poniedziałek, 25 września 2017

TRZEBA NATYCHMIAST ŻYĆ

Do śmierci Bartka byłam aktywnym użytkownikiem facebooka. Za jego pośrednictwem, tak jak inni, dostawałam od znajomych przeróżne życiowe „mądrości”, a te które najbardziej do mnie przemawiały, zamieszczałam później na swoim koncie. Przeszło dwadzieścia miesięcy temu otrzymałam od Tereski, poznanej na  kursie psychoterapii, cytat z wydanej w Polsce ponad półtora roku wcześniej książki:

„Trzeba natychmiast żyć. Jest później, niż się wydaje.”


Nie zareagowałam na te słowa od razu. Nie wcisnęłam przycisku „opublikuj” tuż po przeczytaniu. Ale cytat zapadł w pamięć na tyle mocno, że wkrótce postanowiłam go odszukać,. Chciałam, by jednak znalazł się na moim koncie. Poświęciłam na to wiele czasu. Odszukanie jakiejkolwiek wypowiedzi na facebooku nie jest łatwe, ale moja determinacja, by to zrobić, wzrastała z każdą chwilą. Jakby coś mnie przymuszało i przynaglało do pośpiechu w tamten styczniowy weekend.

W tym czasie mój ukochany Syn umierał samotnie w swoim jednoosobowym akademikowym pokoiku. Bartek dostał krwotoku wewnętrznego. Życie uchodziło z niego powoli, lecz nieubłaganie.

Jeszcze mi w uszach brzmi nasza ostatnia rozmowa z początku weekendu – w piątek zdzwanialiśmy się dwukrotnie po zajęciach. Wieczorem tego dnia Bartek  po raz ostatni rozmawiał też z Anią, która pojechała odwiedzić mamę. Nazajutrz już żadna z nas nie mogła się z nim skontaktować. Myślałyśmy o wyładowanej baterii, odsypianiu trudów całego tygodnia zajęć, zagłuszającym dzwonek telefonu słuchaniu muzyki. Bo czy komuś w takiej sytuacji przyszłaby na myśl śmierć dziecka?
Niedzielną datę, gdy znaleziono go martwego, wpisano w akcie zgonu. Ale tak naprawdę, nigdy się nie dowiemy, w którym momencie tamtego weekendu do Bartka przyszła śmierć. 
Może to było jeszcze przed opublikowaniem przeze mnie cytatu, który wreszcie odnalazłam na facebooku? 
„Trzeba natychmiast żyć. Jest później, niż się wydaje”jak złowieszczo w tym kontekście brzmią takie słowa.

Przysłany mi przez Tereskę cytat pochodzi z książki Baptiste Beaulieu’a „Pacjentka z Sali numer 7”. Końcem wakacji kupuję tę pozycję przez internet i odbieram ją wraz z paczką podręczników na nowy rok szkolny dla mojego młodszego syna.  Od razu zagłębiam się w lekturze.


„Baptiste Beaulieu, 27-letni lekarz szpitalnego Oddziału Ratunkowego, zaczął pisać swój blog w listopadzie 2012 roku. Miał jeden cel: pojednać leczonych i leczących, opowiadając z poczuciem humoru i wrażliwością niewyobrażalną rzeczywistość szpitalną" - czytam notkę o autorze na obwolucie książki. A potem jego własne słowa: "Pisałem dla tych, którzy leżą, i tych, którzy ich podnoszą. Mój blog miał mieć działanie terapeutyczne. Dlatego pewnie tylu wydawców zaproponowało mi napisanie powieści na  jego podstawie".



Czytam książkę ze świadomością tego, że mój syn zapewne byłby teraz takim Baptistem. Z dużym prawdopodobieństwem pracowałby w jakimś polskim szpitalu, którego dzień powszedni, jak sądzę, niewiele się różni od francuskiego. Bartek umarł, będąc studentem piątego roku medycyny, gdyby mógł kontynuować studia, to najpewniej by je w tym roku ukończył, stając się przed wakacjami dyplomowanym lekarzem. Być może rozpocząłby od razu staż, kto wie, czy nie na Oddziale Ratunkowym? Jestem już na zawsze skazana na pisanie w głowie wszystkich możliwych scenariuszy dalszego życia  mojego dziecka. W krainie wyobraźni ono będzie dojrzewało rok po roku, obchodziło kolejne urodziny, starzało się zgodnie z kalendarzem, który po tamtej stronie już nie jest mu potrzebny.
Według niego właśnie teraz Bartosz, jak Baptiste, mógłby być 27-letnim szpitalnym stażystą. I czytając historie francuskiego młodzieńca, wyobrażam sobie, zmagania mojego syna z tymi wszystkimi sytuacjami, które codziennie mają miejsce w szpitalach. Zgodnie z książkową dewizą autora: "Być lekarzem to znaczy iść na spotkanie drugiego człowieka". 
Bartek – cóż, już nie spotka swoich pacjentów.


To dlatego mój mąż chce udzielać się w hospicjum.
- Nasz Syn miał jako lekarz pomagać ludziom. Skoro nie może, to ja to będę robił za niego – słyszę przed pierwszymi zajęciami na Kursie dla hospicyjnych wolontariuszy medycznych.


Nie ma tylu łez na świecie, żeby to wszystko odpłakać.





Brak komentarzy:

Prześlij komentarz