Maj, na który według słów piosenki (Ireny Santor) z czasów mojej młodości, czekają zakochani, już rozgościł się niepostrzeżenie w najlepsze. A ja zaczęłam w związku z tym odliczanie końcowe. Zostało mi jeszcze 30 dni roboczych w starej szkole - zaledwie miesiąc.
Powoli zamykam swoje sprawy. Porządkuję gabinet, niszczę niepotrzebne dokumenty, których przez lata się nazbierało całkiem sporo. Formalności już za mną. Decyzją burmistrza zostałam zwolniona z oddawania pieniędzy za studia. Najwyraźniej ta opcja opłacała się gminie bardziej niż zatrzymanie mnie w pracy jeszcze na rok.
Jestem więc wolna. Ostatni, łączący mnie ze szkołą masową, węzeł został rozwiązany. Zostały mi jeszcze dwa małe węzełki, które wkrótce też powinny stać się przeszłością.
Pierwszy to ocena pracy zawodowej. No nie wiem, jak moja nowa dyrekcja starej szkoły mogła wpaść na taki pomysł. Myślę, że jestem pierwszą w dziejach oświaty emerytką (na dodatek bez możliwości przedłużenia umowy o pracę), którą się ocenia. Powinnam chyba zostać uwieczniona w jakimś zestawieniu osobliwości. I nawet by mnie może to tak nie poruszyło, gdyby nie fakt, że przygotowanie dla pani dyrektor opisu działań w 65!!!, ocenianych według nowych przepisów, dziedzinach mojej szkolnej aktywności zabrało mi (kompletnie niepotrzebnie) ogrom czasu, który mogłam przeznaczyć na tyle innych, sensowniejszych zajęć. Teraz już pozostało mi tylko czekanie na ostateczny werdykt ze strony dyrekcji. Jutro mam się wreszcie dowiedzieć, jak oceniono moją pracę. Eh, kto lubi być oceniany?
Drugim węzełkiem w relacjach z moją starą szkołą jest planowany na nadchodzący weekend wyjazd integracyjny. Przepraszam, powinnam tu napisać szkolenie wyjazdowe z noclegiem, bo jak się okazało ma to zasadnicze znaczenie. Jeśli bowiem chodzi o integrację, to stwierdziłam, że już nie muszę i zignorowałam pomysł dyrekcji. Niestety wkrótce dowiedziałam się, że moduł szkoleniowy jest obowiązkowy dla wszystkich i nie można go pominąć. Złożyłam więc podanie z prośbą o zwolnienie ze szkolenia ze względu na opiekę nad niepełnosprawnym mężem, ale dyrekcja stwierdziła, że za późno.
Zaczęłam szukać innych rozwiązań. Próbowałam dołączyć do grupy nauczycieli, którzy jechali jedynie na spotkanie ze szkoleniowcem (to ponad 60 kilometrów od naszej szkoły), a potem po trzech godzinach od razu pod nią wracali (kolejne ponad 60 kilometrów). Niestety w ich busie wszystkie miejsca były już zajęte. I wtedy z pomocą przyszła mi nieoceniona Edi. Czy pisałam już, że w trudnych sytuacjach zawsze można na nią liczyć?
W końcu więc plan na weekend wygląda następująco:
wyjeżdżam na szkolenie spod szkoły autobusem wraz z większością grona pedagogicznego. Edi dołącza do nas prywatnym samochodem po swoich zajęciach. Zostajemy na noc w zarezerwowanym przez dyrekcję hotelu i zwijamy się z niego wczesnym rankiem, nie czekając na resztę ekipy.
Ale: tu najważniejsze. Edi dała mi całkowite poczucie bezpieczeństwa, zapewniając, że dosłownie w każdej chwili, gdyby się coś działo, może mnie zabrać z powrotem do domu. Już nie musiałam więc bić się dłużej z wątpliwościami, dotyczącymi pozostawienia chorego męża bez opieki na całą noc. Jestem Edi znów bezgranicznie wdzięczna.
Teraz pozostaje mi tylko dobrze nastawić się na ten wyjazd. Jeśli już muszę jechać, to chociaż niech mam z tego jakąś przyjemność zamiast jedynie straty czasu. W końu przecież od dawna marzyłam o tym, by się wyrwać gdzieś z domu. Mąż, zdając sobie sprawę z tego, że sam nie może mi tego zapewnić, też stara się mnie wspierać w pozytywnym nastawieniu do weekendowego planu. Mam nadzieję, że te nasze starania przyniosą oczekiwany skutek.
To tyle o starej szkole. A w nowej w zeszłym tygodniu rozpoczęły się egzaminy maturalne. Nawet nie wszystkie kasztanowce zdążyły rozkwitnąć na ten czas, choć zawsze stanowiło to symbol matur. Początek maja w tym roku był zdecydowanie okresem kwitnienia czeremchy i magnolii.
To właśnie te kwiaty powitały Zuzię i Kacpra, którzy zjechali do nas w długi majowy weekend. Ależ było nam miło. To taka przyjemność i duma patrzeć, jak nasz syn spełnia się w roli opiekuńczego młodego mężczyzny. Wyrósł na takiego dobrego i mądrego człowieka. I do tego, co zostało oficjalnie podczas naszego spotkania potwierdzone, choć właściwie we wszystkim przypomina mojego męża, to wgląd w siebie ma zdecydowanie po mamusi:). Tak trzymaj Synu!
A co z naszą “przyszywaną” Córką? Otóż w tym przypadku modlitwy zostały wysłuchane. Po śmierci Bartka prosiliśmy Boga, żeby Ania sobie ułożyła życie z kimś, kto ją będzie tak kochał, jak nasz syn. Wiedzieliśmy, że to może zaboleć, ale mimo to Jej szczęście zawsze było dla nas najważniejsze. I szczęście przyszło. Ma na imię Dawid. I choć mimo wszystko odczuwamy tę sytuację jako utratę (i naszą, i pewnie, choć to przecież absurdalne, Bartkową), to kibicujemy Ani z całego serca. Teraz będzie narzeczoną/synową dla kogoś innego, ale tak właśnie być powinno. Zasłużyła tak bardzo na miłość. Życzymy Ci wszystkiego, co najlepsze Aniu na nowym etapie życia. Tak trzymaj Kochana!
I tak właśnie zakochany maj szczęściem się toczy u naszych dzieci. U mnie też nastrój nie najgorszy - może dlatego, że od czasu zaostrzenia choroby męża znów jestem na lekach. Ale pewnie to także zasługa coraz dłuższych słonecznych dni, coraz bardziej intensywnych odcieni zieleni, coraz mocniejszych zapachów kwiatów, coraz głośniejszych ptasich treli i coraz częstszych myśli o wakacjach. Właściwie to można już odliczać dni do ich rozpoczęcia. Tak się składa, że do wakacji trzeba ich przepracować również zaledwie trzydzieści:)...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz