środa, 20 września 2017

MOSTAR

Poprzednia część relacji znajduje się we wpisie: BAŁKANY BEZ CZTERECH GWIAZDEK - Medjugorie
https://podobrejdrodze.blogspot.com/2017/09/bakany-bez-czterech-gwiazdek.html

CZĘŚĆ TRZECIA RELACJI "ODKRYCIE LATA"

Naprzód! Jedziemy dalej – do Mostaru, który jest naszą kwaterą główną podczas pobytu w Bośni. Nazwa miasta, według Wikipedii, pochodzi od słowa mostari („strażnicy mostu”). Nawigacja tutaj nie działa. No i jak teraz odnajdziemy nasz zarezerwowany naprędce apartament?
Oczywiście, gdy wszelkie inne sposoby zawodzą, chwytamy się tego, co na całym świecie zawsze działa. Podjeżdżamy na postój taksówek. Podajemy taksówkarzom adres. I... nieświadomie powodujemy wielkie zamieszanie.
- Coś takiego! – Taksówkarze dyskutują zawzięcie. Otwierają plan miasta i kiwają zgodnie głowami. – Nie ma tu takiej ulicy.
Stoimy wbici w ziemię tą wiadomością. I co teraz? Na szczęście taksówkarze się nie poddają. Są uprzejmi, uczynni, no i chcą zarobić trochę grosza na kursie po mieście. Po mapie przychodzi kolej na telefony. Wydzwaniają po rozmaitych punktach informacyjnych i Bóg jeden raczy wiedzieć, gdzie jeszcze.
W końcu zdobywają wiadomość – podobno aż w Urzędzie Miasta. No, na to bym chyba nie wpadła. Możno? Tak, możno! Sprawa jest wreszcie załatwiona – płacimy za kurs i… jedziemy za taksówką, bo ponoć trudno samodzielnie trafić na miejsce.
Nasza ulica to właściwie maleńki zaułek. Nic dziwnego, że nawet taksówkarze o niej nie słyszeli. Jest nowa. W Mostarze oznacza to, że w znajdującym się przy niej budynku odbył się remont i znów zamieszkali tam ludzie. Próbują dorobić, wynajmując apartamenty, choć ten, w którym się rozlokowaliśmy, wygląda, jakbyśmy tu byli pierwszymi gośćmi.
Sąsiadujący z naszym dom też jest już wyremontowany, ale narożny, gdzie kiedyś chyba działała piękna kawiarnia w ogrodzie, pozwala na to, aby czas zmieniał go powoli w ruinę. I to właśnie jest mostarska rzeczywistość. Miasto odremontowane przy głównym szlaku spacerowym, wciąż zrujnowane na zapleczu. Miasto próbujące przywrócić ruiny do życia. Miasto z martwymi okaleczonymi miejscami w samym środku tętniącej życiem okolicy.
Czasem wystarczy zejść zaledwie parę kroków z centralnej ulicy, wiodącej do najwspanialszej atrakcji turystycznej Mostaru, by znaleźć się w przeszłości. Właśnie tyle nas od niej dzieli podczas tego pobytu. Dzięki temu przez parę dni obcujemy ze wspomnieniami, niedostępnymi dla kilkugodzinnych turystów, którzy widzą w Mostarze jedynie Stary Most i prowadzący do niego bazar.
Cieszymy się, że nie mieszkamy w nowo wybudowanych pensjonatach na przedmieściach, choć może tam są i prawdziwe cztery gwiazdki. Nasz apartament znajduje się w mostarskim sercu. Tym, które przeszło nie tak dawno reanimację, co widać gołym okiem. Miasto przeżyło, choć każdy, kto zna jego wojenną historię, wie, jak było to trudne. Ale widok pozawałowych blizn wciąż jest wstrząsający. I choć nierzadko przeraża, to przecież też porusza całe nasze człowieczeństwo w sprzeciwie dla tej nieludzkiej potworności, która nazywa się wojną.
Myślę tu o słowach, które w Internecie krążą w formie cytatu na rozmaite okoliczności. Ich autorem jest, mieszkający w tej samej miejscowości co my, legendarny wokalista grupy Dżem:
„Najbardziej nie mogę znieść ludzkiej obojętności na zło. Tej samej bestii mniejszej lub większej, w czasie wojny i na co dzień, przez ludzi hodowanej dla ludzi.(…) nie potrafię być obojętny” (Ryszard Riedel)
To co czuję w Mostarze, to właśnie sprzeciw wobec i tej bestii, i tej hodowli. Mostar – ten prawdziwy – nie turystyczna iluzja – zmusza nas, aby pamiętać o jego pękniętym sercu. I nie pozwala przejść obok niego z obojętnością.
*
Codziennie wychodzę z Luną na trawnik przy parkingu na tyłach naszej uliczki. To zakątek otoczony ruinami. Ocalałe ściany budynków wciąż mają ślady po kulach i pociskach. Niektóre wyglądają, jakby ostrzelano je zaledwie przed chwilą.
Myślę o ludziach, którzy tu kiedyś zamieszkali. Kim byli, co uważali za ważne w swoim życiu? Jak je prowadzili we własnych domowych pieleszach, z kim spotykali się na ocienionych drzewami podwórkach? I co się z nimi stało wtedy, gdy wybuchła ta bezsensowna wojna? Gdzie się podziali, gdy zbombardowano im domy? W jakim przerażeniu je opuszczali, zanim runęły mury? Czy zdążyli uciec przed gradem kul? Co czuli tracąc swój dach nad głową i życie - najbliższych i swoje? A jeśli ocaleli, to czemu nie chcą tu wrócić? Czy ich wspomnienia są trudniejsze do uniesienia niż porzucenie dawnego życia, które na nowo starali się odbudować już gdzie indziej po wojnie? Czy rozmyślają o tych pozostawionych na łaskę czasu murach? I czy w ogóle te zrujnowane domy mają jeszcze swoich żyjących właścicieli?
A kim byli ich wrogowie? Dlaczego przekroczyli tę straszną granicę, za którą człowiek z przeciwnika staje się mordercą? W imię jakich idei? Czym kierowani?
Pytam i pytam, ale żadna odpowiedź znikąd nie nadchodzi. Ruiny pogrążone są w ciszy. I zgodzić się muszę ze znanym twórcą aforyzmów (również krążących w formie powiedzonek po internecie) Stanisławem Jerzym Lecem, który powiedział kiedyś: „Czasem trzeba zamilknąć, żeby zostać wysłuchanym.” W Mostarze staram się wysłuchać ciszę rozstrzelanych domów.
*
Nasz apartament nazywa się Geeen River. Rzeczywiście za parkingiem płynie Neretva, której szmaragdowy kolor po prostu urzeka. Nad nią dwóch robotników wznosi nowy meczet. Są już na wysokości dachu w minarecie. Próbuję im zrobić zdjęcie z dołu, a oni gestem dłoni zapraszają mnie na górę.
Wspinam się po stromych schodach, a budowniczy minaretu wskazuje mi najpiękniejszą panoramę całej mostarskiej okolicy. Obdarowuje mnie przy okazji tym, czym dysponuje – schodzę w dół z kieszenią napełnioną okruszkami cyny do lutowania.
Właśnie tacy ludzie mieszkają w Mostarze.
*
Właścicielem naszego apartamentu jest uroczy, starszy pan, który pracował kiedyś w ambasadzie w Bułgarii. Interesami obecnie zarządzają jego dorosłe już dzieci, ale udaje nam się go poznać, kiedy sprowadza do nas ekipę naprawczą. Nowo wyremontowany apartament ma jeszcze swoje niedoróbki, ale nam to jakoś wcale nie przeszkadza. Liczy się wrażenie ogólne, a to jest bardzo pozytywne. Wnętrze wygląda niezwykle stylowo  - ma charakter orientalno – egzotyczny, w otomańskim stylu, ze starymi bibelotami na półkach, czyli tak, jak lubimy. Chłopaki instalują się na antresoli. To właśnie tam nie da się otworzyć okna, co jest przyczyną przybycia ekipy naprawczej.
Po wyjściu robotników ucinamy sobie dłuższą rozmowę z właścicielem. Jest muzułmaninem - takim bardzo otwartym na innych i niezwykle światowym. Podoba mu się nasz pies i od razu widać, że lubi zwierzaki. Głaszcze uszczęśliwioną Lunę (ach, co za miła odmiana po Czarnogórze). Mówi, że sam hodował kiedyś dobermany. Ale poza tym opowiada o sobie dosyć wstrzemięźliwie. Nie wypytujemy o nic. Staramy się omijać temat wojny. Nie chcemy nawet przypadkiem dotknąć czegoś, co może jeszcze zaboleć.
Właściciel mówi za to dużo o tolerancji. O tym, jak pięknie było kiedyś pod tym względem w Mostarze. Jego siostra jest zamężna z Chorwatem. Może stąd to tolerancyjne i otwarte na inność spojrzenie.
Nie wszyscy w Mostarze myślą w ten sposób.
- Dziwisz im się? – pyta mój mąż. – Gdyby ktoś zabił twoich najbliższych, obrócił twój dom w gruzy, zgwałcił matkę, siostrę, córkę, pozbawił dzieci, to czy ty byś mu to zapomniała nawet po tylu latach?
Nie! - odpowiadam z pełnym przekonaniem. – Nigdy!
I rzecz w tym, że nikt tu niczego nikomu nie zapomniał. Tacy ludzie mieszkają w Mostarze.
*
W apartamencie Green River internet działa doskonale. Z jego pomocą łatwo nam nadrobić zaległości wiedzowe o miejscu, w którym przebywamy. W tekście na stronie bywajtu.pl można m.in. przeczytać: 
"Obecnie sytuacja się ustabilizowała. Mostar odzyskuje dawne znaczenie. Obecnie podział jest nadal widoczny, gdyż wszystko jest tam podwójne islamskie i chrześcijańskie, apteki, szkoły, przedszkola, szpitale, całe dzielnice, które zamieszkiwane są wyłącznie przez ludność danego wyznania. Linią podziału jest ulica, która w czasie konfliktu zbrojnego była frontem, tu toczyły się najbardziej zażarte bitwy pomiędzy dotychczasowymi sąsiadami.

Obecny Mostar to miasto, które mimo odbudowanego mostu jest podzielone. Zniknęły mieszane małżeństwa, każdy trzyma się swojego brzegu, dzieci mają osobne place zabaw, osobne biblioteki."
Nic dziwnego więc, że autor nadał temu artykułowi tytuł: "Most, który dzieli".
*
Stary Most w Mostarze też stał się ofiarą wojny. Bo dla niej nie było żadnych świętości. Wysadzono go, chociaż „spinał brzegi Neretvy przez ponad 400 lat. Jedna strona tradycyjnie uchodziła za „turecką”, druga za „chorwacką” – jak podaje Regina Skibińska na łamach Rzeczypospolitej (rozdział pt. „Most, który łączył narody”)
„Według legendy w połowie XVI w. sułtan Sulejman II rozkazał budowniczemu Hayruddinowi wybudować most nad Neretvą, a w razie niepowodzenia obiecał go ściąć. Budowniczy pracował 10 lat, a po postawieniu mostu ze strachu uciekł w góry. Powstało dzieło wybitne. Wznoszący się 20 m. nad wodą most, przypominający sylwetką półksiężyc, wybudowano z 456 bloków białego marmuru, połączonych żelaznymi klamrami” – czytamy w dalszej części tekstu.
Autorka cytuje też słowa XVI wiecznego tureckiego pisarza i podróżnika Evliji Celebi: „Zewsząd przybywali wezyrowie, ludzie szlachetnie urodzeni i pełniący wysokie godności, aby nacieszyć się widokiem mostu”
Ale najważniejsze jest to, co napisano o nim w podsumowaniu artykułu: „od powstania stanowi symbol pokoju chrześcijaństwa z islamem. Mieszkali tu muzułmanie, katolicy i prawosławni”. To właśnie te szczęśliwe czasy wspominał właściciel naszego apartamentu.
Most, który także, jak podaje Wikipedia, „przez wieki był symbolem pojednania Wschodu i Zachodu”, wysadzili Chorwaci.
https://pl.wikipedia.org/wiki/Stary_Most_w_Mostarze
Podobno w muzeum Hercegoviny można zobaczyć film, nakręcony amatorską kamerą podczas wybuchu. Nie wiem, czy chciałabym go oglądać na swoich wakacjach.
Ale po powrocie i tak natknę się na kopię tego filmu w internecie. Z przygnębieniem patrzę na to, jak „symbol ten celowo zniszczyła chorwacka armia podczas wojny bośniackiej 4 listopada 1993 roku”, o czym napisano w dalszej części informacji z Wikipedii. Film pokazuje też mostarski krajobraz po wojnie. Aż trudno uwierzyć w takie barbarzyństwo.  Ale też dopiero po jego obejrzeniu można w pełni docenić ogrom poczynionej odbudowy.
Odbudowano również wysadzony Most i to już w 1995 roku. Pojednania między narodami do tej pory wciąż nie.
*
Po pierwszej nocy spędzonej w naszym apartamencie, piszę jego reklamę w sms-ie do Moniki. Chciałabym jej polecić tę świetną miejscówkę na nocleg w Mostarze. Nazajutrz rano obie nasze rodziny mają zaplanowane wyprowadzki – my z Green River, oni z Ulcinja. Strasznie żałuję, że się już nie spotkamy podczas tego urlopu. Według internetowego planera podróży jesteśmy od siebie oddaleni o sześć godzin jazdy - gdy następnego dnia oni dotrą do Mostaru, my już będziemy się zbliżać do granicy z Serbią. Może choć zajmą wówczas to pomieszczenie, które teraz napełniamy swoją obecnością.
Ogarnia mnie wielki smutek, gdy o tym myślę podczas kolejnej wizyty w Medjugorie. Ale tam znów znajduję ukojenie. Widać, mimo że razem wyjechaliśmy z domu, nie jest nam dane cieszyć się wspólnym powrotem z podróży.
Gdy wracamy z Medjugorje do Mostaru, to w drodze dostaję sms-a od Moniki. I po prostu nie wierzę w to, co czytam:
„Za godzinę będziemy w MostarzeJ
Co się dzieje? Choć tego nie rozumiem, to nie mam najmniejszych wątpliwości. Właśnie wydarza się mój cud!
„Tak strasznie, strasznie się cieszę!” – piszę do Moniki i ze szczęścia prawie wyfruwam nad ziemię. Nie mogę się wprost doczekać spotkania.
Umawiamy się na Starym Moście. Czekamy prawie do północy. W międzyczasie zamykają nam omal wszystkie knajpki na Starówce. Po tak długo wyczekiwanym przywitaniu przenosimy się więc do naszego apartamentu. Teraz już jestem nie tylko napełniona szczęściem - ono się wręcz przeze mnie przelewa, ściekając między palcami, ściskającymi tak drogich mi gości.
Jak to się stało Moniu, że jesteście w Mostarze dzień wcześniej niż planowaliście? 
Błogosławiona niech będzie Czarnogóra, gdzie wszystko jest nie tak i wszelkie plany biorą w łeb. Okazuje się, że wprawdzie ulcinijska rodzina, u której szwagier zamówił apartamenty była bardzo miła, ale dysponowała wolnymi miejscami noclegowymi zaledwie na jedną noc. Dlaczegóż więc system rezerwacyjny przyjął zamówienie na dwie?
- To wina internetowego pośrednika – przekonali Piotrka gospodarze.
I choć nigdy bym celowo czegoś takiego nie życzyła siostrze i jej rodzinie, to teraz nawet nie staram się ukryć swojego uszczęśliwienia z powodu takiego obrotu sprawy. Nasi zmęczeni goście wracają do swojego hotelu na przedmieściu (czterogwiazdkowego – Piotrek się wciąż nie poddałJ), a ja wreszcie mam kolorowe sny tej nocy.
*
Nie wyjeżdżamy z Mostaru nazajutrz po spotkaniu. Zmieniamy plan, żeby należycie wykorzystać podarowany nam cud i spędzić wspólnie trochę czasu w mieście, gdzie zostałam uszczęśliwiona. Udaje nam się dokupić jeszcze jeden nocleg u naszych miłych gospodarzy. Zyskawszy dodatkowy dzień w Bośni jedziemy zobaczyć pobliskie wodospady Kravice. Są piękne. Cały świat jest piękny!
Z rodziną Moniki spotykamy się na obiedzie. Staramy się wybrać na tę okoliczność jakieś wyjątkowe miejsce. Trafiamy do restauracji z widokiem na most, który ani trochę nie wydaje mi się przereklamowany. Jego obydwie strony są zwieńczone kamiennymi wieżami. W nich, jak pisze na swoim blogu Dominika Mróz, „stale stacjonowało 160 żołnierzy gotowych bronić mostu”. Taka świadomość robi duże wrażenie. Jeszcze większe zaś, to, co się dzieje na moście. Otóż tego popołudnia co jakiś czas skaczą z niego członkowie „Klubu skakaća u vodu Mostari”. To podobno wielowiekowa tradycja – dowód męstwa i odwagi młodzieńców.
„Skaczą z wysokości ponad dwudziestu metrów. Z kamiennego osmańskiego mostu. W rwącą zimną toń Neretvy. Muszą trafić w miejsce, gdzie woda jest najgłębsza, lecz zagłębienie to ma zaledwie 4 metry średnicy. Do tego muszą to zrobić w pięknym stylu, bez śladu lęku. Nazywa się ich Ikari, czyli Ikarzy” – można przeczytać na stronie: www.kierunekbalkany.pl
Za ich ryzyko płaci obserwująca skoki turystyczna publiczność. Nie wiem niestety nic na temat adekwatności ceny takiego wyczynu do niebezpieczeństwa. Ale o tym, jak jest wielkie, świadczy na pewno reakcja córki naszego gospodarza, gdy mój mąż spytał ją o możliwość kąpieli w Neretvie.
- Nie, nie, proszę nie próbuj tego! – krzyczała przerażona dziewczyna.
No cóż, widać, współcześni Ikarzy przychodzą na świat tylko tu w Bośni.
*
Strasznie przykro nam żegnać Mostar kolejnego dnia. Czujemy się już całkowicie wkręceni w atmosferę jego starego miasta rodem z baśni tysiąca i jednej nocy. Mogłabym bez końca spacerować po zrekonstruowanej we wschodnim stylu starówce i mam wrażenie, że nigdy by  mi się to nie znudziło.
Jak można przeczytać na stronie www.mojebalkany.pl: „Mostarskie stare miasto, odbudowane po ostatnich wojnach, wygląda niemal identycznie, jak za czasów Imperium Osmańskiego. Wąskie kamienne uliczki nad którymi tłoczą się niewielkie, kolorowe domy tureckie tętnią handlowym życiem. Kiedyś towary z dalekich krain, jak i przedmioty codziennego użytku, a dziś sprzedaje się tu turystyczne pamiątki, głównie w formie ludowego rękodzieła, często pochodzącego z warsztatów znajdujących się na zapleczu sklepików. To Kujundziluk – mostarski bazar – którego nazwa pochodzi od nazwiska złotników, którzy tutaj wyrabiali i sprzedawali swoje rękodzieła.”
Dziś najmocniejsze wrażenie robią pamiątki wytworzone z łusek wojennych pocisków, ale może to właśnie jest przykład radzenia sobie mieszkańców Mostaru z historycznie bolesną spuścizną.
Jestem im wdzięczna za to, że nikt mnie na tym bazarze nie nagabuje, nie wciska mi niczego na siłę i w ogóle nie zaczepia w natarczywy sposób. Jakie to inne podejście od tego, czego doświadczyłam w krajach arabskich muzułmanów. Tu mogę się poświecić oglądaniu przedmiotów w takim czasie, w jakim mam ochotę. Nikt mnie nie pospiesza i ja sama nie muszę pospieszać siebie.
Przyjeżdżając do Mostaru, wydawało mi się, tak jak autorowi strony www.biegumwschodni.pl, że to miasto jednego mostu. Ale tu zmienił mi się nie tylko ten pogląd, ale i ogólny obraz  Bośni, Bałkanów, a może nawet całego otaczającego mnie świata, którego to miasto jest częścią.
- To Mostar uratował nasz bałkański wyjazd. – powie na zakończenie pobytu mój mąż.
Tak, to miasto potwornej tragedii, które mimo tego potrafi dać innym szczęście.

*Następna część relacji znajduje się we wpisie: BOŚNIA

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz