poniedziałek, 11 listopada 2024

CHWYT PONIŻEJ PASA

To co mi się przydarzyło ostatnio jest po prostu chwytem poniżej pasa – zresztą już nie pierwszym w moim życiu. Od pewnego czasu, mam wrażenie, że powtarza się w nim jakiś rodzaj czarnego scenariusza. Otóż, gdy tylko zaczynam myśleć, że oto być może wreszcie uda mi się poukładać na nowo swoje życiowe sprawy, to wówczas wydarza się coś takiego, co całkiem dosłownie zwala mnie z nóg. Tragedia. Cios od losu, nad którym nie da się przejść do porządku dziennego, nawet gdyby się nie wiem jak chciało.

I tak właśnie było tym razem, gdy wreszcie w nieśmiały sposób pomyślałam sobie, że może tym razem uda mi się wyjść na jakąś prostą. Bo wreszcie uporałam się z większością wiszących nade mną od dłuższego czasu spraw. Odpuściłam te, których i tak już nie mam szans poskładać do kupy. Zabrałam się za siebie – leczenie (i to jest dentysta;), odnalezienie ulubionej aktywności fizycznej, wystartowanie z ćwiczeniami korygującymi postawę. Zadbałam nie tylko o ciało, ale i o samorozwój – intelektualny, duchowy, zawodowy… Wzięłam udział w kilku interesujących webinariach, zapisałam się na parę ciekawie zapowiadających się szkoleń.

Jednym z nich była konferencja w Regionalnym Ośrodku Metodycznym pod tytułem „Wykrywanie wczesnych symptomów kryzysowych, w tym zachowań samobójczych i innych zachowań autodestruktywnych u dzieci i młodzieży”. Bardzo trudna tematyka, no ale przecież nie mogę takiej unikać, jeśli chcę rozwijać się zawodowo i być coraz lepszym psychologiem szkolnym. Do rozwoju zawodowego i udziału w tym szkoleniu namówiłam też pedagożkę z nowej szkoły. I tak oto wespół w zespół pojechałyśmy z Elą do Katowic w piękny październikowy, złotojesienny dzień.

I bardzo czułyśmy się dumne z siebie, że zmierzyłyśmy się z tematem, który tak naprawdę raczej przeraża. Organizatorka konferencji była tego świadoma – na zakończenie poprosiła wszystkich, by w ramach odreagowania zrobili dla siebie po szkoleniu coś miłego.

Nie zdążyłyśmy. Jeszcze podczas powrotu z Katowic, będąc pod wielkim wrażeniem nowo przyswojonej wiedzy, dyskutowałyśmy z Elą na temat... statystyki. A ta jest załamująca. Okazuje się bowiem, że codziennie w Polsce odnotowuje się 6 samobójstw wśród dzieci i młodzieży, a na każde z nich przypada około 100 – 200 nieudanych prób samobójczych. To się nam w głowach nie mogło pomieścić. Ale zarazem zrodziło niepokojącą refleksję, że skoro ta statystyka jest tak bezwzględna, to wcześniej, czy później może i nas dosięgnąć… I wtedy zadzwoniła pani dyrektor…

Och życie, dlaczego jesteś takie wredne? Przecież nasza uczennica ledwie rozpoczęła klasę maturalną i weszła w dorosłość. Wszystkie drzwi stały przed nią otworem, wszelkie życiowe szanse, osiągnięcia, sukcesy czekały na spotkanie na dalszej drodze… Tej, której już nie będzie…

Nie sposób tego ani pojąć, ani się z tym pogodzić. Samobójstwo Ani wstrząsnęło całą naszą szkołą. Miłej, pięknej, uśmiechniętej dziewczyny, która z jakiegoś względu nie chciała dalej żyć. Ale nikt o tym nie wiedział, ponieważ nie było w jej zachowaniu takich symptomów samobójczych, o których mówiono nam na szkoleniu. Wiedza suiscydologiczna poległa w tym przypadku w zderzeniu z życiem.

Nie chcę o tym nic więcej pisać, a pewnie też i nie mogę, bo policyjne dochodzenie w tej sprawie nie zostało jeszcze zakończone. Ale dla matki, która straciła kiedyś swoje własne dziecko, zawsze śmierć kolejnego tak młodego człowieka, będzie powodowała otwieranie się starych ran. I naprawdę aż fizycznie odczułam, że się wykrwawiam. Ile jeszcze żałób jestem w stanie unieść w swoim życiu? Tak bardzo nie mogę odżałować Aniu tego, co się stało…

*


I na to wszystko nałożyło się kolejne szkolenie. Tym razem wyjazdowe w nowszej szkole. Z myślenia matematycznego, którego akurat nie mam. Ale za to w pięknych okolicznościach przyrody. Nowa dyrekcja zaplanowała wyjazd szkoleniowy do Jeleśni (choć właściwie to miało być do Korbielowa).

Tylko jak znaleźć na to wszystko siły po godzinach pracy w ekstremalnym stresie, skrajnym zmęczeniu i nieprzespanej nocy? Właściwie to bardzo mnie korciło, żeby pożegnać się z wyjazdowym planem, ale wiedziałam, że powrót do domu też nie przyniósłby spokoju.

- Jedź – radzi mi koleżanka z nowej szkoły. - Może uda ci się zapomnieć o tym, co się stało.

No i przyznać muszę, że się udawało. Nie żeby przez cały czas, ale naprawdę często, bo plan tego wyjazdu był tak załadowany, że nie zostawiał nawet chwili czasu dla siebie – w moim przypadku oznaczało to brak chwili czasu na myślenie.

Po przyjeździe do hotelu – a była to długa droga ze względu na korki, roboty drogowe i objazdy oraz szybkim obiedzie od razu zebrano nas w sali konferencyjnej, a pani prowadząca szkolenie nie odpuszczała – zapodała nam intensywne zajęcia warsztatowe, podczas gdy już byliśmy tego dnia co najmniej 10 godzin na nogach. No ale jakoś podołaliśmy. I w nagrodę od razu (ze względu na sporą obsuwę czasową) musieliśmy gnać do sąsiadującej z hotelem karczmy na kolację.

Posiedziałam tam dłużej niż planowałam. Było naprawdę miło. Pani od matematyki przygotowała zabawę integracyjną z ulubionymi kawałkami muzycznymi zaproponowanymi przez każdego z nauczycieli. Powiedz mi, czego słuchasz, a powiem ci, kim jesteś… Tego wieczoru naprawdę dużo się dowiedziałam na temat gustów moich nowych koleżanek i kolegów. I to było nie dość, że ciekawe, to jeszcze zaskakujące i pouczające. Z jednak obcymi w dalszym ciągu ludźmi spędziłam naprawdę radosne chwile w tym jakże smutnym dla mnie czasie. Na integrację niestety nie był to jednak dobry moment…

Z karczmy wyszłam, gdy zaczęła się część taneczna imprezy. Grono pedagogiczne bawiło się chyba do północy. U mnie zaś ciało upomniało się o swoje. Przespałam tę noc. I to było największe błogosławieństwo wyjazdu, bo w domu problemy ze snem uniemożliwiały mi normalne funkcjonowanie.

Nie był to jakiś nocny wypoczynek wszechczasów, raczej płytki i rwany, ale wystarczył. Na śniadaniu zameldowałam się chyba jako pierwsza z naszej grupy. Miałam czas, by podelektować się jedzeniem. Wszystko mi smakowało. „W Hotelu ✯✯✯ Vesta znajduje się Restauracja Vesta, serwująca dania kuchni śródziemnomorskiej oraz sąsiadująca bazpośrednio z Hotelem historyczna, XVII-wieczna Stara Karczma, będąca najcenniejszym zabytkiem potwierdzającym wielowiekową historię Jeleśni. Jest to jedna z ostatnich oryginalnych karczm w tej części Europy. Niepowtarzalny góralski klimat oraz wyśmienite tradycyjne polskie menu zachwyci nawet najbardziej wymagających”, jak można przeczytać na stronie obiektu. Czy w takim miejscu mogłabym grymasić z powodów kulinarnych?

W ogóle to w Hotelu Vesta w Jeleśni nie miałabym się do czego doczepić. Zajmowałam tam w pojedynkę fajny, wygodny pokój z widokiem na jeleśnicki Rynek z VII- wieczną karczmą na pierwszym planie oraz górami w tle. Czystość była bez zarzutu. Obsługa również. 

Jedyne, czego mi się nie udało tam zrobić, to skorzystać ze Spa. Po śniadaniu chciałam spędzić tam choć 15 minut, bo program pobytu nie bardzo pozwalał na więcej. I o ile rozumiałam, że sauny nie są o takiej porze rozgrzane, to liczyłam na krótki relaks w wannie z jacuzzi. No niestety, okazało się, że recepcjonistka właśnie nalała do niej chloru, by ją wyczyścić.

- Goście bardzo ją zabrudzili poprzedniego dnia – dodała, żeby mi nie było żał, że właśnie wtedy zamiast w Spa, spędzałam czas w sali konferencyjnej, rozwiązując wątpliwe rozrywkowo zagadki matematyczne. No rzeczywiście, jeśli miałabym moczyć się w brudnej wodzie, to lepiej było odpuścić.

I skoro nie dało się rankiem relaksować w jacuzzi, to można było przeznaczyć ten czas na zaproponowany przez grupę spacer. Popatrzeć na opanowane przez jesień góry. Uchwycić to na niezliczonych fotkach. Zebrać parę modrzewiowych maślaków.

A potem wrócić do domu – do swojego zwykłego życia i swojej rozsypki…


*


Pogrzeb naszej uczennicy odbył się w przeddzień dnia Wszystkich Świętych, zamykając pewien etap, rozgrywający się tuż po jej śmierci i otwierając długi listopadowy weekend, gdy wszystkie żałoby i ta świeża i te wcześniejsze połączyły się w jedno. To był trudny czas. Po którym ciężko się wciąż pozbierać. 

A tymczasem mamy kolejny długi weekend ze Świętem Niepodległości w roli głównej. I trzeba się dalej przedzierać przez życie… W ostatnim okresie poruszałam się w nim na wstecznym biegu, pora to nadrobić. Odpowiedź na pytanie: „ile razy można się podnosić, gdy los sprawi, że upadniemy na swojej drodze?” brzmi: „tyle, ile trzeba. I nic innego nie da się z tym zrobić...


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz