Poprzedni wpis o Malediwach pod linkiem: https://podobrejdrodze.blogspot.com/2025/07/myslaam-ze-sa-przereklamowane.html
Gdzie jesteś, Kobieto, na krańcu świata? Jaki piasek! Jaka woda !!! Czysty zachwyt! - Agatka komentuje pierwszą wakacyjną fotkę, zamieszczoną przeze mnie w grupie na internecie (pozuję na niej uszczęśliwona na tym pięknym tle przy jednej z nadbrzeżnych palm:).
Ale to już zostało ustalone w poprzednim wpisie – miejsce obecnego pobytu nazywa się RAJ.
Z pomocą Messengera rozsyłam przyjaciołom kolejne fotki wprost na skalę masową. Nie potrafię się powstrzymać. A Madzia nazywa je pocztówkami z raju, zgodnie z przyjętą tu nomenklaturą.
Nieprawdopodobny widok! Jak stworzony przez AI! - pisze Beata. No właśnie, ciężko uwierzyć nawet własnym oczom, mam ogromną trudność, by je oswoić z nieskazitelnością, która nas zewsząd otacza. Na jednym z ostatnich szkoleń rzeczywiście mówiono nam, że jeśli obraz przedstawia się zbyt idealnie, to na pewno jest to dzieło AI;). No i jak mam się odnaleźć w tej rzeczywistości? Czasem sama nie wiem, czy to, co przeżywam, to sen, czy też jawa.
Wielobarwna rafa, tęczowe papugi, kolorowy zawrót głowy – Madzia pięknymi słowy opisuje to, z czym mamy do czynienia na Malediwach. Rzeczywiście kolorów tu pełna gama. Ale z dużą dawką harmonizującej barwne plamy BIELI.
Takiej w odcieniu śmietankowego kremu. Odbijającej światło i jakby potęgującej blask słonecznych promieni. Stanowiącej tło w postaci czasem drobniutko zmielonego, a czasem bardziej gruboziarnistego piasku z wyraźnie odczuwalnymi na stopach drobinami skruszonej rafy i muszelek, przemielonych siłą oceanu, wiatru i słońca. Ta biel jest tutaj najlepszą oprawą dla kolorów wody.
błękit, lazur, turkus aż po granat i kobalt. Trudno oderwać wzrok – kontynuuje Madzia.
Można by się pokusić o to, by jeszcze dopisać kolejne niebiesko – zielone odcienie. Tylko właściwie po co? I tak żaden opis nie odda tej palety barw, którą mamy przed oczami.
- Myślę nad tym, jak to zrobić, żeby zachować w pamięci ten obraz, w takiej postaci, jaka jest tutaj – Ania podejmuje próby, by cieszyć się rajskimi widokami po wyjeździe z raju. Uśmiecham się z wyrozumiałością, bo wiem, że to niemożliwe. Ale młodość ma prawo nie wierzyć w granice możliwości.
*
Największą radością tutaj jest dla mnie towarzystwo Ani. To dla niej udało mi się przekroczyć we własnej głowie ograniczenia, dotyczące tegorocznego wyjazdu. Tak bardzo chciałam, by była szczęśliwa. I to ze względu na nią zaczęłam się przyglądać bliżej destynacji, do której udamy się po Malediwach. A one, przydarzyły nam się niejako przypadkiem, przy okazji). Są po prostu blisko i można też uznać przy odrobinie dobrej woli:), że po drodze na Sri Lankę, od której dzieli je tylko około półtoragodzinny lot.
A to już jest naprawdę drobiazg, błahostka, kaszka z mlekiem, bułka z masłem, mały pikuś etc. w obliczu faktu, że droga na Maledwy zajęła nam godzin szesnaście i pół.
Z tego co prawda, tylko dziesięć w powietrzu, a reszta spędzona na lotnisku podczas przesiadki w Sharjah, ale w sumie i tak trzeba się było zmierzyć z faktem, że osiągnięcie celu podróży ze względu na czas jej trwania, będzie wyzwaniem.
Bałam się więc, jak zniosę zmęczenie, zarwaną noc, lotniskowy stres. Rozważałam zabranie kocyków i próbę spania na lotnisku (oczywiście sprawdziłam wcześniej, że można). Ale Ania, ach, co znaczy młodość:), uznała, że damy radę bez takiego bagażu i bez takich pomysłów:).
No i rzeczywiście dałyśmy radę. Nawet powiedziałabym, że nadzwyczaj dobrze. Mogłabym napisać o tym zupełnie podobnie jak zimą o naszej podróży na Maltę: W dobrym towarzystwie czas płynie tak szybko. Poszłyśmy jedynie na kawę do lotniskowego baru (a także na wyśmienity baklava cheesecake)…, no i może nie było aż tak, że ledwo zdążyłyśmy, ale jednak trafiłyśmy do naszego „gate’u”, gdy odprawa na lot do Male już się rozpoczęła:).
Krótka drzemka w samolocie pozwoliła zregenerować siły przed kolejnym oczekiwaniem. Tym razem czekałyśmy trzy godziny na łódź motorową w porcie przy lotnisku. Pewnie mogłyśmy do tego czasu ogarnąć tani, lecz powolny, lokalny prom, ale jednak wolałam dać się prowadzić organizującemu nasz transfer właścicielowi zarezerwowanego pensjonatu, a także... poznanemu po wylądowaniu człowiekowi. Do dziś nie wiem, kim był Ahmed, ani jaka jest jego rola w opiece nad przybywającymi na Malediwy podróżnymi. Fakt jest jednak taki, że prawie każdy z turystów miał koło siebie podobnego do naszego pomagacza, który zajmował się bagażami, prowadził, służył radami, kierował na właściwą łódź i generalnie ogarniał ten odcinek podróży. W sytuacji, gdy wielogodzinne zmęczenie osiągnęło swoje apogeum, za niewielki napiwek (bo wymieniłyśmy na lotnisku tylko symboliczną ilość dolarów) nieoczekiwany lotniskowy opiekun zapewnił nam duże poczucie bezpieczeństwa i komfortu. Zwłaszcza, że od razu nawiązał kontakt telefoniczny z pensjonatem, do którego się kierowałyśmy, odciążając nas tym samym od konieczności zakupu malediwskiej karty SIM. Z wdzięcznością więc żegnałyśmy Ahmeda, odpływając na Dhiffushi.
I teraz największa niespodzianka, jakiej miałam na naszych wakacjach doświadczyć – podróż szybką łodzią, co do której miałam tyle obaw przed wyjazdem, nie dość, że okazała się interesująca, to jeszcze do tego zwyczajnie przyjemna. Miałam okazje przyjrzeć się innym wyspom po drodze, luksusowym resortom na wodzie - z domkami z zupełnie innej półki cenowej niż nasza budżetowa, poczuć mocną woń oceanu i bryzę znad wód pełnych jakby wylanych w nie farb… No ale o kolorach pisałam już wcześniej...
*
Zarezerwowany przeze mnie pensjonat nazywa się Ameera Maldives. Wiedziałam, że to będzie właśnie ten od momentu, gdy ujrzałam go na fotkach w internecie. Zbudowany z naturalnych materiałów - głównie drewna i z wysypanym białym piaskiem dziedzińcem, wyposażony w bambusowe meble, z wnętrzami w kolorach ziemi miał w sobie absolutnie wszystko, co lubię.
"Ameera Maldives to czterogwiazdkowy hotel położony w sercu Malediwów, który zachwyca swoim urokiem i luksusowym wykończeniem" - napisano o nim na stronie Agody.W rzeczywistości podoba mi się jeszcze bardziej niż na fotkach. Pełna entuzjazmu próbuję namówić Madzię, by może spróbowała jeszcze w czasie tych wakacji zamienić znane sobie Remory na posmakowanie czegoś nowego. Stąd tak szczegółowe opisy i prezentacja fotograficzna:). .
Na (..) pięterku (...) są tylko nasze 2 pokoje, chyba najlepsze, bo mamy balkony zamiast wspólnego dziedzińca na dole.
Jakże miło zaczynać tutejsze dnie delektowaniem się tam kawą jeszcze przed śniadaniem.
Widoki z balkonów obejmują ogród z hotelową restauracją i częściowo (...) zatokę dla łodzi. Ani pokój jest trochę większy niż mój, ale ten, który zajmuję, jest dla mnie w pełni wystarczający.
Bardzo lubię spędzane w jego chłodku klimatyzowane wieczory.
„W każdym pokoju oraz w przestrzeniach publicznych dostępne jest bezpłatne Wi-Fi, co umożliwia łatwe dzielenie się wspomnieniami z podróży w czasie rzeczywistym” – to dalsza część opisu Ameery na Agodzie. No i to właśnie robię wieczorami:).
Co do reszty dnia, to każdy z nich upływa nam tu podobnie.
Na naszej wyspie są 3 plaże, wszystkie bikini [tylko na takich można korzystać ze stroju kąpielowego na Malediwach – przyp. aut.], na dwóch z nich pan właściciel zrobił zadaszenie pod swoje leżaki, przed trzecią ostrzegał - pływanie tam jest niebezpieczne ze względu na łodzie i prądy morskie – zdaję kolejną relację Madzi.
Ale my odwiedziłyśmy dziś tę polecana przez niego i miałyśmy nasz raj tylko dla siebie.
To znaczy dzieliłyśmy go przez większość czasu z czaplą:).
I z małymi, podpływającymi prawie pod brzeg płaszczkami.
Naprawdę nie potrzebowałyśmy niczego więcej. Było nam tak dobrze cieszyć się słońcem, widokami, odpoczynkiem, wylegując się pod naszymi daszkami. Brodzić w krystalicznie czystej, płytkiej wodzie laguny. Wypatrywać tam większych ryb, o których miejscowi mówili „baby sharks”, a czy to naprawdę były one, to co do tego nie mamy żadnej pewności. I jakoś chyba nie jest nam ona do szczęścia potrzebna:).
- Tu życie zwalnia – powiedział nam pierwszego wieczoru Ibrahim. Cudownie było doświadczyć tego na własnej skórze.
Oczywiście aktywni turyści też mają na archipelagu swój raj.
Wszyscy z naszego ośrodka pojechali dziś pływać z mantą – donoszę Madzi jeszcze tego samego dnia.
My wybrałyśmy ulubioną plażę, choć rozentuzjazmowany chłopak od wycieczek w Ameera Maldives starał się zachęcić nas do zebrania nowych wrażeń.
podobno to rzadkość, bo płaszczek tu pełno, ale manta (...) przypływa rzadko
Tym razem turyści, których zabrał na wycieczkę, pływali z piętnastoma.
Nie, dla mnie to jeszcze nie teraz. Teraz przyjechałyśmy, by się wyciszyć, nie szukać wrażeń. Odpocząć po podróży do Azji i zebrać siły na następny etap włóczęgi.
To nie pora na przełamywanie swoich lęków i mierzenie się z nowymi wyzwaniami. Ale kiedyś…
Wyjeżdżam z mocnym postanowieniem pracy nad swoją „fobią”, wodną, a także poprawą kondycji i umiejętności pływackich. Kiedyś przecież nadejdzie… I chciałbym tu wtedy powrócić.
Kiedyś jeszcze będę pływała z mantami...
Następny wpis o Malediwach: https://podobrejdrodze.blogspot.com/2025/07/wkrotce.html
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz