poniedziałek, 18 września 2017

ODKRYCIE LATA cz.I - Czarnogóra - wszystko nie tak


Część pierwsza

Lato szybko zbliża się ku końcowi, byłam już nawet na jego pożegnaniuJ Szkoda. Ale wiem, że będę miała co wspominać w chłodne jesienno – zimowe wieczory. Myśl o wakacjach w Bośni rozgrzewa mnie od czasu, kiedy trzy lata temu odkryłam to miejsce dla siebie. Rok później napisałam o tym tekst, który chciałabym tu w odcinkach zamieścić. A wszystko przez to, że w tegoroczne wakacje dołożyłam do niego zakończenie - malutki fragment o krótkim przystanku w podróży nad bośniacką rzeką Krupą. Są to więc jakby moje wieloletnie wspomnienia, które łączy jednak wspólny i cały czas aktualny tytuł: „Odkrycie lata”




CZARNOGÓRA  - WSZYSTKO NIE TAK


Po powrocie z Paryża decydujemy się towarzyszyć mojej siostrze i jej rodzinie w objazdówce po Bałkanach. Szwagier chciałby odwiedzić Czarnogórę, która stała się modnym celem wakacyjnych wyjazdów wśród naszych znajomych. Przygotowujemy się w pośpiechu, mamy zaledwie kilka dni na przepakowanie i załatwienie formalności, związanych z wywozem psa poza granice Unii Europejskiej. Luna dostaje paszport, zostaje zaczipowana, musi też uzyskać zgodę na wyjazd od Powiatowego Lekarza Weterynarii. Oczywiście jest to połączone z wniesieniem stosownych opłat na każdym etapie tej procedury.
Wyruszamy późnolipcowym rankiem i jedziemy na miejsce… dwa dni z noclegiem tranzytowym e serbskim Petrovaradinie pośrodku, bo dla Matyldy i Tymka jest to pierwsza tak długa podróż samochodem i trochę się obawiamy, jak moi siostrzeńcy to zniosą. Na szczęście dzieci sprawiły się świetnie, pies też i po osłodzeniu im drogi licznymi przystankami, około północy wjeżdżamy do Budvy, która jest pierwszym celem naszej wyprawy. Co prawda, po drodze dowiadujemy się telefonicznie od naszego przyszłego czarnogórskiego gospodarza, że zakwaterowanie o tej godzinie nie jest przyjęte, ale jakoś udaje nam się go udobruchać opowieścią o tym, w jakich korkach staliśmy na granicy węgiersko – serbskiej (co jest zresztą szczerą prawdą). Uff, wygląda na to, że jednak nie zostaniemy tej nocy bez dachu nad głową.
Noclegi zarezerwowaliśmy przez internet w czterogwiazdkowych apartamentach Jeremic. Nie będziemy oszczędzać na pierwszym wielkim rodzinnym wyjeździe – niech będzie wygodny, wręcz komfortowy, a nawet wypasiony! Po prostu na bogato. Zaliczka została opłacona przez bank, który pobrał za to horrendalną opłatę. Następny kosmiczny wydatek trafi do operatora sieci komórkowej – Monika wydzwania do naszego gospodarza kilkakrotnie z drogi, a potem już dosłownie „wisi na telefonie”, podczas, gdy Jeremic z Belgradu próbuje ją przez godzinę pokierować pod właściwy adres. W tym czasie udaje nam się dość dokładnie „zapoznać się” z okolicą.
- Przecież to jedna wielka dyskoteka! – podsumowuje nasze pierwsze wrażenia Monika.
Ale co tam… Staramy się dzielnie przebrnąć przez to wszystko. Nasze plany czarnogórskiego urlopu jawią się tak atrakcyjnie, że na pewno są warte takich drobnych niedogodności. W końcu przecież dotarliśmy do krainy legendarnych Czerwonych Chorwatów. 
„Pierwsza wzmianka o niej pojawiła się w kronice z XII w.” – dzieło Popa Duklanina, z którym zetknęłam się już wcześniej, zostaje przywołane na stronie „Chorwacja Przewodnik na EasyGo.pl”. Oczywiście z objaśnieniem: „Czerwona Chorwacja to, według tej teorii tereny dzisiejszej Czarnogóry”.
Teksty poświęcone tej „mistycznej krainie” w innych wirtualnych przewodnikach pełne są zachwytów. I niby wszystko to prawda – Czarnogóra jest niezwykle pięknym krajem, ma niesamowite krajobrazy i fantastyczne zabytki. A jednak mimo to, nam nie udało się nią zachwycić. A to dlatego, że nie byliśmy w stanie zebrać tam miłych wspomnień. Po prostu od początku do końca wszystko było nie tak. Na każdym kolejnym etapie naszej podróży.
Już na samym wejściu do apartamentów Jeremica stało się jasne, że nie leżały one nawet przy czterech gwiazdkach, ale byliśmy zbyt zmęczeni dwudniową jazdą, by sobie tym zaprzątać głowy. Czym prędzej zapakowaliśmy się do łóżek, z których w końcu jedno…..zawaliło się pod naszym starszym synem, ukazując, że cała konstrukcja trzymała się tylko na podpórce zwiniętego w rulon starego, zakurzonego dywanu. Pościeli też nie starczyło dla jednej osoby, została doniesiona dopiero rano po interwencji z Belgradu. Poranne oględziny wykazały trochę więcej „mankamentów” apartamentu: drzwiczki od szafek ledwie trzymają się mebli, najlepiej ich nie ruszać, telewizor, który już na pewno nie pamiętał lat swojej świetności, też chyba powinno się zostawić w spokoju, a sprawa przedpotopowych pralek w obydwu naszych łazienkach, wzorcowo pokrytych grzybem, do dziś wydaje mi się po prostu kuriozalna. Cóż, wprawdzie ten sprzęt był na wyposażeniu, ale miał poodcinane wszystkie węże i kable - służył zapewne jedynie jako fotoatrapa dla naiwnych poszukiwaczy czterech czarnogórskich gwiazdek.
Ale co tam… staramy się do tego wszystkiego podejść ze śmiechem i nawet nie zauważać wszechobecnego w pomieszczeniach brudu. Humory mamy wyśmienite, przecież to wreszcie nasze pierwsze wymarzone wakacje z rodziną siostry. Cóż znaczą te drobiazgi wobec wizji codziennych posiadówek nad morzem i z widokiem na morze. Co prawda, na miejscu  okazało się, że centralnie przed naszymi oknami wyrasta szkielet jakiejś budowy, którego nie było na internetowych zdjęciach (pewnie były zrobione duuużo wcześniej), ale zawsze można popatrzeć w inną stronę. Boczny widok też potwierdza, że jesteśmy naprawdę nad piękną zatoką. Poza tym na posiadówki mamy jeszcze ogród. Co prawda miejsca w nim zostało bardzo niewiele po zaparkowaniu na centymetry naszych dwóch samochodów, ale wciąż kuszą drewniane ławy pod wymurowanym z kamienia kominkiem.
Niestety, pierwsza próba zgrilowania w nim wyczekiwanej kolacji, sprowadza nas na ziemię. Kominek jest zamurowany również od góry i cały dym z rozpalonego ognia wędzi naszą grupkę - głodną i spragnioną romantycznej posiadówki na drewnianych ławach. No trudno, skoro już Monika uporządkowała ten teren, wyzamiatała liście oleandrów i wygrabiła wysuszoną trawkę, to będziemy tu siedzieć nawet bez grillowania! Zawsze przecież pozostaje wino i gruszkówka, choć może nie jest to najlepszy plan na pusty żołądek.
Z czasem odkrywamy inny sposób na grillowanie. Za miastem jest spory supermarket. Jego pracownicy obsługują na zewnątrz wielkiego grilla. Jeśli zakupi się mięso właśnie w tym sklepie, to ich usługa jest bezpłatna. Pomysł po prostu genialny. Niestety nie tylko my tak uważamy. Kolejka jest straaasznie długa, na dodatek wszyscy znajomi obsługujących przepuszczani są poza nią, czyli przed nami. No cóż, trzeba to potraktować jako swoistą szkołę walki o swoje prawa. Ale po stoczeniu batalii z całą resztą czarnogórskiej kolejki, która w efekcie się na nas obraża za to, że chcemy ładu i uczciwości w tym chaosie, przynajmniej przestajemy być głodni. Teraz możemy wreszcie poświęcić się plażowaniu!
Albo i nie możemy… Na miejskiej plaży nie można znaleźć miejsca na rozłożenie w pełni jednego (i to tak dosłownie!) ręcznika, za ogrodzeniem zaś jest teren prywatny jakiegoś hotelu. Nawet woda jest tam hotelowa, czego można się dowiedzieć, jeśli się zagalopujemy w te strony, idąc jej brzegiem, a skorzystanie z tamtejszego pomostu jest w ogóle nie do pomyślenia! Gdy jakiś niezorientowany turysta, nie daj Boże, skoczy z niego do morza, to musi się liczyć z natychmiastową, mało przyjemną interwencją służb porządkowych hotelu dla tych „lepszych turystów”. Monika robi jako pierwsza rekonesans i oczywiście wraca na tarczy po tym wątpliwym relaksie.
Ale w okolicy są jeszcze inne plaże. I choć z entuzjazmem wyruszamy na ich poszukiwanie, to miny nam szybko rzedną. Tłok, zamiast piasku betonowe pomosty wpuszczone w morze i koszmarna, zagłuszająca wszystko dyskotekowa muzyka. Jak mieszkańcy Czarnogóry mogą się relaksować w takich warunkach? No i jeszcze sprawa dla nas najważniejsza – z psem nigdzie nie ma prawa wstępu. Raz tylko udało nam się obejść przepisy… oraz straż porządkową i od tyłu dostać się z Luną na skałki za plażą. Było tam luźniej niż na betonie, ale za to czekało nas w tym miejscu bliskie spotkanie z jeżowcami, okupującymi podwodne kamienie. Po takiej kąpieli mój mąż miał przez kilka dni obolałe kolano. Ale za to Luna nie zauważona przez plażową obsługę pospała sobie spokojnie w cieniu krzewów i nikt na jej widok nie krzyczał już z daleka – „nie możno!!!”
Tak w ogóle to wydaje mi się, że mieszkańcy Czarnogóry nie lubią psów. Zostałyśmy z Luną wręcz przepędzone z okolicy budvarskiej cerkwi, gdy czekałyśmy na zwiedzającą resztę rodziny, mimo, że postawiłyśmy nasze sześć nóg jedynie na najdalszy, naprawdę odległy od budynku fragmencik zadeptanego przez ludzi nieogrodzonego trawnika, co do którego nawet nie wiem do teraz, czy był prywatny, czy też nie. Nikt nigdy nie wystawił wody dla spragnionych zwierzaków, ba, nawet nikt nie spojrzał życzliwym okiem na naszą przesympatyczną, kochającą ludzi czworonożną ulubienicę. Jakiż to stanowiło kontrast z nastawieniem do niej innych nacji, których przedstawicieli spotkaliśmy na wycieczce do Dubrownika.
Toteż opuściliśmy Budvę i nasz czterogwiazdkowy, pokryty wieloletnim brudem apartament Jaremic beż najmniejszego żalu. Choć oczywiście nie bez przygód. W dzień wyjazdu zostaliśmy obudzeni wczesnym rankiem głośnym łomotaniem do drzwi. Pani z agencji obsługującej to lokum kazała nam się natychmiast! wyprowadzić, bo oto już przyjechała grupa dziewcząt, która chce się wprowadzić na nasze miejsce! Było to tak absurdalne, że nie do końca miałam pewność, czy aby mi się to jeszcze nie śni. Niestety, to nie był sen. Obrażone czarnogórskie dziewczyny siedziały na drewnianych ławach w ogrodzie i czekały aż się spakujemy, obrzucając nas spojrzeniami pełnymi wyrzutu, że ośmielamy się być jeszcze w miejscu, które im obiecano już od świtu.
Zanim skończyłam szybkie sprzątanie, Pani wymieniła pościel na naszych łóżkach, w których powinniśmy jeszcze smacznie spać, łącznie z tym załamanym, podpieranym przez dywan. Następnie rozkazującym gestem wskazała palcem położony jakieś sto metrów w górę ulicy śmietnik i zażądała, bym wyniosła tam worek ze śmieciami. I wtedy się wreszcie zbuntowałam. Nie to, żebym nie chciała wynieść naszych śmieci – robię to po każdym pobycie w cudzym mieszkaniu, bo nie lubię zostawiać nigdzie swoich brudów. Tyle, że raczej każdy najemca dysponuje czymś takim jak kubeł, umieszczony nie na najbliższej górze tylko w okolicy własnej posesji! I nie rządzi mną jak służbą czy też dziewczyną na posyłki. Zwłaszcza w sytuacji, gdy już i tak w sprawie wykwaterowania przekroczono wszelkie granice przyzwoitości.
Żegnaj Budvo! Z co nieco złośliwą satysfakcją życzę obrażonym dziewczynom z Czarnogóry miłego pobytu. Tylko w myślach, bo nie reagują nawet na słowa pożegnania i wyniośle nas ignorują. Do widzenia! Nie sądzę, żebyśmy tu jeszcze kiedyś wrócili. Niestety nic, co chciałabym wspominać po latach nas tu nie spotkało. Choć trzeba przyznać, że miasto jest pięknie położone i ma ładną część staromiejską. Co prawda, nie z rodzaju tych, jakie lubię, tylko taką bardzo turystyczną -  odpicowaną i nie sprawiającą przez to wrażenia autentycznej. Ale może to poprzednie wizyty we włoskich miastach, gdzie każdy szczegół starówki był naprawdę stary, sprawiły, że teraz rażą mnie kamienne fasady wiekowych budynków wykończone plastikowymi oknami i witrynami.
Z pewną dozą niepewności jedziemy do następnego miejsca noclegowego. Tym razem będzie to rejon Zatoki Kotorskiej. 
Hmm…, w Tivacie mamy zarezerwowane kolejne dwa czterogwiazdkowe apartamenty z widokiem na morze! Mimo pięknych zdjęć w Internecie nie ma już w nas tego optymizmu, z którym przyjechaliśmy do Czarnogóry. No i na miejscu rzeczywiście czeka nas niemiła niespodzianka. Monika wprawdzie dostaje zamówiony apartament na piętrze z wyjściem na widokową werandę, ale na nas czeka mniejsze pomieszczenie w przyziemiu, do tego otoczone wysokim murem zza którego widać tylko fragment sąsiedniego domostwa. Dorobiona przez gospodarza naprędce filozofia do tego faktu głosi, że to ma być dla nas lepsze miejsce, bo pies ma kawałek trawnika przed drzwiami. Tyle, że nad nim unosi się kłębowisko komarów – nie ma mowy o jakiejkolwiek posiadówce na zewnątrz, nawet dla Luny. Moje samopoczucie sięga już prawie dna.
No ale nic, nie trzeba się załamywać. Gospodarz obiecuje, że jutro przeprowadzimy się wyżej i  będziemy mieszkać blisko siostry. Nazajutrz ma wyjechać rodzina z Polski, która jeszcze zajmuje zarezerwowany przez nas apartament. No dobra, jedną noc możemy przeczekać w przyziemiu. Decydujemy się zostać i oglądamy nasze nowe lokum. I tu również łóżko jest  złamane, musimy je podeprzeć od spodu. Ale poza tym zupełnie inaczej niż w Budvie. Apartament pełen jest solidnych  i drogich sprzętów. Pełen aż po brzegi. Gdy chcemy na noc rozłożyć sofę dla chłopców, to musimy wynieść część sprzętów na korytarz, żeby zrobić kawałek miejsca potrzebny na taką operację. No ale nic to, przecież to tylko do jutra. Jutro gospodarz nas stąd wykwateruje. Możemy spać spokojnie.
Dobrze, że nad naszym spokojem czuwała Monika. Inaczej gospodyni zakwaterowałaby w obiecanym nam apartamencie gości z Białorusi, którzy rankiem przyjechali do pensjonatu. No bo przecież my już mieliśmy miejsce noclegowe! Ale moja siostra widząc, co się dzieje, wzięła sprawy w swoje ręce. Najpierw wyprosiła z apartamentu Białorusinów, tłumacząc im, że jest już przez nas od dawna online zarezerwowany. Okazało się jednak, że przez nich też. Trzeba było sprowadzić na pomoc gospodarza, który wszystkich przeprosił za nieporozumienie i na szczęście podtrzymał daną nam obietnicę. Goście z Białorusi mieli zająć apartament w przyziemiu. Kolejna przeprowadzona w Czarnogórze batalia. I kolejne obrażone na nas osoby. Tym razem nie tylko Białorusini, ale także nasza gospodyni. Zaczynam mieć dosyć tego niewymownego oskarżania nas o to, czemu nie jesteśmy w żaden sposób winni.
No ale za to mamy wreszcie nasz upragniony apartament. Co prawda widok z niego jest albo na ulicę, albo na mur sąsiadów, ale rekompensuje to dostęp do werandy. To stamtąd można oglądać wody Zatoki Kotorskiej, zachody słońca i światła Tivatu. Piękne miejsce na wspólne posiadówki. I okazja do oddychania świeżym powietrzem.
Bo niestety, wentylacja w czterogwiazdkowych apartamentach Danica pozostawia wiele do życzenia. Nawet zdradzony przez poprzednich mieszkańców naszego apartamentu sposób nie działa. Mimo zastosowania się do ich rad i zastawiania kratek ściekowych garnkami oraz ręcznikami, w pomieszczeniach śmierdzi kanalizacją. Ale to podobno przypadłość wielu czarnogórskich budynków. Monika spotka się z nią również później w Ulcinj.
Zgodnie z kolejnymi radami poprzednich mieszkańców nie szukamy tym razem plaży w okolicy naszej miejscowości. Według nich najlepsze miejsce znajduje się tuż za parkiem widocznym z naszych okien. Nasi poprzednicy podobno objeździli całą zatokę i nie znaleźli nic lepszego. Park jest miejscem z gatunku, jaki lubię – zapuszczony, ale bardzo klimatyczny. Kiedyś był tu chyba jakiś luksusowy ośrodek wczasowy, teraz między jego ruinami na zielonej trawie pod drzewami pasą się kozy. Ale my do plażowania nie mamy szczęścia – po ostatnich burzach, które odwiedziły Tivat tuż przed nami, przy brzegu zatoki jest trochę błota. A pomieszana z nim woda ma taki kolor, że naprawdę trzeba być bardzo zdesperowanym, żeby do niej wejść. Wiem, że to nie jest wina tego miejsca. Ale jednak opuszczamy Tivat w rozczarowaniu. Żegnamy naszych gospodarzy w zgodzie, już dawno zapomnieliśmy o sprawie zakwaterowania.
Gospodarz bardzo nas zachęca do zwiedzenia Kotoru.
- To taki mały Dubrovnik – przekonuje. Nie bardzo mu wierzymy, ale jedziemy. Bo czy jest gdzieś miejsce, z którym można porównać Dubrovnik? Nie ma! I dobrze. Bo Kotor to dla mnie coś o zupełnie innej urodzie. I zdecydowanie wolałabym kiedyś powrócić do niego niż do zatłoczonej, hałaśliwej chluby południowej Chorwacji. Kotor mnie zachwycił. Szkoda, że mogliśmy mu poświęcić tylko kilka godzin. Bo oto czekały na nas kolejne apartamenty. Tym razem w okolicach Baru. Tak, z widokiem na morze.
Adres? Proszę bardzo – na voucherze z Booking.com jest napisane czarno na białym: Apartmants Lara, Susanj. Tyle że Susanj to, jak czytam później na stronie www.crodea.pl  i jak się okazuje na miejscu: „miejscowość letniskowa, położona na przedmieściach miejscowości Bar (ok. 1km)” I cała jest właściwie złożona z apartamentów i pensjonatów!
Nie chcę się już nawet rozpisywać, dzięki jakim cudom i jakiej pomocy znaleźliśmy właściwe miejsce. W każdym razie kosztowało nas to niemało stresów i czasu. Pokłady entuzjazmu zdążyły nam się do cna wyczerpać. No ale wreszcie zakosztujemy spokoju. I to jeszcze przez całe 2 dni! Znajdujemy się w wystarczającej odległości od głośnej plaży i położonego przy niej ruchliwego centrum, by się wyciszyć i zrelaksować. Nasze apartamenty są położone prawie w najwyższym punkcie miejscowości, bliziutko urokliwego kościółka. I to nic nawet, że tylko jeden z nich ma widok na morze. Ten drugi, przydzielony przybyłej po nas Monice,  jest na parterze, a to trochę za nisko, by cieszyć się w pełni panoramą, jaka rozpościera się z balkonu na piętrze. Nie szkodzi, po tych wszystkich perypetiach, jakie spotkały nas w poprzednich czarnogórskich apartamentach i tak mamy poczucie, że wreszcie dobrze trafiliśmy. Tyle, że wkrótce to poczucie okazuje się złudne,,,
No i już wtedy poczułam się całkowicie oszukana przez Czarnogórców! 
Napisałam nawet reklamację dotyczącą tego pobytu:
 Miejsce było nowe i ładne, ale studia absolutnie nieprzystosowane do noclegu 
dla 4-ch osób (według gospodarzy na rozkładanej sofie miały spać 3 osoby!). 
Nie zrobiliśmy z tego wielkiego problemu i wynajęliśmy jeszcze jedno 4
osobowe studio dla naszych rodzin [tu cena]. I wtedy
właśnie okazało się, że gospodarze anulowali nasz drugi nocleg
[tu data], ponieważ spodziewają się przyjazdu innej rodziny! Żadne
prośby i propozycje (nawet ta, że wyjedziemy [znowu data]  już o 4.00! rano,
żeby gospodyni mogła przygotować miejsca dla następnych gości) nie
pomogły. Zaproponowano nam jedynie przedłużenie pobytu w dniu następnym
(tego wieczoru byliśmy już wykończeni wielogodzinnym szukaniem
apartamentu Lara), żebyśmy mogli znaleźć w internecie kolejny apartament
na następną noc. Próbowaliśmy to zrobić. Poświęciliśmy wiele czasu na
następne szukanie - niestety bez skutku. Była pełnia sezonu wakacyjnego,
a my stanowiliśmy sporą grupę - 8 osób + duży pies. Wydarzenie to
całkowicie zniszczyło nasz pobyt w Susanj (poświęcony tylko na
nieustanne poszukiwania) oraz rodzinny plan wspólnych wakacji. Byliśmy
zmuszeni rozdzielić się z rodziną siostry. [tu nazwisko szwagra] znalazł w
końcu nocleg dla ich rodziny w Ulcinj (był tylko 1 wolny apartament w
interesującym nas miejscu, pies niedozwolony). Nam nie udało się znaleźć
na tę noc w przyzwoitej cenie żadnego apartamentu przyjaznego zwierzętom
ani w okolicy Susanj, ani też w Ulcinj, gdzie chcieliśmy docelowo
dotrzeć. (…) Rozczarowani gościnnością czarnogórskich gospodarzy, 

opuściliśmy ten kraj i udaliśmy się do Bośni…”
Reklamacja niestety nie została rozpatrzona, ponieważ apartament Lara w momencie jej napisania zniknął już z oferty Booking.com. Gdy się znów pojawił, to według pośrednika było już za późno na rozpatrzenie sprawy. Nawet jeśli nie domagałam się żadnej finansowej rekompensaty. Chciałam po prostu, by dla dobra innych turystów Booking.com zwrócił uwagę na działania najemcy. No i to by było na tyle o pośrednikach.
Na tym więc kończy się opowieść o naszej czarnogórskiej przygodzie. A także historia o tym jak można pokonać drogę z mega entuzjazmu do mega zawodu. Męska część mojej rodziny nawet nie chce słyszeć o dłuższym pobycie w Czarnogórze. Ja z rozpaczą żegnam się z Moniką i jej rodziną. Mamy jeszcze kilka godzin do rozpoczęcia nocnej podróży do Mostaru. Próbujemy je jakoś sensownie spędzić w Barze. Ale i tak nic mnie już nie cieszy. Zwiedzamy śliczne ruiny Starego Baru. Potem wracamy na plażę Sosanj, która wreszcie pustoszeje z nadejściem wieczoru. Ale mimo to nie można przysiąść nawet na skraju jednego z nieużywanych w ciemnościach leżaków. Panowie z obsługi plaży są mistrzami w dopilnowywaniu, by nikt za darmo przypadkiem z niczego nie skorzystał. Od razu podbiegają do mojej zmęczonej całym dniem rodziny, krzycząc już z daleka, że „nie możno!”
My z Luną nawet nie próbujemy zbliżyć się do plaży. Ale gdy tylko przysiadamy na najwyższym! ze stopni, które do niej prowadzą, to też się dowiadujemy, że „nie możno”. Mam już szczerze dosyć słuchania tych ciągłych zakazów. Pora się stąd zbierać. Chłopaki pośpiesznie kończą zabawę w morzu. Wsiadamy do samochodu i nie oglądając się wstecz, zatrzaskujemy drzwi za sobą. Ruszamy. I jeszcze długo w czasie jazdy rozbrzmiewają nam w uszach słowa: „nie możno! Nie możno!! Nie możno!!!”


*Następna część relacji znajduje się we wpisie: BAŁKANY BEZ CZTERECH GWIAZDEK - Medjugorie

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz