Poprzednia część relacji znajduje się we wpisie: ODKRYCIE LATA cz.I - Czarnogóra - wszystko nie tak
CZĘŚĆ DRUGA RELACJI "ODKRYCIE LATA"
W drodze mam sporo
czasu na rozmyślania. I z każdą chwilą jest mi coraz bardziej przykro, że
musiałam rozstać się z Moniką. W końcu nie mogę już powstrzymać łez. Napływa
ich coraz więcej i więcej, nawet nie przypuszczałam, że tyle ich w sobie mogłam
nagromadzić podczas całego pobytu w Czarnogórze. Wylewają się potokami,
najpierw oficjalnie, niepowstrzymywane, później pojedynczo i ukradkiem, kiedy
już próbuję nad nimi zapanować. I tak przez całą noc aż do bladego świtu, który
nas wita na trochę dzikim, poszarpanym płaskowyżu na południu Bośni.
Chociaż humor mam
wisielczy, to przyznać muszę, że jest pięknie – krajobraz i intryguje, i
powoduje wyciszenie zarazem. Drogowskazy pokazują, że mamy stąd już bardzo
blisko do Medjugorje. Od dawna marzyłam, żeby odwiedzić to miejsce kultu
maryjnego. Tylko, że po przepłakanej nocy chyba trzeba by było jakiegoś cudu,
abym potrafiła cieszyć się, iż tu jestem.
Ale cóż – „słońce
wschodzi i zachodzi, nie przeszkodzi ból…”, jak napisał w swoim wierszu Edward Stachura
(„Narodziny świata”). I rzeczywiście, na niebie pojawia się blask porannej
zorzy. Nasza podróż trwa dalej. Wjeżdżamy do Medjugorje.
„Odpędź czarne myśli!
Dość już twoich łez!
Niech to wszystko
przepadnie we mgle!
Bo nowy dzień wstaje,
Bo nowy dzień wstaje,
Nowy dzień!”
("Opadły mgły, wstaje nowy dzień")
("Opadły mgły, wstaje nowy dzień")
Słowa Stachury są jak napomnienie. To, co przykre trzeba zamknąć w przeszłości, bo teraz jestem w świętym miejscu i na tym powinnam skupić uwagę. Wybrała je sama Matka Boża. Tu nawiązała swój ostatni kontakt z ludźmi.
Nie wiem, czego mogę
się spodziewać po Medjugorie. Wiosną poprzedniego roku była tu moja sąsiadka Bożenka, mieszkająca teraz w Austrii. Wysłuchałam wprawdzie jej relacji z pobytu, ale niestety na miejscu okazało się, że
niewiele pamiętam. Nie zdążyłam też niczego doczytać w Internecie, wyjeżdżając
w tak nagły i niespodziewany sposób z Czarnogóry. Kompletnie więc
nieprzygotowana staję na głównym medjugorskim placu wraz z pierwszymi
promieniami słońca.
Obieram kurs na stojący
przy nim kościół Świętego Jakuba, podczas gdy moja rodzina stara się odespać w
samochodzie ostatnie godziny podróży. Jeszcze zanim otworzę drzwi świątyni i
nieco się rozczaruję jej wnętrzem bez specjalnego wyrazu, próbuję uchwycić
atmosferę tego miejsca. Największe wrażenie wywiera na mnie postawa
pielgrzymów, którzy choć niezbyt liczni o tej porze, to jednak już trwają w
rozmodleniu przed figurą Matki Bożej, w natchnieniu schodzą się powoli na
poranne nabożeństwo z różańcami w dłoniach albo z entuzjazmem wyruszają
grupkami na miejsce objawień.
A chwilę później budzi
się to, co mnie w Medjugorje po prostu szokuje – cała przeogromna machina
religijnej komercji. Obserwuję to w osłupieniu. Ale nawet się na to nie zżymam.
Rozumiem, że to dla miejscowych sposób zarabiania na życie. Po powrocie czytam
w Internecie o wielkiej biedzie na tych terenach przed pierwszą wojną światową
i emigracji zarobkowej po drugiej (www.medjugorje.hr/pl/objawienia-medżiugorskie/).
Teraz miejscowość dynamicznie zmienia swe oblicze, wszędzie wokół widać nowe
inwestycje. Objawienia Maryjne skutecznie wpłynęły na wzrost finansów i poprawę
poziomu życia mieszkańców.
Mimo tego, widok kramu
przy kramie, zapełnionych po brzegi figurkami Matki Boskiej przeróżnych
rozmiarów, różańcami, medalikami i wszelkimi innymi możliwymi pamiątkami,
przyprawia mnie o zawrót głowy.
- Jest nawet Jezus,
który kiwa głową podczas jazdy w samochodzie – relacjonują mi później chłopcy w
drodze na miejsce objawień. Wypatrzyli też figurkę Maryi świecącą w ciemności.
I nawet oni uważają, że etykieta z uśmiechniętą Matką Bożą na rakiji trąca
profanacją. Jakoś nie mam ochoty na degustację.
Niemniej mnie również
zależy na tym, by przywieźć jakieś pamiątki przyjaciołom z Polski. Nie mam więc
chyba prawa narzekać na handlarzy z Medjugorje. Kupujemy miód, zdaje się, że
jest dostępny w każdym możliwym smaku. Tyle że po powrocie zaczynamy mieć
wątpliwości, czy naprawdę wytworzyły go pszczoły. Na szczęście cena to wszystko
jakoś rozgrzesza.
Gwarny medjugorski
jarmark ma swoją ostrą granicę tam, gdzie zaczyna się zbocze Góry Objawień. Z
pielgrzymim nabożeństwem wkraczam w tę krainę wiary. I umacniam się w niej,
widząc, jak jednoczy ona rzesze ludzi ze wszystkich stron świata. Wiele osób zdaje
się być tu w jednoczesnym związku zarówno z całą chrześcijańską wspólnotą i
dziedzictwem, jak również z rodzajem mistycznego skupienia na swoim
indywidualnym pragnieniu obcowania z Nadprzyrodzonym. Już wiem, że nie będę tu
prosić o żaden cud. Czuję się, jakby właśnie dokonywał się na moich oczach i
manifestował w wyrazie twarzy ludzi, którzy są przekonani, że w tej drodze
dotykają Absolutu.
Ruszam kamienistą
ścieżką w górę. Po drodze przystaję przy różnych grupach pielgrzymów i modlę
się, wsłuchana w brzmienie słów, skierowanych do Matki Bożej w najróżniejszych
językach.
Ale to, że nie jestem uczestnikiem żadnej zorganizowanej pielgrzymki daje mi poczucie wolności – zarówno w ustalaniu własnego tempa w drodze pod górę, jak i w oddalaniu się od ludzi, gdy tego potrzebuję. W chwili samotności spoglądam ze szczytu ścieżki na tętniący już pełnią życia poranek w Medjugorje.
Ale to, że nie jestem uczestnikiem żadnej zorganizowanej pielgrzymki daje mi poczucie wolności – zarówno w ustalaniu własnego tempa w drodze pod górę, jak i w oddalaniu się od ludzi, gdy tego potrzebuję. W chwili samotności spoglądam ze szczytu ścieżki na tętniący już pełnią życia poranek w Medjugorje.
„A ziemia toczy, toczy
swój garb uroczy,
toczy, toczy się los”
(E. Stachura „Opadły mgły, wstaje nowy dzień”)
(E. Stachura „Opadły mgły, wstaje nowy dzień”)
Zauważam jednak, że zorganizowana
pielgrzymka daje swoim uczestnikom mimo wszystko wiele przeżyć, których ja będę
pozbawiona. Trochę mi żal, że nie zakosztuję tu takich wrażeń jak Bożenka, choć
bardzo bym chciała. Nie umiem zorganizować sobie pobytu w domu dla
uzależnionych chłopców, którzy przyjeżdżają tu na leczenie, ani tym bardziej
spotkania z osobami, którym do tej pory ukazuje się Matka Boża. A przecież większość z
nich mieszka dalej w tej miejscowości lub w najbliższej okolicy. I to musi być
ze wszech miar niesamowite - stanąć z którymś z nich twarzą w twarz. Pamiętam,
jakie wrażenie zrobił na mnie przeczytany przed naszą bałkańską podróżą tekst o
nich:
„Troje widzących otrzymało po dziewięć tajemnic
i codziennie [!!! – przyp.aut] ogląda Matkę Bożą bez względu na to,
gdzie i w jakiej części świata się znajdują. Pozostała trójka –
Ivanka, Mirjana i Jakov – otrzymali dziesięć tajemnic i teraz Maryja
objawia im się tylko przy wyjątkowych okazjach. Mirjana została wybrana jako ta widząca, która
ma ogłosić dwa znaki ostrzegawcze, to znaczy pierwszą i drugą
tajemnicę, po których nastąpi widoczny, trwały i niezniszczalny znak
(trzecia tajemnica)."
(Finbar O'leary "Widzący z Medjugorje. Spotkania z Maryją")
I jeszcze słowa Mirjany na
podstawie książki „Serce orędzia z Medjugorje” Marka Miravalle’a: „Maryja powiedziała, że została z nami bardzo
długo, dłużej niż to było konieczne, ale jest to ostatnie objawienie na ziemi.”
Jeśli tak, to mamy
niesamowite szczęście żyć w czasach, kiedy taki cud się dzieje. Zazdroszczę
ludziom, którym jest dane spotkać się z jego uczestnikami.
Ale i bez doświadczeń, będących udziałem pielgrzymów w zorganizowanych grupach, dostaję w Medjugorje
więcej, niż chyba jestem w stanie stąd zabrać. Przede wszystkim jakieś
przekonanie, że moje modlitwy zostały wysłuchane, nawet te nie wyrażone słowami.
Poczucie, że nie jestem na Ziemi sama, nawet wtedy, gdy czuję się osamotniona.
Uspokojenie..
Wracam następnego dnia
na Górę Objawień, by za to wszystko podziękować. Postanawiam przejść
ścieżkę boso, choć poprzedniego dnia nawet w butach nie było to dla mnie takie najprostsze. Lecz tym razem w
pielgrzymce towarzyszą mi moi synowie, a to zawsze dodaje sił. Nawet, gdy ich tempo
powoduje, że dystans między nami błyskawicznie się zwiększa. Nie radzę sobie najlepiej z kamienistą
dróżką. Ale nie zostaję na niej sama.
- Tam na górze coś
jest. I to się czuje – powiedziała po swojej pielgrzymce Bożenka.
I przyznać muszę, że chwilami
mimo nieobecności innych pielgrzymów na szlaku, mam wrażenie, jakby ktoś mi
towarzyszył. Zaczynam oglądać się za siebie. To nie powoduje strachu. Nie
lękam się.
Gdyby nie to, że tak bardzo mnie bolą stopy, stawiane często z jękiem na ostrych kamieniach, to pewnie bym się odrealniła w tym zanurzeniu w południowym
słońcu, śpiewie cykad, odgłosie dzwonów wzywających na wieczorną mszę w
Medjugorje. W nieprawdopodobnym pięknie otaczających mnie zewsząd gór i całego
świata, powołanego dla mnie do życia przez Stwórcę.
Ale pora wracać do
rzeczywistości i do samochodu – chłopaki już popędzają mnie z dołu ścieżki.
Naprzód więc – moi synowie przypominają mi, że po chwilach uniesień czeka mnie
powrót do normalnego życia. Przyspieszam…


„Walą serca, krwawią stopy, gońmy wiatr!
Walą serca, krwawią
stopy, gońmy wiatr!”
(E. Stachura „Narodziny świata’)
(E. Stachura „Narodziny świata’)
* Następna część relacji znajduje się we wpisie: MOSTAR


Brak komentarzy:
Prześlij komentarz