Do śmierci Bartka byłam aktywnym użytkownikiem facebooka.
Za jego pośrednictwem, tak jak inni, dostawałam od znajomych przeróżne życiowe „mądrości”,
a te które najbardziej do mnie przemawiały, zamieszczałam później na swoim koncie.
Przeszło dwadzieścia miesięcy temu otrzymałam od Tereski, poznanej na kursie psychoterapii, cytat z wydanej w Polsce ponad półtora
roku wcześniej książki:
Nie zareagowałam na te słowa od razu. Nie
wcisnęłam przycisku „opublikuj” tuż po przeczytaniu. Ale cytat zapadł w pamięć
na tyle mocno, że wkrótce postanowiłam go odszukać,. Chciałam, by jednak znalazł się na moim koncie. Poświęciłam na to wiele czasu. Odszukanie
jakiejkolwiek wypowiedzi na facebooku nie jest łatwe, ale moja determinacja, by
to zrobić, wzrastała z każdą chwilą. Jakby coś mnie przymuszało i przynaglało do
pośpiechu w tamten styczniowy weekend.
W tym czasie mój ukochany Syn umierał
samotnie w swoim jednoosobowym akademikowym pokoiku. Bartek dostał krwotoku
wewnętrznego. Życie uchodziło z niego powoli, lecz nieubłaganie.
Jeszcze mi w uszach brzmi nasza ostatnia
rozmowa z początku weekendu – w piątek zdzwanialiśmy się dwukrotnie po zajęciach. Wieczorem tego dnia Bartek po raz ostatni rozmawiał też z Anią, która
pojechała odwiedzić mamę. Nazajutrz już żadna z nas nie mogła się z nim
skontaktować. Myślałyśmy o wyładowanej baterii, odsypianiu trudów całego
tygodnia zajęć, zagłuszającym dzwonek telefonu słuchaniu muzyki. Bo czy komuś w
takiej sytuacji przyszłaby na myśl śmierć dziecka?
Niedzielną datę, gdy znaleziono go martwego, wpisano
w akcie zgonu. Ale tak naprawdę, nigdy się nie dowiemy, w którym momencie
tamtego weekendu do Bartka przyszła śmierć.
Może to było jeszcze przed opublikowaniem przeze mnie cytatu, który wreszcie odnalazłam na facebooku?
Może to było jeszcze przed opublikowaniem przeze mnie cytatu, który wreszcie odnalazłam na facebooku?
„Trzeba natychmiast żyć. Jest później, niż się
wydaje” – jak złowieszczo
w tym kontekście brzmią takie słowa.
Przysłany mi przez Tereskę cytat pochodzi z książki Baptiste Beaulieu’a
„Pacjentka z Sali numer 7”. Końcem wakacji kupuję tę pozycję przez internet i
odbieram ją wraz z paczką podręczników na nowy rok szkolny dla mojego młodszego
syna. Od razu zagłębiam się w
lekturze.
„Baptiste Beaulieu, 27-letni lekarz szpitalnego
Oddziału Ratunkowego, zaczął pisać swój blog w listopadzie 2012 roku. Miał
jeden cel: pojednać leczonych i leczących, opowiadając z poczuciem humoru i
wrażliwością niewyobrażalną rzeczywistość szpitalną" - czytam notkę o
autorze na obwolucie książki. A potem jego własne słowa: "Pisałem dla
tych, którzy leżą, i tych, którzy ich podnoszą. Mój blog miał mieć działanie
terapeutyczne. Dlatego pewnie tylu wydawców zaproponowało mi napisanie powieści na jego podstawie".
Czytam książkę ze świadomością tego, że mój syn zapewne byłby teraz takim Baptistem. Z dużym prawdopodobieństwem pracowałby w jakimś polskim szpitalu, którego dzień
powszedni, jak sądzę, niewiele się różni od francuskiego. Bartek umarł, będąc
studentem piątego roku medycyny, gdyby mógł kontynuować studia, to najpewniej by je
w tym roku ukończył, stając się przed wakacjami dyplomowanym lekarzem. Być może
rozpocząłby od razu staż, kto wie, czy nie na Oddziale Ratunkowym? Jestem już na zawsze skazana na pisanie w głowie wszystkich możliwych scenariuszy dalszego życia
mojego dziecka. W krainie wyobraźni ono będzie dojrzewało rok po roku, obchodziło
kolejne urodziny, starzało się zgodnie z kalendarzem, który po tamtej stronie
już nie jest mu potrzebny.
Według niego
właśnie teraz Bartosz, jak Baptiste, mógłby być 27-letnim szpitalnym stażystą.
I czytając historie francuskiego młodzieńca, wyobrażam sobie, zmagania mojego syna z tymi wszystkimi sytuacjami, które codziennie mają miejsce w
szpitalach. Zgodnie z książkową dewizą autora: "Być lekarzem to znaczy iść
na spotkanie drugiego człowieka".
Bartek – cóż, już nie spotka swoich pacjentów.
Bartek – cóż, już nie spotka swoich pacjentów.
To dlatego mój
mąż chce udzielać się w hospicjum.
- Nasz Syn
miał jako lekarz pomagać ludziom. Skoro nie może, to ja to będę robił za niego –
słyszę przed pierwszymi zajęciami na Kursie dla hospicyjnych wolontariuszy medycznych.
Nie ma tylu
łez na świecie, żeby to wszystko odpłakać.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz