sobota, 23 września 2017

W BOŚNI - KILKA LAT PÓŹNIEJ

Poprzednia część relacji znajduje się we wpisie: BOŚNIACY

😉W pierwszy dzień jesieni kończę z letnimi wspomnieniami. Dla przypomnienia tekst z przedwczoraj: "Pierwszy dzień jesieni 2017 rozpocznie się w sobotę, 23 września. Dzień wcześniej, 22 września, nadejdzie jesień astronomiczna. Kalendarzowe pory roku zaczynają się co roku w tym samym terminie (...), natomiast data początku astronomicznych pór roku się zmienia." (http://www.edziecko.pl/rodzice/7,79361,20695547,pierwszy-dzien-jesieni-2017-kiedy-rozpoczyna-sie.html)


CZĘŚĆ VI RELACJI "ODKRYCIE LATA"


Kilka lat później podczas krótkiego przystanku w podróży nad bośniacką rzeką Krupą, spotkałam młodego człowieka z Polski, który corocznie odwiedza Bośnię. Razem siedzimy na ławeczce pośrodku drewnianego mostku i jemy maleńkie, ciepłe, świeżo upieczone chlebki z mąki gryczanej. Moczymy je w domowej roboty kajmaku – tutejszym serowym smarowidle. I aż pojękujemy z błogiego zadowolenia naszych kubków smakowych.
- Z Bośnią trzeba uważać – przestrzega nas młodzieniec.
Nadstawiam uszu. A chłopak mówi o tym, że Bośnią można się „zarazić”. Chwila nieuwagi i już nie będzie można przestać przyjeżdżać do tego kraju .
Nie uważałam. Zaraziłam się radośnie i z entuzjazmem. Wiedziałam o tym już przed spotkaniem z młodym podróżnikiem. Przecież od czasu tamtego lata, spędzonego z siostrą, kiedy to odkryłam dla siebie Bośnię, odwiedzałam ją w każde następne wakacje. Z przeróżnych powodów – wszystkie były dobre. Nie chcę się z tego wyleczyć.
Mam nadzieję, że czeka mnie jeszcze wiele odkryć w „kraju w kształcie serca”, jak podobno Bośnia promuje się w świecie (www.podróże.onet.pl). 
Nad rzeką Krupą jestem przypadkowym odkrywcą małych, zagubionych między wzgórkami młynów wodnych, gdzie wciąż można zmielić mąkę na domowe wypieki, a wspaniali ludzie opowiadają o swoich tradycyjnych zajęciach w coraz bardziej zrozumiałym dla mnie języku. Co jeszcze odkryję w sercu tego kraju podczas następnych podróży?
*
A kiedy między wyjazdami do Bośni nasila się za nią tęsknota, to oglądam film fascynującego mnie Emira Kusturicy, urodzonego na terenie obecnie bośniackiego Sarajewa. Ostatnia produkcja tego reżysera nosi tytuł „Życie jest cudem”. Akcja oczywiście toczy się w Bośni i to w czasie, o którym nie można tam wciąż zapomnieć. Wojna bałkańska w całości przewija się przez film Kusturicy. Ale nie jest jego głównym bohaterem. Co o niej mówi reżyser w swoim dziele?
„To nie jest prywatna wojna.”
Takie właśnie słowa wkłada w usta swojego syna, wcielającego się w postać ekranowego Kapitana Aleksica.
"- To nie jest moja prywatna wojna. Czyjaś jest. To wojna szubrawców. Nie twoja ani moja."
I to by zamykało dla mnie temat bałkańskiej wojny. A także każdej innej, która przetoczyła się przez naszą planetę.

W najnowszym filmie Kusturicy tak naprawdę tematem przewodnim jest miłość. A wojenne historie to tylko element tła, na którym miesza się ona z porywającą, jak zawsze u tego reżysera, muzyką i wypełniającą kadry nieuchwytną poezją. Lecz, mimo niewątpliwej miłości do Bałkanów, nie tą patetyczno – patriotyczną, ale taką zwiewną, pełną ciepła i baśniowego kolorytu. Bo u Kusturicy, jak w baśni, dla miłości nie ma nic niemożliwego. Jest ona potężniejsza niż wojna i potrafi czynić cuda. Takie, które teraz są Bośni niezwykle potrzebne. Te wyczekiwane tam obecnie przez wszystkich. 
Ale w tym wszystkim nie można zapomnieć o bezpośrednim przesłaniu Kusturicy. 
O tym, że największym cudem jest życie.








Brak komentarzy:

Prześlij komentarz