Wierzę, że nauka jest dobra na wszystko. We wrześniu
rozpoczynamy ją z mężem na wielu frontach. On zgłasza akces na kolejny
semestr kursu ikonopisania, który rozpoczął w zeszłym roku szkolnym. Dowiaduje
się, że zajęcia zostaną wznowione, gdy tylko kursanci powrócą z Moskwy. Jadą
tam między innymi w celu integracji. Mój mąż, podobnie jak ja, odstawił leki
antydepresyjne i teraz nie chce się z nikim integrować. Od śmierci Bartka nie
szuka w życiu przyjemności, raczej poświęcenia.
W zeszłym miesiącu znalazł ogłoszenie w internecie, które zapowiadało taką możliwość. I to dla nas obojga, bo także mnie już od dawna chodziła po głowie
pomoc w hospicjum. Od razu zapisaliśmy się na prowadzony tam Kurs wolontariuszy medycznych. W tym tygodniu rozpoczęliśmy udział w szkoleniu.
- Bożenko, czy ty
podołasz? – pyta mnie przed spotkaniem w hospicjum zaniepokojona Beata.
- Nie wiem - odpowiadam
zgodnie z prawdą. – Ale przecież śmierć nie może mnie już skrzywdzić bardziej niż to zrobiła.
Oczywiście te słowa
mogą się okazać deklaracją na wyrost. Liczę się z tym. Ale cóż mam
odpowiedzieć, nawet samej sobie, a może przede wszystkim samej sobie?
W zeszły weekend
przyjaciele zaprosili nas do Krakowa na koncert zespołu Hard times. Nie znałam wcześniej jego utworów, jakież to było miłe zaskoczenie, że tak mnie „wciągnęły” w swój
klimat. Mimo tego, że klubowe nagłośnienie okazało się takie sobie i większość słów
niestety do mnie nie docierała. Lecz zakończenie piosenki „Podziemia miasta”
wybrzmiało donośnie i jakby zapisało się
w mojej głowie słowami, które odtwarzają się nieustannie od tamtej pory. „Ale wolę czuć ból
niż nie czuć nic” – wyśpiewał na scenie Łukasz Wiśniewski, a ja podpisuję się
pod tym obydwiema rękami.
W zimne wrześniowe
popołudnie pani doktor z hospicjum zaczyna szkolenie od podstaw – w sposób
definicyjno – historyczny. „Udzielamy gościny, okrywając płaszczem opieki” –
metaforycznie opisuje misję swojej placówki. I powoli zza tych wszystkich słów,
wypowiadanych przez osoby prowadzące, zaczyna wyłaniać się śmierć - hospicyjny mieszkaniec, którego spodziewałam się tu zastać:
„Warunkiem przyjęcia do
hospicjum jest zakończenie leczenia.”
„Chorzy znajdują się w
okresie terminalnym, najczęściej tu umierają, choć bywało już różnie”.
Dopełnieniem tego jest tekst, który czytam
później na stronie internetowej http://www.hospicja.pl/o-hospicjum/co-to-jest-hospicjum:
„Hospicja kierują się zasadą akceptacji
nieuchronności śmierci. Nie stosuje się więc w nich uporczywej terapii, której
celem jest wydłużenie życia pacjenta za wszelką cenę. Hospicja nie prowadzą
diagnostyki czy oceny postępu choroby. Leczenie skupia się na kontrolowaniu
uciążliwych objawów somatycznych i psychicznych.
W hospicjach nie ma respiratorów, nie stosuje się powszechnych w medycynie
ratunkowej wlewów dopaminy czy adrenaliny sztucznie utrzymujących ciśnienie
chorego, nie przetacza się krwi (jeśli zabieg ten jest konieczny, chorego
kieruje się do szpitala). Wreszcie – nie przeprowadza się reanimacji.
PAMIĘTAJ!
W hospicjum nie wydłuża się za wszelką cenę, ani nie skraca życia chorego.”
Jest w tym wszystkim
pokora wobec śmierci. Uznanie, że człowiek nie jest Panem życia, choć zazwyczaj
tak mu się wydaje. Pogodzenie się z losem. Smutek i żal. Przez głowę przewijają się znajome słowa: "ale wolę czuć ból, niż nie czuć nic."
Tego dnia jednak śmierć nie zatriumfuje w hospicjum. Jego była
pielęgniarka, która jest kolejną osobą prowadzającą zajęcia, zdaje się zarażać naszą trochę onieśmieloną grupę swoim
zaangażowaniem w pomaganie. Przypomina oczywiste prawdy, które warto cyklicznie
odświeżać w pamięci. Bo „życie nie kończy się chorobą, trwa do końca”. Więc
trzeba próbować „nie zaniedbać nikogo po drodze”. I pomóc terminalnie chorym do końca żyć. Bo, parafrazując
Kusturicę, nawet najmniejszy okruch życia jest cudem. Póki trwa.
Więc niech żyje ten cud...
Więc niech żyje ten cud...
*
P.s. Ciasto dla rodziny na niedzielę: http://prostegotowanie.blogspot.com/2007/10/ciasto-czekoladowe-murzynek.html (ja zrobiłam wersję z mlekiem, posypką z wiórków czekoladowych, a w polewie, gdzie był wybór między margaryną a masłem, użyłam tego drugiego).Ciasto czekoladowe - Murzynek.
Ostatnio w pracy znajoma dumnie opowiadała jak zrobiła ciasto poczwórnie czekoladowe z przepisu Nigelli Lawson. Brzmiało to naprawdę pysznie i postanowiłam, że takie muszę też spróbować. Tak się złożyło, że wczoraj też natknęłam się na tenże właśnie odcinek programu kulinarnego. I co? Proszę Was - przecież mamy nasze polskie, jeszcze prostsze ciasto, które też można przystroić dodatkową porcją czekolady na wierzchu i nazwać poczwórnym - to przecież nasz murzynek. Powinnam zrobić teraz taką amerykańską minę z szeroko otwartymi oczami i zaintonować odpowiednio amerykańskie -Heloooooo! My przecież też to znamy i to mamy. I też nie przypominam sobie, żeby prostota jego przygotowywania polegała na tym, że wszystkie składniki miksujemy w robocie kuchennym jak ciasto Nigelli, bo takowy raczej powszechnie nie występuje w polskich domach. W przeciwieństwie do domów amerykańskich, gdzie sprzętów i gadżetów jest raczej dużo, tylko że one się nie zużywają, tylko gromadzą kurz. Prostota naszego polskiego murzynka polega na tym, że składników jest mało, są tanie i łatwo dostępne i można go robić przy użyciu miksera lub bez (tylko pianę z białek się wtedy długo ubija). I właśnie dlatego przepis na niego przekazywany jest z pokolenia na pokolenie. Pamiętam, że moja babcia go robiła, a ja dzisiaj dodaję do niego nieco więcej czekolady i czynię z niego ciasto poczwórnie czekoladowe w polskim wydaniu.na okrągłą blachę o średnicy ~30 cm:
- kostka margaryny
- 2 szklanki cukru
- 1 szklanka wody
- 3 łyżki kakao (czarne, gorzkie)
- 2 szklanki mąki + 2 łyżeczki proszku do pieczenia
- 4 jaja
- tabliczka gorzkiej czekolady
- W garnku rozpuszczamy margarynę, cukier, wodę i kakao. Nie powinno się zagotować. Jak się rozpuści - zostawiamy do ostygnięcia, bo w przeciwnym przypadku jajka by zmieniły swoją postać. 10 łyżek zostawiamy do polewy - ja często o tym zapominam, dlatego warto to zrobić na początku.
- Do ostygniętej masy dodajemy mąkę z proszkiem do pieczenia i żółtka - miksujemy lub mieszamy razem.
- Na końcu dodajemy ubite na sztywno białka i połamaną w kostki czekoladę. Warto takie kostki położyć na wierzch ciasta jak już będzie w blasze, one same opadną w trakcie pieczenia, a jeśli pomieszamy od razu, to opadną na dno i tam już zostaną. Trochę czekolady można zetrzeć na tarce i zostawić do posypania ciasta. Ja z tabliczki ścieram trochę czekolady obieraczką do jarzyn lub jeśli chce mieć wiórki to kroję trochę ostrym nożem.
- Ciasto wkładamy do nienagrzanego piekarnika i pieczemy około godziny. Trudno jest podawać czas pieczenia, bo każdy ma inny piekarnik, więc należy zacząć sprawdzać po godzinie czy ciasto jest surowe w środku nakłuwając wykałaczką lub surowym makaronem spaghetti lub drutem do dziergania.
- Polewa czekoladowa: do 10 łyżek zostawionej mikstury dodajemy łyżkę masła lub margaryny, łyżkę kakao i łyżkę cukru i rozgrzewamy. Są dwie opcje: wylewamy polewę na zimne ciasto lub ciepłe ciasto. Ostatni przypadek dotyczy sytuacji jeśli chcemy , aby polewa wsiąkła w ciasto. Jak polewa zacznie gęstnieć, posypujemy czekoladą.
- Proszę - ciasto poczwórnie czekoladowe, czyli murzynek...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz