Część pierwsza
Lato
szybko zbliża się ku końcowi, byłam już nawet na jego pożegnaniuJ Szkoda. Ale wiem, że będę miała
co wspominać w chłodne jesienno – zimowe wieczory. Myśl o wakacjach w Bośni
rozgrzewa mnie od czasu, kiedy trzy lata temu odkryłam to miejsce dla siebie.
Rok później napisałam o tym tekst, który chciałabym tu w odcinkach zamieścić. A
wszystko przez to, że w tegoroczne wakacje dołożyłam do niego zakończenie - malutki
fragment o krótkim przystanku w podróży nad bośniacką rzeką Krupą. Są to więc
jakby moje wieloletnie wspomnienia, które łączy jednak wspólny i cały czas
aktualny tytuł: „Odkrycie lata”
CZARNOGÓRA - WSZYSTKO
NIE TAK
Po powrocie z Paryża
decydujemy się towarzyszyć mojej siostrze i jej rodzinie w objazdówce po
Bałkanach. Szwagier chciałby odwiedzić Czarnogórę, która stała się modnym celem
wakacyjnych wyjazdów wśród naszych znajomych. Przygotowujemy się w pośpiechu,
mamy zaledwie kilka dni na przepakowanie i załatwienie formalności, związanych
z wywozem psa poza granice Unii Europejskiej. Luna dostaje paszport, zostaje
zaczipowana, musi też uzyskać zgodę na wyjazd od Powiatowego Lekarza Weterynarii.
Oczywiście jest to połączone z wniesieniem stosownych opłat na każdym etapie
tej procedury.
Wyruszamy późnolipcowym
rankiem i jedziemy na miejsce… dwa dni z noclegiem tranzytowym e serbskim Petrovaradinie pośrodku, bo dla
Matyldy i Tymka jest to pierwsza tak długa podróż samochodem i trochę się
obawiamy, jak moi siostrzeńcy to zniosą. Na szczęście dzieci sprawiły się
świetnie, pies też i po osłodzeniu im drogi licznymi przystankami, około
północy wjeżdżamy do Budvy, która jest pierwszym celem naszej wyprawy. Co
prawda, po drodze dowiadujemy się telefonicznie od naszego przyszłego czarnogórskiego gospodarza, że zakwaterowanie o tej godzinie nie jest przyjęte,
ale jakoś udaje nam się go udobruchać opowieścią o tym, w jakich korkach
staliśmy na granicy węgiersko – serbskiej (co jest zresztą szczerą prawdą). Uff,
wygląda na to, że jednak nie zostaniemy tej nocy bez dachu nad głową.
Noclegi
zarezerwowaliśmy przez internet w czterogwiazdkowych apartamentach Jeremic. Nie
będziemy oszczędzać na pierwszym wielkim rodzinnym wyjeździe – niech będzie
wygodny, wręcz komfortowy, a nawet wypasiony! Po prostu na bogato. Zaliczka
została opłacona przez bank, który pobrał za to horrendalną opłatę. Następny
kosmiczny wydatek trafi do operatora sieci komórkowej – Monika wydzwania do
naszego gospodarza kilkakrotnie z drogi, a potem już dosłownie „wisi na
telefonie”, podczas, gdy Jeremic z Belgradu próbuje ją przez godzinę pokierować
pod właściwy adres. W tym czasie udaje nam się dość dokładnie „zapoznać się” z
okolicą.
- Przecież to jedna
wielka dyskoteka! – podsumowuje nasze pierwsze wrażenia Monika.
Ale co tam… Staramy się
dzielnie przebrnąć przez to wszystko. Nasze plany czarnogórskiego urlopu jawią
się tak atrakcyjnie, że na pewno są warte takich drobnych niedogodności. W
końcu przecież dotarliśmy do krainy legendarnych Czerwonych Chorwatów.
„Pierwsza wzmianka o niej pojawiła się w kronice z XII w.” – dzieło Popa
Duklanina, z którym zetknęłam się już wcześniej, zostaje przywołane na
stronie „Chorwacja Przewodnik na EasyGo.pl”. Oczywiście z objaśnieniem:
„Czerwona Chorwacja to, według tej teorii tereny dzisiejszej Czarnogóry”.
Teksty poświęcone tej
„mistycznej krainie” w innych wirtualnych przewodnikach pełne są zachwytów. I
niby wszystko to prawda – Czarnogóra jest niezwykle pięknym krajem, ma niesamowite
krajobrazy i fantastyczne zabytki. A jednak mimo to, nam nie udało się nią
zachwycić. A to dlatego, że nie byliśmy w stanie zebrać tam miłych wspomnień.
Po prostu od początku do końca wszystko było nie tak. Na każdym kolejnym etapie
naszej podróży.
Już na samym wejściu do
apartamentów Jeremica stało się jasne, że nie leżały one nawet przy czterech
gwiazdkach, ale byliśmy zbyt zmęczeni dwudniową jazdą, by sobie tym zaprzątać
głowy. Czym prędzej zapakowaliśmy się do łóżek, z których w końcu jedno…..zawaliło
się pod naszym starszym synem, ukazując, że cała konstrukcja trzymała się tylko
na podpórce zwiniętego w rulon starego, zakurzonego dywanu. Pościeli też nie
starczyło dla jednej osoby, została doniesiona dopiero rano po interwencji z
Belgradu. Poranne oględziny wykazały trochę więcej „mankamentów” apartamentu:
drzwiczki od szafek ledwie trzymają się mebli, najlepiej ich nie ruszać, telewizor,
który już na pewno nie pamiętał lat swojej świetności, też chyba powinno się zostawić w
spokoju, a sprawa przedpotopowych pralek w obydwu naszych łazienkach, wzorcowo pokrytych
grzybem, do dziś wydaje mi się po prostu kuriozalna. Cóż, wprawdzie ten sprzęt
był na wyposażeniu, ale miał poodcinane wszystkie węże i kable - służył zapewne jedynie
jako fotoatrapa dla naiwnych poszukiwaczy czterech czarnogórskich gwiazdek.
Ale co tam… staramy się
do tego wszystkiego podejść ze śmiechem i nawet nie zauważać wszechobecnego w
pomieszczeniach brudu. Humory mamy wyśmienite, przecież to wreszcie nasze
pierwsze wymarzone wakacje z rodziną siostry. Cóż znaczą te drobiazgi wobec
wizji codziennych posiadówek nad morzem i z widokiem na morze. Co prawda, na
miejscu okazało się, że centralnie przed naszymi
oknami wyrasta szkielet jakiejś budowy, którego nie było na internetowych zdjęciach
(pewnie były zrobione duuużo wcześniej), ale zawsze można popatrzeć w inną
stronę. Boczny widok też potwierdza, że jesteśmy naprawdę nad piękną zatoką. Poza
tym na posiadówki mamy jeszcze ogród. Co prawda miejsca w nim zostało bardzo
niewiele po zaparkowaniu na centymetry naszych dwóch samochodów, ale wciąż kuszą
drewniane ławy pod wymurowanym z kamienia kominkiem.
Niestety, pierwsza
próba zgrilowania w nim wyczekiwanej kolacji, sprowadza nas na ziemię. Kominek
jest zamurowany również od góry i cały dym z rozpalonego ognia wędzi naszą grupkę
- głodną i spragnioną romantycznej posiadówki na drewnianych ławach. No trudno,
skoro już Monika uporządkowała ten teren, wyzamiatała liście oleandrów i
wygrabiła wysuszoną trawkę, to będziemy tu siedzieć nawet bez grillowania!
Zawsze przecież pozostaje wino i gruszkówka, choć może nie jest to najlepszy plan na pusty
żołądek.
Z czasem odkrywamy inny
sposób na grillowanie. Za miastem jest spory supermarket. Jego pracownicy
obsługują na zewnątrz wielkiego grilla. Jeśli zakupi się mięso właśnie w tym
sklepie, to ich usługa jest bezpłatna. Pomysł po prostu genialny. Niestety nie
tylko my tak uważamy. Kolejka jest straaasznie długa, na dodatek wszyscy
znajomi obsługujących przepuszczani są poza nią, czyli przed nami. No cóż,
trzeba to potraktować jako swoistą szkołę walki o swoje prawa. Ale po stoczeniu
batalii z całą resztą czarnogórskiej kolejki, która w efekcie się na nas obraża za to, że chcemy ładu i uczciwości w tym chaosie, przynajmniej przestajemy być
głodni. Teraz możemy wreszcie poświęcić się plażowaniu!
Albo i nie możemy… Na
miejskiej plaży nie można znaleźć miejsca na rozłożenie w pełni jednego (i to tak dosłownie!) ręcznika,
za ogrodzeniem zaś jest teren prywatny jakiegoś hotelu. Nawet woda jest tam
hotelowa, czego można się dowiedzieć, jeśli się zagalopujemy w te strony, idąc
jej brzegiem, a skorzystanie z tamtejszego pomostu jest w ogóle nie do
pomyślenia! Gdy jakiś niezorientowany turysta, nie daj Boże, skoczy z niego do
morza, to musi się liczyć z natychmiastową, mało przyjemną interwencją służb
porządkowych hotelu dla tych „lepszych turystów”. Monika robi jako pierwsza
rekonesans i oczywiście wraca na tarczy po tym wątpliwym relaksie.
Ale w okolicy są
jeszcze inne plaże. I choć z entuzjazmem wyruszamy na ich poszukiwanie, to miny
nam szybko rzedną. Tłok, zamiast piasku betonowe pomosty wpuszczone w morze i
koszmarna, zagłuszająca wszystko dyskotekowa muzyka. Jak mieszkańcy Czarnogóry
mogą się relaksować w takich warunkach? No i jeszcze sprawa dla nas najważniejsza
– z psem nigdzie nie ma prawa wstępu. Raz tylko udało nam się obejść przepisy…
oraz straż porządkową i od tyłu dostać się z Luną na skałki za plażą. Było tam
luźniej niż na betonie, ale za to czekało nas w tym miejscu bliskie spotkanie z
jeżowcami, okupującymi podwodne kamienie. Po takiej kąpieli mój mąż miał przez
kilka dni obolałe kolano. Ale za to Luna nie zauważona przez plażową obsługę pospała sobie spokojnie w cieniu krzewów i nikt na jej widok nie krzyczał już z daleka – „nie możno!!!”
Tak w ogóle to wydaje
mi się, że mieszkańcy Czarnogóry nie lubią psów. Zostałyśmy z Luną wręcz przepędzone
z okolicy budvarskiej cerkwi, gdy czekałyśmy na zwiedzającą resztę rodziny,
mimo, że postawiłyśmy nasze sześć nóg jedynie na najdalszy, naprawdę odległy od budynku
fragmencik zadeptanego przez ludzi nieogrodzonego trawnika, co do którego nawet
nie wiem do teraz, czy był prywatny, czy też nie. Nikt nigdy nie wystawił wody dla
spragnionych zwierzaków, ba, nawet nikt nie spojrzał życzliwym okiem na naszą
przesympatyczną, kochającą ludzi czworonożną ulubienicę. Jakiż to stanowiło kontrast z
nastawieniem do niej innych nacji, których przedstawicieli spotkaliśmy na
wycieczce do Dubrownika.
Toteż opuściliśmy Budvę
i nasz czterogwiazdkowy, pokryty wieloletnim brudem apartament Jaremic beż najmniejszego żalu. Choć oczywiście nie bez przygód. W dzień wyjazdu zostaliśmy
obudzeni wczesnym rankiem głośnym łomotaniem do drzwi. Pani z agencji
obsługującej to lokum kazała nam się natychmiast! wyprowadzić, bo oto już
przyjechała grupa dziewcząt, która chce się wprowadzić na nasze miejsce! Było
to tak absurdalne, że nie do końca miałam pewność, czy aby mi się to jeszcze
nie śni. Niestety, to nie był sen. Obrażone czarnogórskie dziewczyny siedziały
na drewnianych ławach w ogrodzie i czekały aż się spakujemy, obrzucając nas spojrzeniami
pełnymi wyrzutu, że ośmielamy się być jeszcze w miejscu, które im obiecano już od
świtu.
Zanim skończyłam szybkie sprzątanie, Pani wymieniła pościel na naszych łóżkach, w których powinniśmy jeszcze
smacznie spać, łącznie z tym załamanym, podpieranym przez dywan. Następnie rozkazującym gestem wskazała palcem położony jakieś sto metrów w górę ulicy śmietnik i zażądała,
bym wyniosła tam worek ze śmieciami. I wtedy się wreszcie zbuntowałam. Nie to,
żebym nie chciała wynieść naszych śmieci – robię to po każdym pobycie w cudzym
mieszkaniu, bo nie lubię zostawiać nigdzie swoich brudów. Tyle, że raczej każdy
najemca dysponuje czymś takim jak kubeł, umieszczony nie na najbliższej górze
tylko w okolicy własnej posesji! I nie rządzi mną jak służbą czy też dziewczyną na
posyłki. Zwłaszcza w sytuacji, gdy już i tak w sprawie wykwaterowania
przekroczono wszelkie granice przyzwoitości.
Żegnaj Budvo! Z co
nieco złośliwą satysfakcją życzę obrażonym dziewczynom z Czarnogóry miłego pobytu. Tylko w
myślach, bo nie reagują nawet na słowa pożegnania i wyniośle nas ignorują. Do
widzenia! Nie sądzę, żebyśmy tu jeszcze kiedyś wrócili. Niestety nic, co
chciałabym wspominać po latach nas tu nie spotkało. Choć trzeba przyznać, że
miasto jest pięknie położone i ma ładną część staromiejską. Co prawda, nie z rodzaju tych, jakie lubię, tylko taką bardzo turystyczną - odpicowaną i nie sprawiającą przez to wrażenia
autentycznej. Ale może to poprzednie wizyty we włoskich miastach, gdzie każdy
szczegół starówki był naprawdę stary, sprawiły, że teraz rażą mnie kamienne
fasady wiekowych budynków wykończone plastikowymi oknami i witrynami.
Z pewną dozą
niepewności jedziemy do następnego miejsca noclegowego. Tym razem będzie to
rejon Zatoki Kotorskiej.
Hmm…, w Tivacie mamy zarezerwowane kolejne dwa
czterogwiazdkowe apartamenty z widokiem na morze! Mimo pięknych zdjęć w
Internecie nie ma już w nas tego optymizmu, z którym przyjechaliśmy do
Czarnogóry. No i na miejscu rzeczywiście czeka nas niemiła niespodzianka.
Monika wprawdzie dostaje zamówiony apartament na piętrze z wyjściem na widokową
werandę, ale na nas czeka mniejsze pomieszczenie w przyziemiu, do tego otoczone
wysokim murem zza którego widać tylko fragment sąsiedniego domostwa. Dorobiona
przez gospodarza naprędce filozofia do tego faktu głosi, że to ma być dla nas
lepsze miejsce, bo pies ma kawałek trawnika przed drzwiami. Tyle, że nad nim
unosi się kłębowisko komarów – nie ma mowy o jakiejkolwiek posiadówce na zewnątrz,
nawet dla Luny. Moje samopoczucie sięga już prawie dna.
No ale nic, nie trzeba
się załamywać. Gospodarz obiecuje, że jutro przeprowadzimy się wyżej i będziemy mieszkać blisko siostry. Nazajutrz
ma wyjechać rodzina z Polski, która jeszcze zajmuje zarezerwowany przez nas
apartament. No dobra, jedną noc możemy przeczekać w przyziemiu. Decydujemy się
zostać i oglądamy nasze nowe lokum. I tu również łóżko jest złamane, musimy je podeprzeć od spodu. Ale poza
tym zupełnie inaczej niż w Budvie. Apartament pełen jest solidnych i drogich sprzętów. Pełen aż po brzegi. Gdy
chcemy na noc rozłożyć sofę dla chłopców, to musimy wynieść część sprzętów na
korytarz, żeby zrobić kawałek miejsca potrzebny na taką operację. No ale nic
to, przecież to tylko do jutra. Jutro gospodarz nas stąd wykwateruje. Możemy spać
spokojnie.
Dobrze, że nad naszym
spokojem czuwała Monika. Inaczej gospodyni zakwaterowałaby w obiecanym nam
apartamencie gości z Białorusi, którzy rankiem przyjechali do pensjonatu. No bo
przecież my już mieliśmy miejsce noclegowe! Ale moja siostra widząc, co się dzieje,
wzięła sprawy w swoje ręce. Najpierw wyprosiła z apartamentu Białorusinów,
tłumacząc im, że jest już przez nas od dawna online zarezerwowany. Okazało się jednak, że przez
nich też. Trzeba było sprowadzić na pomoc gospodarza, który wszystkich
przeprosił za nieporozumienie i na szczęście podtrzymał daną nam obietnicę.
Goście z Białorusi mieli zająć apartament w przyziemiu. Kolejna przeprowadzona
w Czarnogórze batalia. I kolejne obrażone na nas osoby. Tym razem nie tylko
Białorusini, ale także nasza gospodyni. Zaczynam mieć dosyć tego niewymownego oskarżania
nas o to, czemu nie jesteśmy w żaden sposób winni.
No ale za to mamy
wreszcie nasz upragniony apartament. Co prawda widok z niego jest albo na
ulicę, albo na mur sąsiadów, ale rekompensuje to dostęp do werandy. To stamtąd
można oglądać wody Zatoki Kotorskiej, zachody słońca i światła Tivatu. Piękne
miejsce na wspólne posiadówki. I okazja do oddychania świeżym powietrzem.
Bo niestety, wentylacja
w czterogwiazdkowych apartamentach Danica pozostawia wiele do życzenia. Nawet
zdradzony przez poprzednich mieszkańców naszego apartamentu sposób nie działa.
Mimo zastosowania się do ich rad i zastawiania kratek ściekowych garnkami oraz
ręcznikami, w pomieszczeniach śmierdzi kanalizacją. Ale to podobno przypadłość
wielu czarnogórskich budynków. Monika spotka się z nią również później w Ulcinj.
Zgodnie z kolejnymi
radami poprzednich mieszkańców nie szukamy tym razem plaży w okolicy naszej
miejscowości. Według nich najlepsze miejsce znajduje się tuż za parkiem widocznym
z naszych okien. Nasi poprzednicy podobno objeździli całą zatokę i nie znaleźli
nic lepszego. Park jest miejscem z gatunku, jaki lubię – zapuszczony, ale
bardzo klimatyczny. Kiedyś był tu chyba jakiś luksusowy ośrodek wczasowy, teraz
między jego ruinami na zielonej trawie pod drzewami pasą się kozy. Ale my do
plażowania nie mamy szczęścia – po ostatnich burzach, które odwiedziły Tivat tuż przed nami, przy brzegu zatoki jest trochę błota. A pomieszana z nim woda ma taki
kolor, że naprawdę trzeba być bardzo zdesperowanym, żeby do niej wejść. Wiem,
że to nie jest wina tego miejsca. Ale jednak opuszczamy Tivat w rozczarowaniu. Żegnamy
naszych gospodarzy w zgodzie, już dawno zapomnieliśmy o sprawie zakwaterowania.
Gospodarz bardzo nas
zachęca do zwiedzenia Kotoru.
- To taki mały
Dubrovnik – przekonuje. Nie bardzo mu wierzymy, ale jedziemy. Bo czy jest gdzieś
miejsce, z którym można porównać Dubrovnik? Nie ma! I dobrze. Bo Kotor
to dla mnie coś o zupełnie innej urodzie. I zdecydowanie wolałabym kiedyś powrócić
do niego niż do zatłoczonej, hałaśliwej chluby południowej Chorwacji. Kotor
mnie zachwycił. Szkoda, że mogliśmy mu poświęcić tylko kilka godzin. Bo oto
czekały na nas kolejne apartamenty. Tym razem w okolicach Baru. Tak, z widokiem
na morze.
Adres? Proszę bardzo –
na voucherze z Booking.com jest napisane czarno na białym: Apartmants Lara, Susanj. Tyle że
Susanj to, jak czytam później na stronie www.crodea.pl i jak się okazuje na miejscu: „miejscowość
letniskowa, położona na przedmieściach miejscowości Bar (ok. 1km)” I cała jest
właściwie złożona z apartamentów i pensjonatów!
Nie chcę się już nawet
rozpisywać, dzięki jakim cudom i jakiej pomocy znaleźliśmy właściwe miejsce. W
każdym razie kosztowało nas to niemało stresów i czasu. Pokłady entuzjazmu zdążyły nam
się do cna wyczerpać. No ale wreszcie zakosztujemy spokoju. I to jeszcze przez
całe 2 dni! Znajdujemy się w wystarczającej odległości od głośnej plaży i położonego przy niej ruchliwego centrum, by się wyciszyć i zrelaksować. Nasze apartamenty
są położone prawie w najwyższym punkcie miejscowości, bliziutko urokliwego
kościółka. I to nic nawet, że tylko jeden z nich ma widok na morze. Ten drugi,
przydzielony przybyłej po nas Monice, jest na parterze, a
to trochę za nisko, by cieszyć się w pełni panoramą, jaka rozpościera się z
balkonu na piętrze. Nie szkodzi, po tych wszystkich perypetiach, jakie spotkały nas w poprzednich czarnogórskich apartamentach i tak mamy poczucie, że wreszcie
dobrze trafiliśmy. Tyle, że wkrótce to poczucie okazuje się złudne,,,
No i już wtedy poczułam się całkowicie oszukana przez Czarnogórców!
Napisałam nawet reklamację dotyczącą tego pobytu:
Napisałam nawet reklamację dotyczącą tego pobytu:
„ Miejsce było nowe i ładne, ale studia absolutnie nieprzystosowane do
noclegu
dla 4-ch osób (według gospodarzy na rozkładanej sofie miały spać 3 osoby!).
Nie zrobiliśmy z tego wielkiego problemu i wynajęliśmy jeszcze jedno 4
osobowe studio dla naszych rodzin [tu cena]. I wtedy
właśnie okazało się, że gospodarze anulowali nasz drugi nocleg
[tu data], ponieważ spodziewają się przyjazdu innej rodziny! Żadne
prośby i propozycje (nawet ta, że wyjedziemy [znowu data] już o 4.00! rano,
żeby gospodyni mogła przygotować miejsca dla następnych gości) nie
pomogły. Zaproponowano nam jedynie przedłużenie pobytu w dniu następnym
(tego wieczoru byliśmy już wykończeni wielogodzinnym szukaniem
apartamentu Lara), żebyśmy mogli znaleźć w internecie kolejny apartament
na następną noc. Próbowaliśmy to zrobić. Poświęciliśmy wiele czasu na
następne szukanie - niestety bez skutku. Była pełnia sezonu wakacyjnego,
a my stanowiliśmy sporą grupę - 8 osób + duży pies. Wydarzenie to
całkowicie zniszczyło nasz pobyt w Susanj (poświęcony tylko na
nieustanne poszukiwania) oraz rodzinny plan wspólnych wakacji. Byliśmy
zmuszeni rozdzielić się z rodziną siostry. [tu nazwisko szwagra] znalazł w
końcu nocleg dla ich rodziny w Ulcinj (był tylko 1 wolny apartament w
interesującym nas miejscu, pies niedozwolony). Nam nie udało się znaleźć
na tę noc w przyzwoitej cenie żadnego apartamentu przyjaznego zwierzętom
ani w okolicy Susanj, ani też w Ulcinj, gdzie chcieliśmy docelowo
dotrzeć. (…) Rozczarowani gościnnością czarnogórskich gospodarzy,
opuściliśmy ten kraj i udaliśmy się do Bośni…”
dla 4-ch osób (według gospodarzy na rozkładanej sofie miały spać 3 osoby!).
Nie zrobiliśmy z tego wielkiego problemu i wynajęliśmy jeszcze jedno 4
osobowe studio dla naszych rodzin [tu cena]. I wtedy
właśnie okazało się, że gospodarze anulowali nasz drugi nocleg
[tu data], ponieważ spodziewają się przyjazdu innej rodziny! Żadne
prośby i propozycje (nawet ta, że wyjedziemy [znowu data] już o 4.00! rano,
żeby gospodyni mogła przygotować miejsca dla następnych gości) nie
pomogły. Zaproponowano nam jedynie przedłużenie pobytu w dniu następnym
(tego wieczoru byliśmy już wykończeni wielogodzinnym szukaniem
apartamentu Lara), żebyśmy mogli znaleźć w internecie kolejny apartament
na następną noc. Próbowaliśmy to zrobić. Poświęciliśmy wiele czasu na
następne szukanie - niestety bez skutku. Była pełnia sezonu wakacyjnego,
a my stanowiliśmy sporą grupę - 8 osób + duży pies. Wydarzenie to
całkowicie zniszczyło nasz pobyt w Susanj (poświęcony tylko na
nieustanne poszukiwania) oraz rodzinny plan wspólnych wakacji. Byliśmy
zmuszeni rozdzielić się z rodziną siostry. [tu nazwisko szwagra] znalazł w
końcu nocleg dla ich rodziny w Ulcinj (był tylko 1 wolny apartament w
interesującym nas miejscu, pies niedozwolony). Nam nie udało się znaleźć
na tę noc w przyzwoitej cenie żadnego apartamentu przyjaznego zwierzętom
ani w okolicy Susanj, ani też w Ulcinj, gdzie chcieliśmy docelowo
dotrzeć. (…) Rozczarowani gościnnością czarnogórskich gospodarzy,
opuściliśmy ten kraj i udaliśmy się do Bośni…”
Reklamacja niestety nie została rozpatrzona, ponieważ apartament Lara w
momencie jej napisania zniknął już z oferty Booking.com. Gdy się znów pojawił,
to według pośrednika było już za późno na rozpatrzenie sprawy. Nawet jeśli nie
domagałam się żadnej finansowej rekompensaty. Chciałam po prostu, by dla dobra innych turystów Booking.com zwrócił uwagę na działania najemcy. No i to by było na tyle o pośrednikach.
Na tym więc kończy się opowieść o naszej czarnogórskiej przygodzie. A także historia o tym jak można pokonać drogę z mega entuzjazmu do mega zawodu. Męska część
mojej rodziny nawet nie chce słyszeć o dłuższym pobycie w Czarnogórze. Ja z
rozpaczą żegnam się z Moniką i jej rodziną. Mamy jeszcze kilka godzin do
rozpoczęcia nocnej podróży do Mostaru. Próbujemy je jakoś sensownie spędzić w
Barze. Ale i tak nic mnie już nie cieszy. Zwiedzamy śliczne ruiny Starego Baru.
Potem wracamy na plażę Sosanj, która wreszcie pustoszeje z nadejściem wieczoru.
Ale mimo to nie można przysiąść nawet na skraju jednego z nieużywanych w
ciemnościach leżaków. Panowie z obsługi plaży są mistrzami w dopilnowywaniu, by
nikt za darmo przypadkiem z niczego nie skorzystał. Od razu podbiegają do mojej
zmęczonej całym dniem rodziny, krzycząc już z daleka, że „nie możno!”
My z Luną nawet nie próbujemy zbliżyć się do plaży. Ale gdy tylko
przysiadamy na najwyższym! ze stopni, które do niej prowadzą, to też się
dowiadujemy, że „nie możno”. Mam już szczerze dosyć słuchania tych ciągłych
zakazów. Pora się stąd zbierać. Chłopaki pośpiesznie kończą zabawę w morzu.
Wsiadamy do samochodu i nie oglądając się wstecz, zatrzaskujemy drzwi za sobą.
Ruszamy. I jeszcze długo w czasie jazdy rozbrzmiewają nam w uszach słowa: „nie
możno! Nie możno!! Nie możno!!!”
*Następna część relacji znajduje się we wpisie: BAŁKANY BEZ CZTERECH GWIAZDEK - Medjugorie
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz