niedziela, 24 listopada 2024

Malta 2019/2020 część I – Łagodny orientalizm w piaskowym kolorze


W związku z planowanym wyjazdem na Maltę postanowiłam przepisać zapiski z poprzedniego maltańskiego pobytu z czasów jeszcze przed pandemią.

Canifor

Na Maltę przybywamy już zmęczeni sycylijskimi wrażeniami – i dobrymi, i tymi niestety pełnymi zszarganych nerwów po bliskim spotkaniu z szalonym Taormińczykiem (ale o tym we wpisie z Sycylii, który, mam nadzieję, też wkrótce zamieszczę).

I przełączamy się na tak intensywny tryb uspokajający, że naszą zakupioną na lotnisku kartę tygodniowego przejazdu po wyspie odpalamy dopiero siódmego dnia wczasów:). Ale chcemy powitać Święta Bożego Narodzenia już bez wspomnień, wywołujących niepotrzebny nam dreszczyk emocji i bez zalegania ich na wątrobie.

Hotel Canifor nadaje się do tego jak znalazł. Obiekt jest wypełniony prawie w całości angielską klientelą w wieku głównie 70mocno+, do tego mnóstwo osób z niepełnosprawnościami. Wśród nich po prostu zwolnienie trybu życia następuje w sposób automatyczny.

Patrzymy, jak emeryci oszczędnie gospodarują siłami, które im pozostały i czujemy, że udziela nam się ten klimat. Odpoczynek na werandzie (nasza z widokiem na basen), odpoczynek na leżaku na świeżym powietrzu (dalej basenowe klimaty), odpoczynek w łóżku przed telewizorem...

W obiekcie znajduje się jeszcze basen wewnętrzny, zawsze można też posiedzieć w ciepłej wodzie mocno zużytego (żeby nie napisać całkiem przestarzałego) jakuzzi, jak już się komuś znudzi okupowanie własnego fotela. Tu na to wszystko mamy czas. I zrazem powód, żeby zrobić to potem… Dokładnie tak samo, jak reszta rezydentów tego „Hotelu Starców”.

Dopiero tuż przed Wigilią przyjeżdża więcej młodszych ludzi, w tym nieco polskich rodzin, mieszkających na stałe w UK. Obiekt nieoczekiwanie ożywa i zaczyna się budzić z zimowego snu. My też.

W harmonogramie hotelowego pobytu pojawia się uroczysta kolacja wigilijna - coś zupełnie innego niż tradycyjna polska wieczerza, ale cieszy mnie jakakolwiek propozycja spędzenia tego wieczoru w innym towarzystwie niż samotność. Jestem zadowolona, że będziemy podczas Wigilii przebywali w tak licznym gronie Caniforowych gości i choć to w większości staruszkowie, to mi to w pełni odpowiada.

Z szacunkiem patrzę na to, jak ci ludzie próbują donieść swój los do końca, zabrawszy z tego świata to, co można jeszcze uszczknąć dla siebie i myślę, że to przyjazna życiu forma odchodzenia w zaświaty. Znacznie lepsza niż bezradne i często samotne czekanie na swój ostatni oddech. Wiele się tutaj można od naszych współtowarzyszy podróży nauczyć.

Przed nami pierwsze od śmierci Bartka święta we dwoje. Trochę tęsknię za Kacprem, który świąteczny okres spędzi u rodziny Wiki, ale w końcu było przecież wiadomo, że kiedyś nadejdzie ten moment, gdy puste gniazdo nie zapełni się ponownie, nawet w takim wyjątkowym dla nas czasie. Jakby na to nie patrzeć, też próbujemy tutaj dla siebie uszczknąć z życia to, co się jeszcze da, szukając jakiejś namiastki wigilijnej atmosfery. Źle nie jest.

- U nas bardzo smacznie – donoszę Ani późnym wieczorem. - Choć trudno powiedzieć, że jakoś tradycyjnie.

To mi jednak nie przeszkadza, bo żadna ze mnie tradycjonalistka. Dobra kolacja, w czasie której można sobie złożyć świąteczne życzenia w zupełności mi wystarcza. Zwłaszcza, że jest naprawdę miło, wszyscy znaleźliśmy na restauracyjnych stolikach niespodzianki z bibułowymi koronami w środku, toteż uroczysty posiłek jemy w wyśmienitym towarzystwie koronowanych głów.

Potem jeszcze w ramach Wigilijnej rozrywki zaliczam hotelowy wieczorek taneczny z muzyką na żywo (podczas Wigilii to podobno tradycja dla angielskich turystów) i odliczaniem (tak, jak w przypadku Sylwestra) ostatnich chwil przed nadejściem Bożego Narodzenia. Jest w tym wszystkim dużo radości, starsze pary w wieczorowych krecjach tańczą, jak tylko kto może ze swoimi dysfunkcjami, na środku restauracyjnej sali, pan z zespołu muzycznego podśpiewuje im stare przeboje, drink się leje za drinkiem. Każdy z uśmiechem na ustach. Nawet ja, choć nostalgia mnie od czasu do czasu przyhacza, daję się ponieść urokowi „White Christmas”, czy też „Wonderful world”.

Ale wolę się nie rozklejać. Wracam do pokoju, by opisać Ani wszystko, co nas tu spotkało w Wigilijny wieczór. I tak oto rozpoczynam maltańskie Swięta Bożego Narodzenia.

*

Qawra Palace

Po świątecznym śniadaniu przenosimy się z Canifora do Qawra Palace Hotelu. Nowe miejsce jest dosłownie jakieś 400 metrów od starego (według google maps 5 minut pieszo), ale to taki obiekt, który zdecydowanie lepiej nadaje się na uroczyste celebrowanie Świąt. Wybierany wreszcie nie tylko ze względu na jego cenę, ale i przymioty.

Qawra Palace Hotel ma klasę, odnowione pokoje i międzynarodowych klientów, wśród których nie widać na pierwszy rzut oka podopiecznych angielskiej pomocy społecznej.

Dostajemy tu pokój na szóstym piętrze z bocznym widokiem na zatokę i kompleks basenowy sąsiedniego hotelu Sea Shells.

Jest pięknie. Siedząc w hotelowym jakuzzi (znacznie różniącym się wyglądem od poprzedniego:) myślę sobie, że oto moje wymarzone życie podróżniczki stało się teraz rzeczywistością. Późno, to prawda, ale ileż ludzi nie doświadcza tego w ogóle? Ja nie mogę się na nic skarżyć w tym względzie.

W Qawra Palace Hotelu mamy na odmianę uroczystą kolację bożonarodzeniową i w końcu jesteśmy tak przejedzeni, jak podczas tradycyjnych Świąt w Polsce:). Cieszę się, że tradycji stało się zadość, bo jest ona ważna dla mojego konserwatywnego, zdecydowanie bardziej niż ja, męża. Nawet jeśli nie wychodzi nam ona na zdrowie.

Z nowego hotelu ruszamy wreszcie na podbój Malty – tej w dalszej okolicy, bo najbliższą mam już całkiem dobrze przedreptaną na nogach. Okazuje się jednak, że decydujemy się na to za wcześnie. Mąż nie czuje się jeszcze dobrze, a nawet jest mu coraz gorzej, ale perspektywa odpuszczenia świątecznych mszy nie wchodzi u niego w rachubę. No i w związku z tym ich nie odpuszczamy. Tyle że mąż płaci za to wysiłkiem niewspółmiernym do tego, co udaje się nam osiągnąć. Ciągle jest osłabiony, ma problemy z żołądkiem i niedobrze mu w maltańskich autobusach, których kierowcy szaleją wprost za kierownicą – szarpnięcie, gwałtowne przyspieszenie, nieoczekiwane depnięcie hamulca do dechy, znów szarpnięcie i kolejne szarpnięcie…

System poruszania po Malcie publicznymi środkami lokomocji przedstawia się skądinąd świetnie – cała wyspa jest doskonale skomunikowana. Niestety przy takich problemach, jakie są udziałem męża, było to trudne do docenienia.

Tak, wszystko to, co Andrzej zrobił na Malcie było wbrew i właściwie poza jego możliwościami. Niestety bardzo to zaważyło na wspomnieniach, które z tych wczasów przywiózł do domu.

Jednocześnie (choć teraz myślę, że to ze względu na mnie) inicjatywa zwiedzania bardziej odległych zakątków wyspy zawsze wychodziła od niego.

Dużo więc zwiedziliśmy.


ANEKS (z dn. 24.11.24 roku):

Zamiast wyliczanki zwiedzonych obiektów, która miała być w tym miejscu, wolę opisać wspomnienie z tamtego okresu, które mi najbardziej zapadło w pamięć. Dotyczy ono wyjazdu na mszę w jeden ze świątecznych dni. Było jak zwykle w takich sytuacjach – choć wybraliśmy kościół najmniej odległy od hotelu, to i tak mąż miał problemy z utrzymaniem w autobusie żołądka na wodzy. Wreszcie, gdy oznajmił, że ciemnieje mu przed oczami, podjęłam jedyną słuszną decyzję: wysiadamy! No i pognałam do drzwi, by wcisnąć przycisk stopu na żądanie. Kierowca, jak zwykle ostro zahamował przy chodniku zupełnie mi nieznanej ulicy. Wyskoczyłam na nią, czując za plecami męża, a autobus z kopyta ruszył dalej w swoją trasę. Ale kiedy się odwróciłam, to serce zamarło mi z przerażenia. Na przystanku mąż leżał jak długi, przy nim rozrzucone w nieładzie obydwie kule, którymi się podpierał przy chodzeniu.

Okazało się, że tym razem autobus nie był niskopodłogowy (choć wszystkie inne poprzednio były). A może to raczej jakaś usterka techniczna lub błąd kierowcy? W każdym razie, gdy mój towarzysz podróży wysunął kule, licząc, że jak zwykle przy nisko ułożonej podłodze, znajdą się one bezpośrednio na chodniku, to niestety tak się nie stało. Jego dwie podpory osunęły się mocno w dół i zawisły nad jezdnią, a mąż stracił równowagę i runął z autobusowych schodów wprost na bruk. A kierowca, chyba niczego nie zauważywszy, odjechał jakby nigdy nic prawie że z piskiem opon.

To, że kompletnie nic się mężowi nie stało i cała sprawa zakończyła się jedynie pobrudzeniem spodni, to cud pierwszy.

To, że otrzymaliśmy wówczas przeogromne wsparcie od Maltańczyków, to cud drugi. Nie wiem, czy bez tego wypadku mielibyśmy kiedykolwiek możliwość poznać ich z tak dobrej strony. Niektórzy ludzie zatrzymywali i zostawiali swoje auta na środku drogi, by do nas podbiec i nam pomóc. Pewna pani, która przedstawiła się jako pielęgniarka, chciała nas zawieźć nawet do szpitala, na szczęście to okazało się zbyteczne.

Jest jeszcze cud trzeci. Po odzyskaniu przez męża sił, gdy już ostatecznie pożegnaliśmy się z możliwością uczestnictwa tego dnia we mszy, ruszyliśmy na przystanek po drugiej stronie drogi, by powrócić do hotelu. I wtedy okazało się, że jest tam odbicie w zaułek – tak, stał przy nim kościół, którego wcześniej nie znaleźliśmy na żadnej mapie. Podeszłam do kościelnej tablicy ogłoszeń i zaniemówiłam – za parę minut w tej świątyni miała się rozpocząć msza. Na dodatek nie był to pierwszy lepszy kościół, ale najprawdziwsze Sanktuarium - miejsce kultu świętej Teresy od Dzieciątka Jezus. Tej, której hymn miłości „Vivre d'amour” towarzyszył nam już od podróży do Bejrutu. Radość męża była niewyobrażalna. Jego poświęcenie nie poszło na marne. A Mała Tereska z Lisieux już na zawsze pozostanie w kanonie naszych ulubionych Świętych i szczególnych Patronów. Przez lata przy wspominaniu maltańskich wczasów będziemy sobie żartowali, że to Ona właśnie wykiprowała męża z autobusu i sprowadziła do swojej świątyni. Na pewno po prostu chciała go lepiej poznać:)...


P.s. Oto fragment wiersza „Vivre d'amour”, czyż nie piękny? 

„Wszystko oddałam
Biegnę lekko
Mam już tylko moje jedyne bogactwo
Żyć z Miłości”

Tekst pochodzi ze strony: https://www.tekstowo.pl/piosenka,natasha_st_pier_et_anggun,vivre_d_amour.html

Jego ulubiona przez nas wersja muzyczna znajduje się pod linkiem: https://www.youtube.com/watch?v=BkSRNDM4Z7E

P.s.1

I jeszcze jedno powiązanie osoby Świętej Teresy z Lisieux z muzyką, a dokładnie z twórczością Edith Piaf:

https://pl.aleteia.org/2017/11/21/edith-piaf-i-swieta-teresa-z-lisieux-historia-pelnego-zawierzenia

Ps. 2

A tu widok wnętrza Sanktuarium Świętej Teresy od Dzieciątka Jezus (zlokalizowałam je w Birkirkara - Valley Road (Triq il-Wied) na żywo z kamery internetowej: https://www.skylinewebcams.com/webcam/malta/malta/birkirkara/birkirkara-st-therese-church.html

Miejsce to okazało sie być całkiem blisko od  Kościoła Świętego Józefa Robotnika (również Birkirkara -  Bwieraq Street (Triq il-Bwieraq), gdzie najczęściej chodziliśmy.

P.s. 3

Wspomnienia z trzeciego maltańskiego hotelu przepiszę w wolnej chwili.

Aneks:

Dalsze wspomnienia z Malty znajdują się w nastepnym wpisie pod linkiem: https://podobrejdrodze.blogspot.com/2024/11/labranda-riviera-resort-spa-20192020-do.html

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz