piątek, 19 maja 2023

27. TURCJA: Van - Kawałek nieznanej historii świata




Gdy jeszcze przed wyjazdem oglądałam zdjęcia Hiltona w Van, to wyobrażałam sobie, że stoi on omal na plaży. Niestety tak dobrze to nie ma. Rzeczywistość wygląda w taki sposób, że jest Hilton, parking przed hotelem (nie jakiś wielki, ale zawsze to coś), a potem kilkupasmowa droga biegnąca wzdłuż brzegu  jeziora. Ale rzeczywiście, jeśli ogląda się je z naszej pościeli, to nie widać tego wszystkiego, co od niego dzieli:)

Gorzej, gdy chcemy dostać się na brzeg. Kilkupasmowa droga nie ma nigdzie w pobliżu przejść dla pieszych. Właściwie to nie wiadomo, w jaki sposób można ją przekroczyć. Z naszych okien wkrótce po przebudzeniu widzę całą rodzinę, zaczynającą od tego, że rodzice wraz z dziećmi przebiegają kilka pasów dla samochodów, jadących do centrum miasta, potem długo stoją pośrodku jezdni na kawałku betonu oddzielającego oba kierunki ruchu, by w chwili jego mniejszego natężenia, pokonać biegiem pozostałą część jezdni. Z dezaprobatą myślę, że to głupie i bardzo niebezpieczne, ale wieczorem, przy braku alternatywy, robię dokładnie to samo🙊.



Biegnę na wysuszony kawałek terenu po drugiej stronie drogi, by sfotografować zachód słońca. W ciągu dnia pasły się tutaj owieczki i choć nie wiem, co tam im się udało znaleźć do jedzenia, to miło było się temu poprzyglądać. 


Za tym suchym, zżółkniętym kawałkiem gruntu, robiącym za pastwisko:) dla owczego stada, rozpościera się mokry, spory obszar porośnięty przez zielone trzciny - nie da się tędy podejść bezpośrednio nad wodę. W oddali widać prace budowlane nad brzegiem jeziora, może w przyszłości będzie to okolica bardziej przyjazna dla wypoczywających. O to, gdzie jest najbliższa plaża, nawet nie pytałam.


Na szczęście nie przyjechaliśmy tu plażować, więc powodu do rozpaczy raczej nie mamy. W ciągu dnia staramy się odpocząć, korzystając z infrastruktury hotelu, a o zmroku ruszamy na kolację do centrum.


Van okazuje się najbardziej zaskakującym miastem w naszej podróży. Nowoczesne, z pięknie oświetloną główną ulicą, pełną sklepów światowych marek, zupełnie nie pasuje do stereotypu Turcji Wschodniej. Myślę, że gdybym miała przyjechać do Van raz jeszcze, to jednak rozważyłabym wybór któregoś z hoteli w centralnej części miasta . Ten nasz, położony na uboczu, miał trochę charakter podmiejskiego miejsca schadzek, sądząc po zachowaniu niektórych jego gości. Ale oczywiście trudno byłoby winić za to Hiltona.


Będąc w centrum, rozglądam się uważnie, starając się wypatrzeć miejscowe koty. Przed przyjazdem przeczytałam, że to sposób na poznanie przedstawicieli rasy turecki van. No oczywiście nie jest to wskazówka, którą należałoby przekazać innym podróżującym. Jedyne koty, jakie widziałam w mieście (i to wielokrotnie:), to te uwiecznione w formie pomnika, stojącego przy wylotówce z miasta, prowadzącej do naszego hotelu. Niestety ta droga jest tak ruchliwa, że zatrzymanie się przy niej, by zrobić zdjęcia nie było możliwe.


Po przyjeździe  uzupełniam wiedzę na temat tureckiego vana. Czytam o nim, że “zdobył miano “pływającego kota”. W przeszłości nurkował i łowił ryby” (https://zooart.com.pl/blog/turecki-van-opis-dlugowlosej-rasy-z-turcji-opieka-i-wybor-hodowli-kotow-tureckich-van). Było to spowodowane warunkami jego środowiska naturalnego, głównie ubogimi zasobami żywności w okolicach, z których pochodzi (oczywiście tereny przy Jeziorze Van). W pływaniu tureckim vanom pomaga fałd skóry między pazurami, który pełni rolę błony pławnej oraz szybkoschnące futerko bez wełnianego podszerstka.


Kotki van są śnieżnobiałe, choć mogą mieć domieszkę innych kolorów (nie więcej niż 20%), głównie przy uszach i na ogonie. Ich oczka są bursztynowe lub niebieskie, często różnokolorowe (jedno bursztynowe, a drugie niebieskie).


Do Europy przedstawicieli tej rasy sprowadzono w latach sześćdziesiątych ubiegłego wieku. Obecnie jest ona chroniona w Turcji i nie wolno kotów van wywozić poza granice kraju. Stały się dziedzictwem narodowym i dąży się do odtworzenia ich populacji. Magda z polecanego w poprzednich wpisach vloga “Kawa po turecku” nagrała odcinek z wizyty w Van Kedisi Evi (Dom kota tureckiego van) na terenie tutejszego uniwersytetu, polecam.


Później, już po powrocie z podróży, znajduję wreszcie porządną wskazówkę, dzięki której można z łatwością odszukać ten obiekt. Autorzy strony https://wdrodzedo.com/wokoljezioravan/ podają, że dom kotów znajduje się na ulicy Melen, niedaleko twierdzy Van. Ach jaka szkoda, że nie wiedzieliśmy tego wcześniej, byliśmy tak blisko...


Twierdzę zwiedzałam w dzień wyjazdu z miasta. Doszłam do wniosku, że pewnie drugi raz w życiu nie uda mi się dotrzeć w ten rejon, więc trzeba go obadać do porządku. Zresztą twierdza w Van to naprawdę jest “must see”, obiekt robi niesamowite wrażenie. Na dodatek to kawałek zupełnie nieznanej historii świata.



No bo kto przed przyjazdem w te strony słyszał kiedykolwiek o Królestwie Urartu? A nie było to bynajmniej nic nie znaczące państewko zagubione gdzieś na obrzeżach Azji. Dawne Urartu obejmowało spore tereny dzisiejszej Turcji Wschodniej, Armenii i Iranu. 


Niestety czas zadziałał tu na niekorzyść Urartyjczyków, zacierając ślady z początków ich dziejów, czyli sprzed ponad trzech tysiącleci. Z bardzo nielicznych źródeł, które się zachowały, niewiele można wydedukować o kulturze czy też o życiu codziennym tego ludu/ludów(?). W Wikipedii znajduje się zapis: Urartu odkryto na początku XIX wieku. Naukowcy zwrócili uwagę na relację średniowiecznego historyka ormiańskiego Mojżesza Choreńskiego (...) o patronacie królowej asyryjskiej Semiramidy nad budową miasta na brzegu jeziora Wan”. Niestety nie wiadomo, na ile wiarygodne jest to źródło informacji.


Ale wspomniany tekst w Wikipedii  jest dla mnie szczególnie intrygujący ze względu na podaną tam ciekawostkę. Dotyczy ona nazwy najwyższej góry, znajdującej się w dawnym królestwie Urartu:

Ararat – niepoprawne, powtórzone za masoretami [żydowscy uczeni Tory - przyp. aut.], odczytanie aramejskiego napisu rrt. Nazwa występuje w tekstach biblijnych, zachowała się również we współczesnej toponimice [dyscyplina zajmująca się nazwami miejsc - przyp. aut]. Naukowcy dokonali porównania słów „Ararat” i „Urartu” na podstawie łacińskich i greckich przekładów Biblii. (...). rękopisach z Qumran występuje aramejski napis hwrrt, który wskazuje na Urartu” (https://pl.wikipedia.org/wiki/Urartu).


Być może więc ta tajemnicza nazwa od zawsze była w naszym przekazie kulturowym, a tylko błędy w badaniu źródeł sprawiły, że o tym wcześniej nie wiedzieliśmy, używając w zamian słowa Ararat. Podlinkowany tekst podaje, że pochodzi ona z języka asyryjskiego i prawdopodobnie oznacza “wysoką krainę”, co miałoby sens, zważywszy na fakt, że Urartu znajdowało się na Wyżynie Armeńskiej.


Jego osłabienie zapoczątkowały przegrane wojny z Asyrią w VIII w.p.n.e., później zależność polityczna od niej, w końcu zaś najazdy nowych przybyszów, którzy chcieli zasiedlić ziemię Urartyjczyków. W wyniku tego procesu w VI w.p.n.e. ich państwo zniknęło z mapy świata i zostało zapomniane.


Ale pozostałości budowli, które wznieśli, przetrwały do  dzisiaj. I choć nadbudowano na nich później średniowieczne i osmańskie fortyfikacje, to jednak są one świadectwem potęgi Urartu. Jestem dla niej pełna podziwu, gdy zwiedzam twierdzę Van. Jej ogrom zdumiewa i chwilami budzi niedowierzanie. Cieszę się, że nie odpuściłam sobie tej niezwykłej budowli, mimo że zwiedzanie jej w upalne, letnie południe trochę wymęczyło.


Ale za to na deser zaplanowaliśmy tego dnia relaks nad wodą. Najpierw podjeżdżamy w okolice portu w Van, później staramy się znaleźć jakąś plażę z możliwością wejścia do jeziora. Tego dnia będziemy przejeżdżali wzdłuż znacznej części jego południowej linii brzegowej, więc jesteśmy pełni nadziei, że uda nam się w nim choć nogi zamoczyć.


Stanowi ono wyjątkowo duży zbiornik wodny, największy w Turcji - żeby go objechać dookoła trzeba by było pokonać ponad 430 kilometrową trasę. Przez okolicznych mieszkańców nazywane jest morzem, w czym nie ma nic dziwnego, ponieważ w wielu miejscach nie widać drugiego brzegu. Na dodatek wody jeziora są słone. Jak można wyczytać na stronie https://alanyaonline.pl/jezioro-wan-w-turcji:  Dokładne zasolenie wody, które zostało pobrane z dna jeziora równa się 67%. Proszę sobie wyobrazić, że jest to dwa razy większe zasolenie niż w morzu!

Woda nie nadaje się do picia również ze względu na metaliczny smak i dużą zawartość sody. Van jest największym na świecie jeziorem sodowym. Ma wyjątkowo wysoką zasadowość, która wynosi 9,8. Podobno można w nim robić pranie bez użycia detergentów, ale my tego nie sprawdzaliśmy:).


A tu podaję jeszcze zaczerpnięte z powyższego źródła liczby, określające wymiary jeziora:

3574  km2 - jego powierzchnia;

120 km - jego długość;

450 m - jego głębokość.



W internecie można znaleźć informację, że wody jeziora są śliskie i sprawiające wrażenie oleistych. Ale gdy w końcu udaje nam się przyuważyć odpowiednie miejsce, by zamoczyć nogi, to jakoś nic takiego nie czujemy. Pewnie, żeby tego doświadczyć, to trzeba by było zdecydować się na porządną kąpiel (woda jest przyjemnie ciepła), jakiej zażywają turyści przybyli nad jezioro wraz z nami. Ale we mnie  takie dzikie plaże, jak ta, którą znaleźliśmy, nie budzą zaufania. 


By czuć się komfortowo w wodzie, potrzebuję idealnie przebadanego dna i bacznego oka ratownika nad sobą, a tego rodzaju miejsca nie widzieliśmy po drodze. No ale może to dlatego, że też jakoś specjalnie się za takim nie rozglądaliśmy. W upalne dni zamiast na plażach, skupiam się raczej na wypatrywaniu zacienionych kawałków przestrzeni.


Niełatwo o nie nad Jeziorem Van. Okolica jest skalista i słabo porośnięta czymkolwiek. Przejechaliśmy większośc trasy wzdłuż jego południowego brzegu, zanim w końcu udało nam się znaleźć jakieś całkiem ładne miejsce piknikowe do posiedzenia nad wodą. Na znajdujące się na jego terenie zwały śmieci niestety musieliśmy przymknąć oczy. 


Lecz może to zaśmiecenie nie było tylko winą ludzi, ale także wiatru, który akurat tam w postaci bryzy przyjemnie zawiewał znad jeziora, roznosząc po okolicy, co tylko się dało. No nic, trzeba brać życie, jakim jest i koncentrować się na plusach. To już ostatnie chwile nad jeziorem i ostatni dzień, gdy możemy się nacieszyć jego widokiem.


W drodze wzdłuż brzegu udało nam się wypatrzeć także miejscową atrakcję turystyczną, czyli ormiański kościół Krzyża Świętego z X wieku, do którego organizowane są rejsy wycieczkowe dla turystów (z portu w Gevaş). Znajduje się on na widocznej z nadbrzeżnej drogi wyspie Akdamar. Dzięki teleobiektywowi mieliśmy nawet możliwość dość dobrze mu się przyjrzeć. Bo oczywiście z wycieczkami statkami i promami zupełnie nam nie po drodze w naszych ostatnich podróżach.




Nieoceniona Magda z “Kawy po turecku” podaje na swoim vlogu piękną historię dotyczącą Akdamar (Ahtamar): “Legenda głosi, że za dawnych czasów mieszkała tutaj przepiękna ormiańska księżniczka. Zakochał się w niej zwykły chłopak, który mieszkał nad brzegiem jeziora. I co noc pływał do tej księżniczki wiedziony światłem, które ona na wyspie dla niego zapalała. Ale o tym romansie dowiedział się ojciec księżniczki i pewnej nocy, kiedy chłopak znów płynął na wyspę, ojciec zgasił światło. Chłopiec, nie wiedząc, dokąd płynąć, utonął. Legenda mówi, że jego ostatnimi słowami, było właśnie: “Ah, Tamara!”, czyli tak, jak na imię miała księżniczka”. To już kolejna smutna historia o miłości rozdzielonej wielką wodą, z którą  mamy okazję zapoznać się w Turcji.


Ale są też pozbawione tragicznego wątku ciekawostki z tych okolic:). Podaję je za ostatnią z podlinkowanych powyżej stron, czyli alanyaonline.pl.:

1. W Jeziorze Van żyje, przystosowany do jego specyficznych warunków,  jeden gatunek ryb z rodziny karpiowatych (choć ostatnio już przeczytałam gdzieś o odnalezieniu drugiego). Jeśli ktoś chce się o nim dowiedzieć czegoś więcej, to powinien obejrzeć na wspomnianym tu vlogu Magdy odcinek pt. “İnci kefali - latające ryby?.


2. Jezioro Van ma również, jak słynne szkockie Loch Ness, swojego potwora.  Historia ta pojawiła się w 1995 roku, podobno około 1000 osób widziało wtedy 15 metrowe, przypominające plezjozaura, zwierzę z kolcami na grzbiecie. Niestety badania naukowe, jak dotąd, niczego nie potwierdziły.



3. Na dnie jeziora odkryto za to ruiny zamku z przed 3000 lat. Najprawdopodobniej to znów dzieło budowniczych Urartu.




4. Około dwieście tysięcy lat temu w wyniku erupcji wulkanu Nemrut, który znajduje się w pobliżu, odpływ wody w jeziorze został zablokowany przez strumień lawinowy, który miał 60 km długości! Od tamtej pory jezioro stało się bezodpływowe - czytamy dalej w przywołanym tu tekście.


To właśnie do tego wulkanu się skierujemy, gdy wreszcie opuścimy naszą nadbrzeżną drogę. Tego dnia już rozstajemy się z Jeziorem Van. 


zaczynamy powolny odwrót - piszę do moich najbliższych.

Cel naszej podróży został zrealizowany, nadszedł czas, by obrać kurs na drogę powrotną do domu...




Następny wpis z podróży: 


GALERIA - droga nad Jeziorem Van






























Brak komentarzy:

Prześlij komentarz