czwartek, 24 lipca 2025

DNI KUBEK W KUBEK DO SIEBIE PODOBNE - Malediwy cz. 3

 Poprzedni wpis o Malediwach pod linkiem: https://podobrejdrodze.blogspot.com/2025/07/do-poprawy.html

W naszej podróży zarezerwowałam na Malediwy jedynie 5 dni (4 noce). Wydawało mi się, że na malutkiej wysepce nie będzie co robić dłużej, zwłaszcza, że nie nastawiałam się wcześniej (ani też później:) na żadne wycieczki łodzią.

Ale wszystkie moje wyobrażenia o Malediwach były mylne. Mimo że mamy tu ciut leniwie, to absolutnie nie ma w tym nudy. Nawet zdarzają nam się przygody, które doprawiają pobyt szczyptą adrenaliny, jak na przykład wyprawa na pace dostawczaka z poznanym na plaży Malediwczykiem (znów nieznajomy, hmm...) po zielone kokosy. Ostatecznie okazało się, że facet ma je w domu, więc po co objeżdżałyśmy z nim całą wyspę, przystając pod każdą knajpą, to naprawdę ciężko było zrozumieć. Zwłaszcza, że nasz nowy (już) znajomy i tak zaplanował, że będziemy je spożywać jednak na plaży pod daszkami Ameery, skąd nas zabrał i gdzie nas finalne odstawił. I nawet kasy nie chciał za przygotowanie kokosów do degustacji, choć cena była ustalona już na początku tej szalonej eskapady. Dobrze, że Ania przytomnie jednak wsunęła mu nasze dolary w garść, bo przecież żadnych długów wdzięczności nie chciałyśmy na wyspie zostawiać... A ja byłam zbyt zdezorientowana w tej sytuacji, żeby podjąć jakąkolwiek decyzję.

Ale co się przy tym uchichrałyśmy, to nasze. No i ten wiatr we włosach podczas rajdu na pełnym gazie po wertepach - doświadczenie bezcenne.

Na Dhiffushi nie ma asfaltowych dróg. Wyspę przemierza się piaszczystymi traktami, które są dobrze utrzymane, ubite, a nawet zamiatane wokół budynków przez kobiety. Mam wrażenie, że jest tam tylko jeden mega wyboisty szlak (można by go nazwać nawet ścieżką:) - właśnie ten, którym jechałyśmy, gdy zachciało nam się drinków prosto z kokosa (na Malediwach pita w ten sposób woda kokosowa z dodatkiem jego świeżego miąższu nazywa się Kurumba).

Ale był wiatr we włosach i w innych sytuacjach, na przykład wtedy, gdy wraz z naszymi walizami przemierzałyśmy na platformie towarowego tuk tuka po raz pierwszy drogę z portu w Dhiffushi do Ameery (jakieś 3 minuty drogi:). Albo wówczas, gdy Ibrahim przewoził Anię na motorze w odwrotną stronę. Zresztą wycieczki motorowe zdają się być dla mieszkańców wyspy ulubioną rozrywką.

Próbujemy podpatrywać ich życie z pełną świadomością, że ten krótki błysk oświetlającego go światła nie daje całościowego oglądu ani żadnych podstaw do formułowania dalekosiężnych wniosków. Opowiadamy o tym, co nas spotyka na Dhiffushi, podkreślając, że to tylko nasze osobiste doświadczenia. Nie spotykamy przecież tych samych ludzi, co inni podróżujący. Interakcje z nimi są uzależnione też od umiejętności, które posiadamy, naszych charakterów, czy aktualnych okoliczności zewnętrznych.

Generalnie doświadczamy tego, że wszyscy faceci na Wyspie są dla nas mili – czy to sprawia urok osobisty Ani, czy też ich ogólne wyluzowanie, widoczne w strojach, sposobach spędzania wolnego czasu, otwartości na kontakty z obcymi, tego naprawdę nie wiemy. Kobiety za to nas ignorują, nasze uśmiechy i przesyłane im pozdrowienia pozostają bez odpowiedzi.

- O co im chodzi? - pyta w końcu Ania.

Tego też nie wiemy, być może to nieufność, a być może niechęć. Możliwe, że dla nich jednak jesteśmy zbyt wyzwolone, zbyt nieskromne. Piękna sukienka Ani, choć czarna i do kostek, ma jednak ramiączka – może dla tych pozakrywanych kobiet to już frywolność, a może nawet bezwstydność? Nie mamy pojęcia. Może przecież chodzić o cokolwiek innego.

Ania, śmieje się z praktyk innych podróżników - wszystkowiedzących i dokonujących w internecie zawsze jedynie słusznej oceny. Opowiada mi o swoim koledze, który w odpowiedzi na to z ironią stwierdził, że teraz może już napisać książkę pod tytułem "Moja Albania", bo był tam w tym roku trzy dni, a odliczając podróż, to może jakichś dwóch by się doliczył.

Nie wszyscy jednak mają w sobie taką pokorę. Pół biedy, jak jeszcze ktoś przed nazwą kraju dopisuje "mój/moja/moje", by bardziej świadomi odbiorcy mieli jakąś sugestię, że to bardzo subiektywny przekaz. Niektórzy jednak po nawet bardzo krótkim pobycie podejmują się na przykład pisania przewodników z miejsca, przez które się tylko przewinęli. Miałam okazję przeglądać takie "dzieła".

Zaś moja:) opowieść o pobycie na Malediwach jest tylko wspominaniem. Próbą zatrzymania w słowach zachwytu i radości, którą przyniosła ta podróż. Zadziwienia tym, jak żyją inni. Przechowania w pamięci kilku letnich, wakacyjnych dni. Uwiecznienia ludzi, z którymi życie splotło moje ścieżki.

Według statystyk sprzed trzech lat, na Dhiffushi mieszka ich (wraz z cudzoziemcami) około 1200. Wszyscy mieszkańcy są muzułmanami, zgodnie z odpowiednim zapisem w konstytucji (drugim krajem tego typu jest Arabia Saudyjska). Oficjalne praktykowanie innych wyznań jest zabronione, choć niektórzy robią to w ukryciu. Na terenie kraju obowiązują muzułmańskie zasady niespożywania alkoholu i wieprzowiny (poza luksusowymi resortami na prywatnych wyspach dla turystów i niektórymi statkami na morzu). Na Malediwach obowiązuje też zakaz wwozu na przykład psów (zwierzę nieczyste w islamie) i uwaga!: "wszelkich symboli religijnych – krzyży, różańców, Biblii, figurek Buddy i bóstw hinduskich. Nieprzestrzeganie prawa wiąże się z karą grzywny, a nawet więzienia. Osobiście poznałam historię studentki, która nieświadoma prawa islamskiego panującego na Malediwach zabrała ze sobą do Male pamiątkę ze Sri Lanki – drewnianą figurkę sympatycznego Ganeśi, hinduskiego bożka przedstawianego jako pół człowiek, pół słoń. Gdyby nie interwencja uniwersytetu i rodziny, dziewczyna zamiast w rajskim resorcie znalazłaby się niechybnie w więzieniu", jak informują autorki bloga Kiwi (https://www.hopkiwi.com/pl/rajska-girlanda-wysp-malediwy/). 

Na Dhiffushi zobaczyć można tablice z apelem, by przyjezdni pomogli miejscowym chronić ich muzułmańskie dziedzictwo.

Co ciekawe islam został na Malediwach religią dominującą dopiero w XII wieku, wcześniej na wyspach praktykowano też buddyzm i hinduizm. Najprawdopodobniej było to związane z wyznaniem pierwszych osadników na archipelagu, którzy mogli tu przybyć ze Sri Lanki lub południowych Indii. Historia tego rejonu jest naprawdę ciekawa, polecam doczytanie choćby w przywołanym powyżej wpisie.

Mnie najbardziej zaciekawiła baśniowa opowieść, odnosząca się do czasów wspomnianej transformacji religijnej: "Przyjęcie Islamu wiąże się z pewną legendą o wybawieniu dziewicy ze szponów potwora za pomocą modlitwy koranicznej. Ponoć pokonanie ów stwora słowem Koranu przekonało ówczesnego sułtana o przyjęciu nowej wiary. Jego poddani zostali oczywiście zmuszeni do tego siłą".

Jako ciekawostkę można jeszcze podać fakt, że sułtan został odsunięty od władzy całkiem niedawno, bo w 1953 roku, choć nie była to jeszcze trwała zmiana. Po kolejnym zwrocie akcji monarchia wciąż utrzymywała się przez 14 lat. Dopiero wówczas na Malediwach został przyjęty system republikański. Dziwnie się czuję z tym, że to stało się nie w jakiejś zamierzchłej przeszłości, lecz w czasach, gdy rozpoczynałam swoją naukę w szkole podstawowej. Z mojej osobistej perspektywy wszystko to wydarzyło się więc całkiem niedawno.

Jeszcze krótszą historię ma zezwolenie na budowę pensjonatów na lokalnych wyspach. Zostało ono wydane dopiero kilkanaście lat temu - w roku 2009. Wydanie miało na celu umożliwienie miejscowej ludności czerpania w większym niż do tej pory zakresie dochodów z turystyki. Wygląda na to, że przedsięwzięcie to w pełni się udało. Na Malediwy ruszyli turyści, którzy mogli do tego czasu tylko pomarzyć o luksusowych resortach. Teraz nocują, jak my z Anią, w obiektach prowadzonych przez lokalsów. Zamawiają tam wyżywienie (nawet jeśli dla mnie oznaczało to tuńczyka w tuńczyku i z tuńczykiem:). Podróżujący korzystają także z organizowanych przez miejscowych atrakcji. Lokalna branża turystyczna rozwija się bardzo szybko.

Ibrahim zachęca, by zwracać się do niego ze wszystkimi naszymi życzeniami.

- Bardzo niewiele rzeczy jest dla nas niemożliwych - śmieje się przy tym.

Z całego serca polecam. Rezerwujcie i spełniajcie marzenia... - zakończyłam zgodnie z prawdą, głębokim przekonaniem i entuzjazmem swoją recenzję dla Ameera Maldives. Czy gdzieś mogło być nam lepiej?

W Ameerze poczułyśmy się, jak w rodzinnym gronie. Przed odjazdem jedna z obsługujących w naszej restauracji dziewczyn z Nepalu zjawia się specjalnie, by nas wyściskać. Husain ponownie pakuje nasze walizki na platformę towarowego tuk tuka, ale tym razem nie siadam koło nich, lecz koło kierowcy. A Ibrahim czeka aż nasza łódź odpłynie i macha nam jeszcze na pożegnanie.

Mogłabym spędzić na Dhiffushi znacznie więcej czasu. I zupełnie by mi nie przeszkadzało, że mój dłuższy pobyt składałby się wyłącznie z dni, które byłyby kubek w kubek do siebie podobne. A poza tym, lubię tuńczyka;).

Ale rozumiem, że rajskie wakacje nie mogą trwać wiecznie. Przyglądając się kołującym na lotnisku w Male samolotom, nie skupiam się na tym, co się właśnie kończy i odchodzi w przeszłość. Nie mam w sobie żalu rozstania. Choć wciąż jeszcze pozostaję na Malediwach, to moje myśli wybiegły już w przód.

- Właśnie zaczynamy nowy tom naszej opowieści – uśmiecham się do Ani i … do siebie. I wcale nie szkodzi, że na razie to brzmi jak falstart.


P.s. Następny wpis z naszej podróży jest już o Sri Lance: https://podobrejdrodze.blogspot.com/2025/08/to-nie-bya-podroz-to-bya-przygoda.html


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz