Poprzedni wpis z podróży: https://podobrejdrodze.blogspot.com/2023/04/ani-sie-obejrzelismy-kiedy-nasta.html
Hotel Grand Ağa w Doğubayazıt usytuowany jest przy drodze tranzytowej na Iran. To właśnie ona doprowadziła nas prosto pod hotelowe drzwi. Po raz pierwszy chyba w naszej podróży nie musieliśmy niczego szukać i nigdzie kluczyć, by znaleźć się w zarezerwowanym obiekcie. Ucieszyliśmy się, poczuliśmy ulgę. I wydawało się nam, że możemy już tego dnia przejść do fazy wypoczynku po podróży.
Niestety to nie zadziałało tak prosto. Przydzielenie nam pokoju, który by nie wychodził na tranzytówkę, trochę trwało. Ale choć nie obyło się bez komplikacji, to i tak w końcu widok z okna na Ararat wynagrodził wszystko. Nawet to, że o basenie i saunie, które obejmował internetowy opis obiektu, musieliśmy zapomnieć (nieczynne i już).
Hotel Grand Ağa już w Polsce wydawał mi się najlepszym wyborem na nocleg w Doğubayazıt. Cztery gwiazdki, ładne pokoje na fotkach (w rzeczywistości też, choć po posprzątaniu ich przez dzieciaki - i to takie, które dopiero co chyba weszły w nastoletniość, pewne niedoróbki były:), no i oczywiście bliskość Araratu... Między nim, a naszym hotelem usadowiła się mała, spokojna, trochę senna osada.
W przekonaniu, że to już całość miasta zrobiłam o niej notatkę w podróży:
W Doğubayazıt człowiek zaczyna rozumieć, co oznacza wyrażenie “Turcja Wschodnia”, które nawet Turcy, mieszkający w bardziej rozwiniętych gospodarczo rejonach, wypowiadają z pewnym rodzajem braku identyfikacji i zdystansowaniem. Jakby chcieli podkreślić, że odcinają się od tego, co prezentują te tereny.
A Doğubayazıt prezentuje biedę - z typowymi dla biedy zaniedbaniem i wyczuwalnym w powietrzu brakiem nadziei na lepszą przyszłość. Ludzie radzą tu sobie z tym, jak mogą - domy sklecone z najprostszych materiałów budowlanych są przeważnie małe i nie mają pretensji do urody, ale jakoś się kupy trzymają. Wśród nich oczywiście wyrastają nieliczne, krzykliwie ozdobione rezydencje tych, którym się lepiej powiodło. Wyglądają trochę dziwacznie w otoczeniu swoich ubogich sąsiadów, ale tu chyba nikt estetyką się zbytnio nie przejmuje.
Życie w Doğubayazıt sprawia wrażenie znacznie spowolnionego w stosunku do innych tureckich miast, chwilami wręcz zdaje się, jakby zamierało. Tylko wiatr niestrudzenie hula ulicami, wzniecając od czasu do czasu tumany pyłu. Roznosi kurzawę po całej okolicy.
Góra Ararat przygląda się temu ze spokojem. Była tu zanim ludzie wznieśli Doğubayazıt, będzie w dalszym ciągu wtedy, gdy zostanie po nim jedynie wspomnienie. Ot, taka kolej rzeczy...
O tym, jaka jest druga strona Doğubayazıt, przekonamy się dopiero ostatniego dnia pobytu, gdy po przecięciu tranzytówki będziemy zmierzali w stronę najczęściej wspominanego w internecie tutejszego zabytku, czyli Pałacu Ishaka Paszy.
Natrafimy wówczas na centrum miejscowości, przypominające ruchliwy ul pełen ludzi, sprawiających wrażenie, jakby nie sposób było się im zatrzymać. Do tego typowo miejska zabudowa z udogodnieniami, jakie widzieliśmy w innych miejscach Turcji.
Zaskoczyło mnie to kompletnie, kontrasty spowodowały, że tak naprawdę to już nie wiem, który Doğubayazıt oddaje prawdziwy charakter miasta, ale może jest tak, że oba robią to jednocześnie.
“Dalej na wschód już w tym kraju się nie da. Miasteczko położone 20 km od granicy z Iranem i 30 km od granicy z Armenią może poszczycić się przepięknym widokiem na oddaloną o 15 km najwyższą górę w Turcji (...) Doğubayazıt nazywane jest "wrotami Iranu" i widać to zwłaszcza na bazarze w postaci mnogości supertanich produktów, przemycanych tu zza wschodniej granicy;)” - twierdzi autor strony http://etraveler.pl/strefa-podroznika/azja/turcja/miejsca/dogubayazit/.
No my tego nie przyuważyliśmy, ale też w centrum byliśmy jedynie przejazdem. Skądinąd wcale mnie nie dziwi, że ludzie znaleźli sobie taki sposób na zaspokojenie swoich materialnych potrzeb. Bieda zmusza do różnych rozwiązań.
W innej części tego tekstu możemy przeczytać: “Obecnie w mieście przeważają Kurdowie. To na tych terenach jeszcze kilka lat temu toczyły się walki pomiędzy kurdyjską partyzantką z PKK [Partia Pracujących Kurdystanu, uznana przez wiele państw, w tym Polskę, za organizację terrorystyczną - przyp. aut.] a turecką armią. Ślady tych walk można zobaczyć na każdym kroku, choćby w postaci posterunków wojskowych usytuowanych niemal na każdym wzgórzu.”
No tak, z przyuważeniem ich nie mieliśmy akurat żadnego problemu. Żołnierzy jest sporo, ale mimo to okolica nie przytłacza poczuciem, jakby była strefą zmilitaryzowaną pod specjalnym nadzorem. Czuliśmy się tam zupełnie bezpiecznie.
*
Miło się zbudzić z widokiem na Ararat za oknem
Na razie wszystko robimy w leniwym tempie, bo nie chciałabym ryzykować ze zdrowiem A....... i czekamy aż w miarę dojdzie do sił.
Zresztą mnie takie tempo też się bardzo podoba - donoszę najbliższym po pierwszej nocy w Grand Ağa.
Niespiesznie więc jemy hotelowe śniadanie, zresztą i tak nic wtedy nie dałoby się przyspieszyć, bo całą restaurację obsługuje jeden człowiek, który jest wprawdzie miły, ale sprawia wrażenie, jakby chciał zrobić to najwolniej, jak można i wydać dzięki temu jak najmniej jedzenia:). A tu sala pełna młodych ludzi z młodzieńczym apetytem, podsycanym zapewne przez perspektywę trekkingu w okolicy Araratu. Niemniej po kilku wygranych z nimi wyścigach do bufetu po smakołyki, typu świeżo ugotowane jajko na twardo:), kończymy śniadanie z pełnymi brzuchami. Można wyruszać na rekonesans w tutejsze strony...
Oglądając w nim, jak Magda z Nurim przedzierają się przez górskie, wąskie, kręte dróżki bez asfaltu, miałam duże wątpliwości, co do rezultatu naszej wyprawy w “poszukiwaniu zaginionej Arki”. Niepokoiłam się, że będziemy błądzić jak vlogerzy, co w tych przygranicznych terenach mogłoby być dla nas mało ciekawe. No ale nic z tych rzeczy. Nasza tranzytówka na Iran doprowadziła nas do asfaltowego odgałęzienia z zupełnie dobrym oznakowaniem.
Tym samym bez trudu staliśmy się “odnalazcami” Arki Noego. I w tym miejscu aż się prosi, by zacytować Biblię, ale zrobiła to już na swoim vlogu Magda, więc nie będę się powtarzać. Odwołam się tylko do informacji na temat obiektu w Wikipedii: “Został objęty ochroną 17 września 1987 roku przez rząd Turcji na podstawie hipotezy wysuniętej przez podróżnika Rona Wyatta oraz turecki Uniwersytet im. Atatürka, jakoby odkryta w okolicy góry Ararat skamieniała formacja w kształcie statku mogła być Arką Noego. (...) Pomnik znajduje się na terenie Parku Narodowego Góry Ararat” (https://pl.wikipedia.org/wiki/Arka_Noego_(pomnik_przyrody).
Czy się w to wierzy, czy nie wierzy, to jest indywidualna sprawa. W swoim vlogu Magda podaje linki do artykułów na ten temat, można do ich zajrzeć, jeśli ktoś jest zainteresowany pogłębieniem wiedzy i wyrobieniem własnego zdania.
Ja trzymam się tutaj tylko tego, co napisano w Wikipedii: “Z czasem nazwany Arką Noego (tur. Nuh’un Gemisi) obiekt stał się mniej widoczny. Częste w tych rejonach trzęsienia ziemi [rzeczywiście pełno tu jej widocznych spękań - przyp.aut.] doprowadziły do jego częściowej degradacji. Naniesiona ziemia i obrastająca go trawa sprawiają, że wielu turystów jest zawiedzionych, mając nadzieję na bardziej spektakularny widok. Z tego powodu ośrodek turystyczny przy tzw. Arce Noego podupadł i przez kilka lat był zamknięty. Następnie odremontowano i otworzono go ponownie, ale sam obiekt uważany za arkę został pozostawiony samemu sobie, coraz bardziej wtapiając się w otaczający go krajobraz”.
A czy w związku z tym my byliśmy zawiedzeni? Ani troszeczkę! Wprost przeciwnie, byliśmy zachwyceni - przede wszystkim gościnnością pracowników ośrodka turystycznego, którzy poczęstowali nas wodą i kawą, a także wynieśli nam krzesła w cień otaczających budynek drzew. I w takiej loży honorowej mogliśmy bez końca podziwiać owieczki pasące się wewnątrz zarośniętej trawą Arki i napawać się panoramicznym widokiem na tę prześliczną, zieloną okolicę, która stała się portem docelowym ludzkości po potopie. Jak moglibyśmy czuć zawód w takim miejscu?
Oczywiście musiałam się również przyjrzeć wszystkiemu z bliska, wykonać dziesiątki zdjęć, no i jak zwykle przesłać relację do Polski:).
To według badaczy miejsce, gdzie osiadła Arka. Trzeba jechać [palcem po zdjęciu - przyp.aut.] wzdłuż tego jasnego jakby murka, który potem zakręca w taki dziob
Za A........ też to widać, w rzeczywistości zresztą znacznie to bardziej widoczne
Z bliska to wygląda tak
Wyraźnie widzę miejsce Arki, na każdym zdjęciu.
Tak musiało być! - odpisuje Beata.
A to moje dzisiejsze wdzięczne modele - relacjonuję dalej już po powrocie do hotelu
To był piękny dzień
Pojechaliśmy na granicę z Iranem - było super. Zaspokoiliśmy ciekawość i zjedliśmy bardzo smaczny posiłek w barze dla tranzytowych kierowców.
Kończymy (...) dzień pięknymi widokami z okna - oczywiście na Ararat i zachód słońca nad górami
I ponieważ już rankiem postawiliśmy na leniwe tempo, to przenosimy zwiedzanie Pałacu Ishaka Paszy na dzień wyjazdu z Doğubayazıt. Na tę chwilę wystarczy nam wrażeń, musimy jeszcze mieć czas na zapisanie ich w sobie. I oczywiście na wgapianie się w Ararat.
GALERIA - zachód słońca w Doğubayazıt
















































































Brak komentarzy:
Prześlij komentarz