Poprzednia część relacji znajduje się we wpisie: BOŚNIA
CZĘŚĆ V RELACJI "ODKRYCIE LATA"
Chcąc poszerzyć wiedzę o Bośni, korzystamy z
„najlepszego przewodnika tekstowego” - Beata
i Paweł Pomykalscy otrzymali za tę pozycję Nagrodę Magellana w 2012 roku. Z
zaufaniem więc podchodzimy do podanych przez nich informacji, próbując jak
najlepiej zrozumieć bośniackie realia, głównie w odniesieniu do mieszkańców
tego kraju:
„W Bośni tożsamość
narodowa ukształtowała się na zasadzie wyznaniowej. Katolicy zaczęli uznawać
się za Chorwatów, prawosławni za Serbów, a zislamizowana ludność słowiańska –
za muzułmanów w znaczeniu narodowościowym.”
Historia tego procesu
była tak samo trudna, jak wszystkie inne aspekty życia na tych ziemiach. W rozdziale
pt. „Bośnia w Imperium Otomańskim”, czytamy, że w tym okresie historycznym „jedynie
wyznawcy islamu byli uznawani za ludzi wolnych i cieszyli się pełnymi prawami
(…) Na sytuację ludności nie miała natomiast w Turcji wpływu przynależność
społeczna i etniczna. Po przyjęciu islamu każdy stawał się pełnoprawnym
obywatelem imperium.”
Oto więc dlaczego w Bośni
w tamtych czasach niektórzy chcieli być muzułmanami. W odróżnieniu od nich
„Chrześcijanom, zwanym giaurami, nie
przysługiwała opieka państwa, nie mogli nosić broni, budować nowych kościołów i
cerkwi, okazałych i ozdobnych domów, jeździć na dobrych koniach. Nie służyli w
tureckim wojsku, lecz musieli w zamian opłacać specjalny podatek pogłówny, a w
czasie wojen nakładano na nich dodatkowe podatki, które często pozostawały już
na stałe. Niewierni byli ponadto zobowiązani do budowy twierdz i dróg oraz
aprowizacji wojska.”
O tym, jak
dotkliwe były te obciążenia finansowe i
materialne na przestrzeni dziejów pisze Jarosław Rubacha z Uniwersytetu
Warmińsko – Mazurskiego („Polityka Turcji wobec narodów i państw bałkańskich
na przełomie XIX i XX w.”) Niestety nie wszyscy mogli podołać nakładanym na
nich należnościom. Co wtedy? Między innymi na to pytanie odpowiada Agnieszka
Kuriata w pracy pt „Dżizja – muzułmański podatek pobierany od innowierców.
Zarys tematyki”:
Czytamy tam: „W razie nieuiszczenia
opłaty, dopuszczalna była kara pozbawienia wolności do momentu wywiązania się z
obowiązku [czyli można założyć, że czasem do końca swoich dni – przyp.aut.] lub
oddanie w zastaw kobiet i dzieci, które miały pracować jako niewolnice przez
okres 2 lat za każdego dinara podatku.”
I tu już naprawdę
wchodzimy w historię tragedii chrześcijańskich rodzin. O tym, co mogło dziać
się w takiej niewoli najlepiej świadczy dalsza część tekstu: „ W celu
zabezpieczenia się, kobieta i jej rodzina mieli złożyć wcześniej przysięgę, że
w sytuacji, kiedy kobieta zaszłaby w ciążę w okresie spłacania długu, zastawca
nie zostanie oskarżony o gwałt.”
Internet pełen jest
historii osmańskich niewolnic (choć zwykle tych pozyskiwanych w czasie
podbojów, porwań lub po prostu z biedy sprzedanych przez rodziny). Mimo częstej
obecnie fascynacji haremową tematyką, podsycanej skutecznie przez modny film
„Wspaniałe stulecie”, chyba każdy może sobie wyobrazić, ile potworności musiało
się wydarzyć w takich sytuacjach w czasie trwania pojedynczych ludzkich istnień.
I tu wracam do naszego
nagrodzonego przewodnika:
„Jednym z
najdotkliwszych przejawów represji był prowadzony na podbitych terenach
przymusowy pobór niemuzułmańskich chłopców w wieku od siedmiu do dwudziestu
lat, których następnie wychowywano w duchu islamu. Najzdolniejszych kształcono
w Stambule i przygotowywano do objęcia stanowisk w administracji państwowej,
pozostałych zazwyczaj wcielano do specjalnej formacji wojskowej – janczarów.”
Jestem matką dwóch
chłopców i słabo mi się robi na myśl o takich praktykach. Zastanawiam się, jak
silną trzeba było mieć wiarę, by mimo tych wszystkich okropności nie ulec
myśli, że konwersja na islam mogłaby im zapobiec. I choć ostatnią rzeczą, jaką
chciałabym w swoim życiu zrobić jest zdrada wiary swojej i swoich przodków, to
nie mam prawa osądzić tych, którzy tego dokonali. Bo naprawdę nie wiem, jak bym
ja - matka dwóch chłopców, zachowała się w tamtej rzeczywistości? Czy chęć
uratowania najbliższych – przed niewolą, dożywotnim więzieniem, uprowadzeniem z
rodziny – nie jest takim motorem działania, gdzie zaczyna się liczyć jedynie
przetrwanie tych, których kochamy?
Okupacja otomańska
niewątpliwie zmusiła wielu chrześcijan do rozpaczliwych wyborów. Być może w
podjęciu ostatecznych decyzji kierowali się świadomością, że ich córki
trafiające do haremów, czy będący ofiarami branki synowie i tak musieliby stać
się wyznawcami islamu. Zmiana religii w Imperium Osmańskim była wymuszona już
na progu tego rodzaju nowego etapu życia z dala od rodziny. Nie zawsze więc konwersja mogła być procesem dobrowolnym.
Oczywiście zmiana
religii nie musiała być powodowana aż takimi przerażającymi wizjami. Czasem to się
po prostu opłacało. Według przewodnika: „W związku z tymi nowymi stosunkami
społecznymi znaczna część ludności bośniackiej zaczęła przechodzić na islam,
nierzadko właśnie ze względów ambicjonalnych. Bośniaccy panowie dążyli w ten
sposób do zachowania swoich przywilejów. Słowiańska arystokracja po masowej
konwersji nadal stanowiła w Bośni klasę panującą, co jednak rodziło napięcia w
społeczeństwie. (…) Chrześcijańscy chłopi byli więc podporządkowani panom tego
samego pochodzenia etnicznego, lecz innego wyznania.” Nietrudno sobie
wyobrazić, jaki ta historia wywiera wpływ na
mieszkańców Bośni do dnia dzisiejszego.
Cierpiąca okrutne represje
lecz trwająca przy chrześcijańskiej wierze ludność chłopska, musiała widzieć w
osobach przyjmujących religię okupanta zdrajców, sprzymierzeńców najeźdźcy,
zjednoczonych z nim w celu czerpaniu korzyści z systemu. I jestem pewna, że
przy tym uogólnieniu nikt nie brał pod uwagę tych jednostek, które przyjęły
islam nie z własnej woli lecz z przymusu, a także w wyniku koszmarnych
dylematów moralnych przy próbach ocalenia tego, co dla nich było najważniejsze.
Nienawiść wzrastała przez wieki. I wciąż zbiera swoje żniwo.
*
Jako osoba z zewnątrz
nie jestem uwięziona w tej historii. Mam komfort patrzenia na mieszkańców Bośni
ponad ich podziałami. I z całego przychylnego im serca chciałabym doszukać się
jakiegoś kamienia węgielnego, na którym można by budować porozumienie. Jeśli
nie w rzeczywistości, to choć w tym, co przynosi literatura.
Z pomocą przychodzi
artykuł Justyny Pilarskiej pt. „Integracja na styku kultur. Islamsko –
chrześcijańskie pogranicze Bośni i Hercegowiny”. W jego streszczeniu możemy
przeczytać:
„Wspólnoty muzułmańskie
na Bałkanach, w których praktyka islamu rozwijała się w środowisku europejskim,
mogą posłużyć jako pomost między islamskim Wschodem i chrześcijańskim Zachodem”
I właśnie to odczuwałam
w Bośni – tamtejsi muzułmanie byli dla mnie mimo odmiennej religii ludźmi z
tego samego kręgu kulturowego. Wydawało mi się, że więcej mnie z nimi łączy niż
dzieli, bo mamy wspólne dziedzictwo i uznajemy podobne wartości. Myślę, że umiejętność
pogodzenia islamu z europejską spuścizną to wielki potencjał, szansa na naukę zarówno
dla ludzi Wschodu, jak i Zachodu. Mam jednak wielkie obawy, czy kiedykolwiek
uda się go wykorzystać. Bo jeśli chrześcijańska nienawiść na trwałe odsunie
Bośniackich muzułmanów od Europy, to mogą oni szukać wsparcia wśród bardziej
radykalnych i niezrozumiałych dla Europejczyków odmian islamu. „Pomost” między
Wschodem a Zachodem może zostać stracony na zawsze.
Czy w przyszłych
pokoleniach wypalą się nienawistne uczucia i zatrze pamięć o bolesnej historii,
która tak bardzo podzieliła? Życzyłabym tego zarówno Bośniakom, jak i całej Europie,
choć daleko mi do naiwnego optymizmu.
Następna część relacji znajduje się we wpisie: W BOŚNI - KILKA LAT PÓŹNIEJ

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz