Pół roku po śmierci Luny w domu znowu zamieszkał piesek. Wprawdzie na bardzo krótko, ale wystarczyło, żebym sobie uświadomiła, jak strasznie brakuje mi takiego domownika.
Wiki z Kacprem wyjechali na kilka dni do Zakopanego, świętować swoją kolejną rocznicę i zostawili nam pod opieką Gacusia. Nie minęło kilka godzin, a ja już byłam w nim zakochana po uszy.
Przypomniało mi się też, dlaczego tak cenię sobie towarzystwo psiaków - po prostu jestem, jak one, zwierzęciem stadnym. Do sporej w ostatnim czasie dawki samotności przywykłam i nie narzekam na nią w przesadny sposób, ale to, co naprawdę mnie uszczęśliwia, to czyjaś stała obecność. Nawet od męża tego nie sposób oczekiwać:) - zwłaszcza od mojego, który akurat ostatnio prawie się nie przemieszcza:(, natomiast pies spełnia potrzebę bycia z kimś po całości:)
Ach, ileż te dni z Gacusiem miały w sobie radości. Spacery nad rzekę, aż trudno w to uwierzyć, uskutecznialiśmy sześć razy dziennie, bo mały czworonóg ma w genach najwyraźniej coś z psa gończego i być może myśliwskiego zarazem - bieganie, skakanie, szukanie patyków to jego najmilsze zajęcia. Był więc ruch do kompletnego wykończenia, mnóstwo zabawy i śmiechu.
Nie przeszkadzało nawet to, że moje ukochane kiedyś miejsce nad rzeką u progu wiosny wciąż wygląda jak żałosna, płowo - bura pustynia. Niewiele pomogło, gdy w przeddzień wyjazdu Gacusia przyprószył ją śnieg - zmieniła tylko kolor. Ale staram się znaleźć w tym jakiś pozytyw - przynajmniej nie było stresu, że piesek zginie gdzieś z pola widzenia, zaszywając się w krzakach. Tam już po prostu nie ma teraz krzaków:(
W każdym razie i tak tym razem nic nie było w stanie zepsuć radości.
Moja radość tym razem była w domu. Wespół w zespół z Gacusiem.
Nasze radosne stadko okazało się też wielką atrakcją dla Maćka. Nawet do tego stopnia, że mój słodki kotek postanowił na czas pobytu Gacusia... przemienić się w psa. Towarzyszył nam na wszystkich spacerach - czasem zupełnie oficjalnie, a czasem tylko, zwłaszcza gdy przyłączał się do nas Maksiu, śledząc nasze poczynania z obranego przez siebie punktu obserwacyjnego. Najbardziej rozbawiło mnie, gdy podczas zabawy w aportowanie, wzorem psiaka, pobiegł za jednym z patyków:)
Dużo o niej myślę ostatnio i czuję, że gdzieś we mnie już zaczął się proces rozstawania z tym, co stanowiło istotną, a okresowo nawet zasadniczą część mojego życia przez ponad 30 lat. Właściwie więc chyba dobrze się składa, że w tej szkole ostatnio tak mi się trudno pracuje. Być może dzięki temu rozstanie z rolą pedagoga przebiegnie bez specjalnego żalu.
Czuję, że nadchodzi czas na zmiany, teraz chciałabym jak najszybciej zakończyć studia psychologiczne i zacząć wreszcie praktykować jako psychoterapeutka. Nie to, żebym się miała zamiar znów wpychać w jakieś etaty, coraz częściej myślę o własnej praktyce psychoterapeutycznej na zasadzie paru, parunastu godzin w tygodniu. Zasiedziałam się w strefie komfortu, która już od dawna nie jest komfortowa. Pora, by z niej wyjść)
Średnio jakoś, ledwie mnie puściła zimowa depresja, a już mi się zaczęło przesilenie wiosenne😃
Tej wiosny przebudzenie do życia było wyjatkowo przyjemne i miało postać rasowego kundelka, jak podsumowała (zresztą bardzo słusznie) Gacusia moja najbliższa sąsiadka.
Ale do zmiany jeszcze długa i pełna niebezpieczeństw droga. Trzeba zadbać o siły, wyposażenie, wsparcie...
Rozpoczynam od motywacji. Znalazłam nawet niezłe hasło:
"Bądź raczej Mistrzem zmiany a nie jej ofiarą." (Brian Tracy)
Zaczynam więc po mistrzowsku. Starym zwyczajem przysiadam przed drogą...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz