niedziela, 26 stycznia 2020

O ŻAŁOBIE PO ŚMIERCI DZIECKA - JAKO MATKA I PRZYSZŁY PSYCHOLOG



Ostatnie zajęcia na studiach w tym semestrze należą do modułu Psychologia zdrowia i choroby. Na ćwiczeniach zajmujemy się głównie tym drugim zagadnieniem. Żeby je zaliczyć muszę udać się do szpitala klinicznego w Zabrzu. W białym fartuchu wyjeżdżam wraz ze swoją grupą na oddział dziecięcy. I wszystko tu ma dla mnie ciężki kaliber. W bezpośredni sposób muszę dotknąć historii, z którymi do tej pory mogłam głównie zapoznać się „na odległość’ na przykład na stronie „Się pomaga”. Ciężko tu oddychać szpitalną atmosferą, która jest koncentratem bólu, rozpaczy i tak mocno w tym zakleszczonej nadziei, że prawie uduszonej. Jak się okazuje, niektórzy pacjenci (przykładowo czekający na przeszczep)  muszą sobie radzić z funkcjonowaniem w takich warunkach czasem nawet dwa lata.
Nade wszystko zaś ciężko mi nosić na sobie biały fartuch mojego zmarłego Syna. To trochę tak, jakbym przywdziała się w jego marzenia o przyszłej pracy w którejś z takich placówek. Bartek wybrał ten niesamowicie trudny zawód i nie mogę o tym przestać myśleć, ubrana w jego lekarski fartuch, który w gotowości i wyprasowaniu od czterech lat cichutko czekał w garderobie na użycie.

Nie, nie byłam w stanie przez ten czas wyrzucić niczego, co należało do Bartka. Czułabym się wtedy tak, jakbym pozbywała się jakiejś cząstki jego samego, związanej z uczuciami czy też przekonaniami, dotyczącymi tego przedmiotu – może się cieszył, że go dostał/zdobył/zakupił, może wyjątkowo dbał o niego i uważał za cenny, może przykładał wielką wagę do łączącej się z nim historii... Nie mogę teraz uczynić tego bezwartościowym.
Nie mam za to żadnych problemów z rozdawaniem tych rzeczy ludziom, o których wiem, że im się to przyda. Niech to, co zostało po Bartku, ma swoje drugie życie. Widzę, że jako rodzina jesteśmy w tym zgodni. Z tego powodu też staramy się używać jego rzeczy - wszystkiego, czego się da, w naszej rodzinnej codzienności. Na początku towarzyszą nam często uczucia takie, jak w przypadku fartucha. Z czasem jednak te rzeczy stają się już tak samo „nasze”, jak i Bartkowe. To jedyne zmiany, na które jestem na razie gotowa pozwolić.
I niech mi ktoś spróbuje powiedzieć, że moja żałoba trwa zbyt długo, lub że przeżywam ją w innym trybie niż by należało, to natychmiast zakończę taki kontakt. Nie godzę się na mieszanie kogokolwiek w to, co odczuwam i co mam prawo odczuwać na swój własny sposób. Mierżą mnie te psychologiczne wymysły na temat żałoby, wypisywane przez ludzi, którzy nigdy nie mierzyli się ze stratą własnego dziecka. Mierzi mnie roszczenie sobie prawa do mówienia takim ludziom jak ja, co mamy czuć, tylko dlatego, że można przy tym pomachać dyplomem psychologa.








Nie wiem, jak można wrzucać wszystkie procesy żałoby do jednego worka i wymyślać dla nich jakieś prawidła bez względu na okoliczności. Straciłam już wcześniej kolejno rodziców i swoje nienarodzone dziecko, umierali ludzie, którzy byli mi bliscy. Ale niczego nawet w najmniejszej cząsteczce nie mogę porównać do tego, co przeżywam obecnie. Jeśli każda żałoba ma tak diametralnie różny obraz u jednego tylko człowieka, to jak porównać ten stan u wszystkich nim doświadczonych? Dlatego prosiłabym psychologów, którzy wszystko rozumieją, by dali spokój takim osobom jak ja. Bo nie rozumieją. A my, jeśli będziemy potrzebowali ich pomocy, to wiemy, gdzie jej szukać.
Niech nikt nam na siłę nie próbuje pomagać. Bądźcie przy nas, zwyczajnie jak ludzie, którzy samą obecnością w takim czasie dają pewność, że będą wsparciem, gdy tylko tego zechcemy. Pewnie po nie sięgniemy, gdy do żałoby podłączy się jakieś inne zaburzenie, o co łatwo w takim okresie. Tak, depresja lub jakiekolwiek problemy somatyczne, uzależnienia, zaburzenia odżywiania czy też ostre objawy stresu pourazowego (PTSD) to na pewno powody uprawniające do proponowania leczenia. Mimo częstego związku z żałobą nie należą do jej składowych części. Ona jest naszym żalem po stracie. I w tym względzie  nie można jej nadać ram czasowych.
Nie umniejszajcie więc naszej stracie, mówiąc, że już pora żyć „normalnie”. Nikt z nas nie wie, kiedy jest ta pora i nawet, czy ona kiedyś przyjdzie. Dajcie nam czas, byśmy sami mogli poczuć zachodzące w nas zmiany i gotowość do tego, by przełożyć je na zmiany, które z zewnątrz zobaczycie w naszym życiu. Nie traumatyzujcie nas wtórnie, sugerując, ze coś z nami jest nie tak, jeśli nie poradziliśmy sobie w takim okresie i tak modelowo, jak inne podobne (czy raczej niepodobne, bo związane z innym rodzajem straty) przypadki. Jeśli chcecie nas zachęcić do podjęcia nowej aktywności lub zmiany starej, to spróbujcie nam w tym towarzyszyć. Czasem po prostu trudno znaleźć siły, by coś samemu zapoczątkować. Z naszego punktu widzenia, życie jakie teraz prowadzimy, to normalność po stracie.

Już trzeci rok z kolei na studiach psychologicznych mam okazję słuchać tego, co najrozmaitsi psychologowie wymyślili na temat żałoby. I uznałam, że wreszcie nadszedł czas, by zabrać głos w tej sprawie. „Patologiczna żałoba”  – jak można w ogóle posługiwać się takim pojęciem (równolegle do "przedłużona żałoba")? Czy nie jest czasami tak, że względu na negatywną ocenę społeczną, niektórzy ludzie nie mogą skończyć procesu, który jest naturalny po śmierci bliskiej osoby, za wszelką cenę starając się żyć jak inni - ci bez straty? A przecież jego przerwanie to zwiększenie prawdopodobieństwa wystąpienia najróżniejszych zaburzeń w dalszym życiu.
Wykreślmy określenie „patologiczna żałoba” ze słownika pojęć psychologicznych. Jeśli ktoś sobie nie radzi z funkcjonowaniem po śmierci osoby najbliższej, to zwyczajnie po ludzku się o niego zatroszczmy. Spróbujmy mu najpierw dać wsparcie w postaci ciepła i opieki, zanim dołożymy mu „pomocną” psychologiczną teorią i etykietą patologii. Wesprzyjmy jego nadwątlone siły w tym okresie lub ich brak, naszymi.

W przypadku dużej dezorganizacji, która nie zmniejsza się z czasem, oczywiście można spróbować zastosowania technik interwencji kryzysowej, gdyż jest możliwość, że to już chroniczny kryzys. Postarajmy się wtedy przede wszystkim zorientować, czy osoba w długiej żałobie ma jakieś źródła wsparcia i ewentualnie, czy można je protezować instytucjonalnie lub poprzez włączenie w działające w środowisku grupy społeczne. Ważnym celem interwenta na tym etapie może być także diagnoza w kierunku zaburzeń okołożałobowych, zwłaszcza zwrócenie uwagi na to, czy stan diagnozowanej osoby nie jest związany z depresją, która, jak się wydaje, bardzo często rozwija się po ciężko przeżywanej utracie. Ale jeśli ktoś nie życzy sobie interwencji, to po prostu przy nim trwajmy. Obecność z uważnością na uczucia i potrzeby osoby pogrążonej w żałobie wydaje się być największym darem, jaki można jej dać. Zdaję sobie sprawę, ile w takiej sytuacji trzeba wysiłku i cierpliwości. Ale do tego nie trzeba przecież być psychologiem.

Za rok słuchacze mojej grupy na SWPS – ie zdobędą uprawnienia do pracy psychologicznej. Chciałabym, by pracując z takimi osobami jak ja, nie popełnili błędów, które zaowocują zerwaniem kontaktu z klientem, gdy w dobrej wierze oprą się na funkcjonujących w psychologii teoriach. Dlatego jako studentka tego kierunku zabieram głos w tematach dotyczących żałoby, choć normalnie nie mam takiej potrzeby, by akcentować swą obecność w grupie i dzielić się z nią każdą swoją myślą. I dlatego też  na ostatnich w tym semestrze zajęciach z Interwencji kryzysowej wyraziłam swój sprzeciw wobec założeń teorii wzrostu potraumatycznego.
Według niej „Doświadczenie traumatycznych wydarzeń, oprócz negatywnych konsekwencji, może wiązać się również z występowaniem pozytywnych następstw” ( N. Ogińska – Bulik, 2017).
W tym samym artykule w następnym zdaniu można przeczytać, że potraumatyczny wzrost (PTG) „odnosi się do występowania pozytywnych zmian w zakresie percepcji siebie, relacji z innymi i zmian w filozofii i życiowej.” http://www.czasopismopsychologiczne.pl/files/articles/2017-23-radzenie-sobie-ze-strat-dziecka-a-wystpowanie-pozytywnych-zmian-potraumatycznych.pdf
Celowo przywołuję tutaj tekst Niny Ogińskiej – Bulik, gdyż prowadziła ona badania wśród osób, które mierzą się z taką traumą, jak strata dziecka. Jest to chyba jedno z nielicznych takich przedsięwzięć, gdyż, jak się wydaje, trudności z nim związane mogą pojawić się już na etapie wyłonienia i skłonienia do współpracy tego typu grupy badawczej.
Wyniki badań były dla mnie zaskakujące:  „Wszystkie badane osoby przyznały, że doświadczyły pozytywnych zmian w związku z zaistniałą sytuacją, ale w różnym stopniu”. Czy więc tylko ja jestem takim odmieńcem, który nie znajduje żadnych pozytywnych następstw śmierci dziecka? I czy w wyniku tego stwierdzenia spotkam się z oceną dotyczącą braku odpowiednich zasobów?


Owszem, zmieniam się, może i czasem są to zmiany na lepsze, ale czy mają one swoje źródło w traumie, którą przeżyłam? Nie sądzę. Każdy człowiek z upływem czasu dojrzewa, o ile nic nie zakłóca jego rozwoju. Nie potrzeba do tego żadnej traumy, wprost przeciwnie, ona może ten proces hamować. A w każdej dojrzałości na pewno można doszukać się pozytywów. Te cztery lata po śmierci Bartka nie były przecież pozbawione doświadczeń, które mnie kształtowały. Kto może wiedzieć, jak wyglądałby mój rozwój, gdybym nie przeżyła traumy?


Poza tym wydaje mi się, że analizując zjawisko wzrostu potraumatycznego należy porównywać swój stan obecny do tego sprzed wystąpienia zdarzenia krytycznego. Jakie więc na tym tle pozytywne następstwa śmierci swojego dziecka mogę zauważyć? Żadnych! Ponad cztery lata temu widziałam siebie jako osobę z perspektywami na przyszłość i patrzyłam w nią optymistycznie, byłam otoczona rodziną i przyjaciółmi, co zawsze stanowiło dla mnie źródło radości i szczęścia. Zmian, jakie od tego czasu zaszły, nie nazwałabym pozytywnymi w żadnym z zakresów, wymienionych w artykule N. Ogińskiej - Bulik. Teoria wzrostu potraumatycznego w mojej sytuacji zdaje mi się takim szukaniem pozytywów na siłę.



Poza tym widzę tutaj pewne niebezpieczeństwo, które ujawniło się na zajęciach przetransponowaniem teoretycznych założeń na potoczne, znajomo brzmiące powiedzonko: „Nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło”. I to budzi mój największy sprzeciw. Otóż nie! Są sytuacje, które nijak na dobre nie wyjdą. Śmierć dziecka jest na pewno jedną z nich. Oczywiście dopuszczam tutaj przypuszczenie, że w jakimś innym rodzaju traumy wzrost potraumatyczny może następować, nie przeżyłam czegoś takiego, więc nie wiem. Ale drodzy psycholodzy, nie spodziewajcie się go w życiu „osieroconych” rodziców (choć może jakieś wyjątki rzeczywiście gdzieś są). To w ich imieniu zwracam się dzisiaj do Was. Z własnej czteroletniej perspektywy po zdarzeniu traumatycznym. Choć nie wykluczam, że za jakiś czas ona się może zmienić...
Myślę, że w psychologii zakorzeniło się sporo schematów myślenia dotyczących żałoby. I że nie trzeba się zgadzać na wtłoczenie w którykolwiek z nich. Na szczęście pojawiają się nieśmiało nowe trendy. „Odchodzi się też od rozumienia, że zakończeniem procesu żałoby jest pozwolenie osobie zmarłej na odejście z życia, ale przeciwne koniecznym staje się zbudowanie ponownej relacji z osobą zmarłą, która może nam służyć ukojeniem w trudnych momentach życia”, jak pisze w swym artykule „Współczesne rozumienie żałoby” Justyna Koniczuk - Kleja - psycholog kliniczny, certyfikowany psychoonkolog, psychoterapeuta  (internet, Wydarzenia - rozumienie żałobyżałoba - Luty 8, 2018)

Trzeba zacząć o tym mówić, choćby po to, by dać psychologom szerszy pogląd na sprawę, niż to jest w dotychczasowej literaturze przedmiotu oraz szansę na adekwatną reakcję w kontakcie z osobą, będącą w trudnym i długim! procesie po utracie kogoś szczególnie bliskiego. Wydaje mi się, że jak się zdejmie z takiego człowieka choćby presję czasu, groźbę „patologicznej” żałoby, ocenę odmawiającą zasobów i wymaganie wzrostu w wyniku traumy, to już to będzie wielkim odbarczeniem.

Nie napisałam tu niczego odkrywczego, same oczywistości, które warto sobie po prostu czasem przypomnieć. 
Jako psychologowie nie uzyskamy nigdy pełnego wglądu w stan psychiczny osób po traumie, która często jest związana z utratą dziecka. Nie stawiajmy się więc w roli omnipotentnego eksperta od życia innych ludzi, słuchajmy ich ze zrozumieniem, by, ucząc się od nich,  rozwijać siebie. Tylko wtedy będziemy takimi psychologami, jakich każdy staumatyzowany klient w żałobie i osierocony rodzic życzyłby sobie spotkać na swojej drodze.

P.s. W tym miejscu dziękuję wszystkim, którzy przy mnie wytrwali przez ostatnie cztery lata. Trudno mi je sobie wyobrazić bez Waszej Obecności...
🍀
*Zdjęcia w Krakowie na Zakrzówku zrobiła Wiki

























Brak komentarzy:

Prześlij komentarz