Gdy przed weekendem wychodziłam ze szkoły, to nagle zobaczyłam na trawniku wokół parkingu ogromną ilość rozkwitłych stokrotek . WOW! Ale niespodzianka! A pąki forsycji były tak nabrzmiałe, że po włożeniu gałązek do wody, pierwszy z nich już dziś zaczął pękać...
To, w jakim tempie w przyrodzie zachodzą zmiany, gdy tylko świat się ociepla, jest dla mnie nieprawdopodobne. Wszystko dzieje się jakby biegiem. Wchodzę do szkoły jeszcze zimą, opuszczam miejsce pracy już wiosną...
Oczywiście po powrocie do domu pobiegłam ją zobaczyć w swoim ogródeczku - a tam, oprócz dzielnie poczynających sobie od dawna krokusów, znalazłam wreszcie rozkwitające cebulice syberyjskie, cebulicowate puszkinie, pierwiosnki, a nawet przylaszczkę. Serce się raduje na widok takich zmian wokoło.
Co prawda ranki wciąż jeszcze bywają chłodne, ale ziemia najwyraźniej sobie z tym radzi, odkąd słońce zaczęło odczuwalnie grzać w pozostałym czasie. Dziś ostatni dzień kalendarzowej zimy, więc to już naprawdę najwyższa pora, by się z nią pożegnać.
Jutro zaś kolejny tydzień zaczynamy od... Dnia Wagarowicza. Ciekawe, co mnie czeka w szkole, jeśli już w zeszłym tygodniu jedna z klas ósmych zaczęła go świętować:) Co prawda z powodu błędu w obliczeniach, ale takiej historii jeszcze u nas nie było - dzieciakom pomyliła się data pierwszego dnia wiosny i wyszedł z tego tygodniowy falstart w wagarowaniu:)
W ogóle to dochodzę do wniosku, że co by o niej nie mówić, to moja praca bywa bardzo ciekawa. Zwłaszcza dotyczy to ostatniego czasu. Co rusz przecież mamy w niej teraz takie zmiany, które zupełnie na nowo wyznaczają obowiązujące szkolne trendy, inaczej definiują nasze założenia, kładą nacisk na odmienne akcenty.
Ale i tak to nic wobec wyzwania, które czeka nas w najbliższej przyszłości. Zmiany, które zajdą w polskiej szkole niebawem, trudno sobie w ogóle wyobrazić. Kolejny z naszych fatalnych ministrów edukacji narodowej na starcie weekendu poinformował, że “do Polski trafiło 700 tysięcy dzieci ukraińskich uchodźców w wieku szkolnym". Nic w tym dziwnego, skoro polską granicę przekroczyło ponad 2 mln osób - głównie kobiet i ich małoletnich pociech. “Blisko 10 procent z nich jest już w polskich szkołach” - mówił w piątek wspomniany minister.(https://tvn24.pl/polska/uchodzcy-z-ukrainy-do-polski-trafilo-700-tysiecy-ukrainskich-dzieci-w-wieku-szkolnym-poinformowalo-mein-5640134)
W naszej placówce tydzień skończył się na dwunastu nowych ukraińskich uczniach. Jeśli mielibyśmy przyjąć jeszcze brakujące 90 procent, to skończylibyśmy najprawdopodobniej rozłożeni na obie łopatki.
Ogrom czekających nas trudności uświadomiłam sobie podczas zaproponowanego przez dyrekcję spotkania integrującego. Zaprosiliśmy na nie nowych ukraińskich uczniów i jako tłumaczy, tych, którzy uczęszczali do naszej szkoły na długo przed rozpoczęciem wojny. Że będzie kłopot w komunikacji, to wiedzieliśmy. Ale nie przypuszczaliśmy nawet, że aż taki. Otóż przybyłe do nas ostatnio dzieciaki - a mamy uchodźców i ze wschodu, i z zachodu Ukrainy, nie do końca wzajemnie się rozumiały! To na pewno je krępowało i stanowiło trudność w swobodnym nawiązywaniu więzi. Nasz tłumacz z szóstej klasy, którego ukraiński dosyć dobrze rozumiałam, musiał wielokrotnie czasem powtarzać i przeformułowywać swoje wypowiedzi, aby trafiły do pozostałych. Ich język, niekiedy z mocnym indywidualnym zaśpiewem, był dla mnie w ogóle niezrozumiały, poza czasem pojedynczymi słowami - i to pomimo osłuchania z łemkowskim i innymi słowiańskimi wariantami językowymi. Próbowałam mówić trochę swoim mocno niedoskonałym i od prawie czterdziestu lat nieużywanym rosyjskim, ale to też poza dużą trudnością dla mnie, było nie do końca dobre rozwiązanie. Mamy na przykład teraz w grupie nowych uczniów dziewczynkę, która niekoniecznie chce mówić w tym języku. Staram się to zrozumieć - być może podczas wojny uaktywniły się jej nacjonalistyczne, czy też patriotyczne pobudki. Ja też kiedyś nie chciałam używać “języka wroga”, za którego uważałam Związek Radziecki w czasach komuny. Gdy pierwszy raz pojechałam do Kijowa, a było to jeszcze w ramach wymiany studenckiej, to wolałam kaleczyć swój angielski niż posługiwać się rosyjskim. A przecież wówczas, po blisko dziesięcioletniej intensywnej nauce na wszystkich szczeblach szkolnictwa, potrafiłabym się nim komunikować zupełnie swobodnie.
Ale trudności nowych uczniów to nie tylko płaszczyzna komunikacji.
- Czego jeszcze od nas potrzebujecie? - zapytała przybyła na spotkanie pani wicedyrektor.
- Potrzebujemy domu, w którym moglibyśmy zamieszkać - odpowiedziała S.
No i to tyle na ten temat. A to dopiero wstęp do całego cyklu pracy organizacyjno - integrującej. Łatwo nie będzie...
Wkrótce potem nasza pani dyrektor powróciła z zebrania z władzami gminnymi. Przyniosła wiadomość, że oczywiście żadnych rozwiązań prawnych ani systemowych w kwestii ukraińskich uczniów wciąż nie ma, tak na szczeblu ogólnokrajowym, jak i lokalnym.
Póki co jesteśmy więc zdani na własne siły i umiejętności. Bardzo nam ich brakuje. Pan wicedyrektor zapytał ostatnio Beatę, czy by nie poszła na kurs języka ukraińskiego. Ale raczej trudno będzie znaleźć chętnych, którzy w swoim wolnym czasie i kosztem swoich planów podejmą nowe obowiązki tylko po to, żeby potem mieć jeszcze dodatkowe obowiązki w szkole. Oczywiście, jak to u nas bywa, całkowicie za friko. Okres strajków nauczycielskich odarł chyba naszą grupę zawodową bezpowrotnie z mitów związanych z powołaniem i misją. I dobrze. Żeby się w tym zawodzie nie wypalać w tempie błyskawicy, pracę należy właśnie traktować... jak pracę i nic więcej.
Co oczywiście nie znaczy, że nie chcemy jej wykonywać w jak najlepszy sposób. Po cichu więc odświeżam swój rosyjski. Nawet jeśli umożliwi mi komunikację choć z jednym ukraińskim uczniem, to i tak będzie dobrze. Bo z całego serca współczujemy tym naszym nowym dzieciakom. I mimo wszelkich obiektywnych przeciwności nie chcemy żadnego z nich gdzieś pogubić w tej trudnej przeprawie wśród rodzących się właśnie zmian...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz