśli to oznacza zdecydowany minimalizm. Od wczoraj świeci słońce. W moim ogródeczku zakwitły krokusy. Zerwane kilka dni temu gałązki z pąkami forsycji pokryły się w wazonie żółtymi kwiatami. Jest wreszcie prawdziwa wiosna. 

Zdrowych i spokojnych Świąt życzę wszystkim dokoła...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz