sobota, 15 lutego 2020

LIBAN - ONE NIGHT IN BEIRUT

Libański cedr

Zdaje mi się, że żadna z naszych podróży nie była tak pełna przygód, jak ta do Libanu. Ciekawie zrobiło się już na etapie przełamywania stereotypów, dotyczących tego kraju. Zanim zaczęliśmy mu się bliżej przyglądać, znaliśmy go jedynie z biblijnych cytatów, świadczących o jego pięknie i wyjątkowym majestacie oraz z medialnych obrazów “krajobrazu po bitwie” z okresu trwających tam działań wojennych, które, choć dawno już skończone w rzeczywistości, długo jeszcze nie mogły zniknąć z naszej świadomości.

Libańskie koty

Trwało tak u nas do czasu, gdy mąż zobaczył, zaledwie w migawkach, nowe oblicze Bejrutu, podczas odtwarzania nagrania z akcji flash mob w tym mieście. Mnie też zachwyciło wykonanie pięknej pieśni wielkanocnej "Jesus is risen" w bejruckiej galerii handlowej w kwietniu 2015 roku.

https://www.youtube.com/watch?v=ZvgWscw5Gbs 



Zamiast wojny, zniszczeń i kolejnych zagrożeń, ujrzeliśmy wtedy spokojnych, uśmiechniętych ludzi w gustownych, nowoczesnych, wnętrzach, którzy nie odbiegali niczym od tych napotykanych w innych, znanych nam stolicach. Wygląd, zachowanie, czy też potrzeby gastronomiczno - kulturalne:) nie odróżniały ich od reszty świata, uznanego za cywilizowany.
Trzeba było więc zbudować obraz Bejrutu na nowo, by zaczął przystawać do teraźniejszości. Aktualne zdjęcia tego miasta wprost nas oszołomiły. Nie potrzebowaliśmy specjalnie długiego czasu, by dojść do wniosku, że to trzeba po prostu zobaczyć.



Toteż gdy mąż przypadkiem natknął się na propozycję przelotu z Cypru do Libanu w korzystnej cenie, nie wahaliśmy się ani chwili. Zresztą nie tylko z powodu libańskiej stolicy, ale także ze względu na postać Świętego Charbela, który ostatnio stał się jednym z największych autorytetów dla mojego męża a także sporej części chrześcijańskiego świata.


Trochę trwało, zanim poskładaliśmy tę podróż do kupy w taki sposób, by nas nie wykończyła fizycznie i finansowo. Ostatecznie opracowany plan przedstawiał się następująco:

1. Pafos - trzy noce,
2. Liban północny - trzy noce,
3. Bejrut - cztery noce,
4. Pafos - jedna noc,
5. Larnaca - 3 noce


O ile pierwszy punkt programu rozpracowałam błyskawicznie, dzięki czemu spędziliśmy piękne dni w Pafos, o tyle pobyt w Libanie nastręczył nam wielu dylematów i trudności już na etapie podejmowania decyzji i organizacji. Choć zwykle sprawy logistyczne nie są dla nas zbyt wielkim wyzwaniem, to w tym przypadku jakoś dziwnie ciężko było nam sobie poradzić chociażby z rezerwacją noclegów.

W internecie znaleźliśmy całe mnóstwo pięknych hoteli (celowaliśmy w 4 gwiazdki, żeby nie było niespodzianek z różnicami między europejskimi a bliskowschodnimi standardami), gdzie na zmianę zakładałam i odwoływałam rezerwację, jakbym miała nie do końca po kolei ze zrównoważeniem tych operacji umysłowych, które odpowiadają za decyzyjność i myślenie logiczne.

Usprawiedliwia mnie może jednak fakt, że przy bliższym przeanalizowaniu sytuacji zawsze było coś nie tak z tymi wspaniałymi obiektami na fotkach. Albo solidnie płatny parking (w Libanie chcieliśmy korzystać z wypożyczonego auta), albo brak internetu w pokojach (ewentualnie limitowany transfer), a to znów fatalne opinie klientów (np. prztaczam tu cytaty o hmm, jednym takim miejscu z czterema gwiazdkami, wybranym przez nas na wstępie: “ hotel dla prostytucji”, “hotel nie nadaje się do użytku przez ludzi”, “wakacje w piekle”, “ten hotel powinien znajdować się w the 10 Top worst hotels in the world” itp.). Do tego niestabilność cenowa (jak już się na coś napaliłam, to np. okazywało się, że ceny właśnie wzrosły omal dwukrotnie), albo też, jak to zdarzyło się w jednym z przypadków - obiekt przysłał informację o naliczaniu opłaty za darmowy transfer z lotniska (braliśmy pod uwagę i taką opcję), ponieważ zarezerwowałam noclegi przez innego pośrednika niż Booking.com.


W końcu stanęło na tym, że w Bejrucie skorzystamy ze Special Offer hotelu Orient Prince, który do bezpłatnego śniadania dodawał bezpłatny zdrowy lunch:).
Trzy pozostałe noce (na początku tygodniowego pobytu) zdecydowaliśmy się spędzić w hotelu Al Murjan Palace w Jounieh, ponieważ stamtąd miało być bliżej do odwiedzenia kilku miejsc kultu religijnego w libańskich górach. Właściwie wybór tego drugiego obiektu przeforsował mój mąż (można było znaleźć w okolicy tańsze o podobnym standardzie). Decydującym argumentem były tu jednak opinie dotyczące śniadania (np. “absolutely amazing breakfast” napisał Sergio z Hiszpanii:). Rzeczywiście zdjęcia dań i bufetu na stronie pośrednika były imponujące. 





No cóż, dopiero jakby później doszliśmy do wniosku, że hotelowe posiłki nie powinny być priorytetem wyboru miejsca do spania. Przed wyjazdem byliśmy chyba jednak zbyt napaleni na cieszące się wielką renomą libańskie jedzenie, by o tym pomyśleć.









I właśnie wtedy, gdy już odetchnęliśmy z ulgą, że etap rezerwacji mamy wreszcie za sobą, w Libanie rozpoczęły się protesty antyrządowe. Mimo że w prezentowanych w telewizji relacjach jakoś bardzo groźnie nie wyglądały, to jednak musieliśmy zapoznać się z treścią ostrzeżenia wydanego przez polskie MSZ, które wprowadziło nuty napięcia w nasze radosne jak dotąd oczekiwanie. Nawet pobyt na Cyprze nie zdołał ich całkowicie wyeliminować.


*

Krótki lot z Pafos był jak wynagrodzenie trudów i stresu, których doświadczyliśmy na cypryjskim lotnisku, gdzie pośpiech, konieczność kontroli antynarkotykowej, nieustanne wypytywanie o to, czy przebywaliśmy wcześniej w Izraelu przez niezliczoną ilość osób w połączeniu ze słabą formą męża dało nam solidnie w kość. Czuliśmy się po tym wszystkim tak zmęczeni, jakbyśmy musieli fizycznie przebijać się przez tę granicę...


Ale morze świateł, które zobaczyliśmy z góry przed lądowaniem pozwoliło uwierzyć, że było warto.
🌟🌟🌟🌟🌟🌟🌟🌠
                                      🌠
 Na lotnisku w Bejrucie odebraliśmy zamówioną Kię Picanto (tym razem rezerwacja była zrobiona w prestiżowej, jak nam się wydawało, wypożyczalni Budget, żeby żadnych przykrych niespodzianek i w temacie transportu nie było). I choć mąż sygnalizował, że podstawione dla nas auto jakoś słabo pali i że ma wyjeżdżone omal ćwierć baku mimo wyboru przez nas opcji full to full, to na wszystkie te uwagi słyszeliśmy za każdym razem tę sama odpowiedź: “ok, ok”. Do tego wszystkiego samochód był stary, zajeżdżony, poobijany - podobno wszelkie usterki były zaznaczone na schemacie auta, niestety tak mikroskopijnym, że nawet sokole oko nic by tam nie dostrzegło. Ale to też oczywiście było “ok, ok”. Po raz pierwszy mieliśmy kontakt z Budgetem, no cóż, nie tak sobie wyobrażałam współpracę z  prestiżową wypożyczalnią. Jednego jej nie można odmówić - proces wypożyczenia przebiegł w błyskawicznym tempie  - pan z obsługi czym prędzej wcisnął nam do ręki kluczyki, papiery i już go nie było...

Mieliśmy do przejechania całą libańską stolicę w drodze do pierwszego hotelu. I tak, późną listopadową nocą wjechaliśmy w Bejrut...
“Miasto o tej porze oszałamia - wszystko świeci, miga, mieni się kolorami” - napiszę potem do dzieci.


Prowadzenie samochodu nie jest proste, z podziwem patrzę na męża, który musi sobie nagle radzić ze światem, w którym ewidentnie panuje prawo dżungli. Tu trzeba się nauczyć zasad funkcjonowania ruchu drogowego na nowo, a przynajmniej tej jednej - że nie ma zasad, jeśli ich teoretycznie być nie musi. Kiedy się da, to można zasuwać na czerwonym świetle, zajeżdżanie drogi i wymuszanie pierwszeństwa to normalka, a wymalowane na drodze pasy istnieją chyba tylko w świadomości naiwniaków. Do tego wszechobecne klaksony, wzajemne oślepianie światłami i oznakowania po arabsku lub ich brak, dopełniają obrazu sytuacji.
Lecz w tym wszystkim są też ludzie, z których każdy chce pomóc, gdy się do niego z tym zwrócisz - to dzięki nim udaje nam się trafić na właściwą drogę do Jounieh.



I już miało być tak prosto, gdy nagle się pokomplikowało. No cóż, one night in Beirut... Jak potem napiszę do Ani: “spotkało nas tam wiele przygód i wiele życzliwości od ludzi”. I nie wiem nawet, w którym momencie zaczęło nam towarzyszyć przekonanie, że nie zginiemy przy nich podczas tej podróży.
Na drodze do Jounieh wrzucamy więc na luz. I zaczynamy cieszyć się tą bejrucką nocą i obecnością mieszkańców, którzy nie dają nam zgubić się w swoim wielkim mieście. Uśmiechamy się do innych kierowców, słuchamy dobiegającej z ich samochodów muzyki, nawet coraz bardziej gęstniejący wokół nas korek nie psuje nam humorów. W końcu poruszamy się tempem powolnego piechura, ale i to nas nie zraża. Niektórzy pasażerowie wychodzą z aut, maszerują wzdłuż drogi, zaczynają machać flagami. A my cieszymy się widząc naród, w którym tak niewiele jest sztywności, a za to mnóstwo patriotyzmu. Atmosfera szybko nam się udziela. Klaksony pracują z takim zapałem, że nawet mój mąż się włącza w tę kakofoniczną improwizację.
Aż wreszcie dojeżdżamy do miejsca, gdzie wszyscy zostawiają swoje auta na środku drogi. Wychodzą z nich ze sztandarami. Idą w kierunku, gdzie stoi... wojsko. I dopiero wówczas dociera do nas z całą mocą, że oto jesteśmy w samym centrum wydarzeń, których MSZ na swojej stronie nakazało bezwzględnie unikać.
Stoimy pod barykadą. One night in Beirut...



Rankiem piszę zaniepokojonej Ani o naszych nocnych przeżyciach. Tylko w skrócie, żeby nie wyczytała z moich słów grozy, która się pod nimi kilka godzin wcześniej czaiła: “Wjechaliśmy ciemną nocą w Bejrucie w sam środek libańskich demonstracji (...), mieliśmy zamkniętą drogę na północ kraju, gdzie jest nasz hotel. Wyprowadził nas jakiś życzliwy kierowca, za którym pojechaliśmy drogami pod prąd (np. z wjazdu na autostradę zrobił nam zjazd), nie działała nam mapa offline i gdyby nie uczynność mieszkańców tego kraju, to nigdy byśmy nie trafili na nasz nocleg.”




Aha, no i jeszcze wymowa libańskich nazw, zarówno miejscowości, jak i poszukiwanego hotelu w taki sposób, jak je zapisano na stronie Booking.com, okazała się jedną z głównych przeszkód podczas poszukiwań miejsca docelowego. Ale i wymawiać, tak jak trzeba, nauczyli nas napotkani po drodze Libańczycy. To tylko dzięki nim nasza “one night in Beirut” zakończyła się szczęśliwie.



Po pełnej wrażeń podróży lądujemy więc wreszcie w zarezerwowanym pokoju w Al Murjan Palace. Podczas kwaterunku recepcjonista wyjaśnia, że w hotelu jest pusto, bo protesty, zamknięte drogi, turyści nie przybywają. No tak, rozumiemy...
- W związku z tym na śniadanie nie robimy bufetu - kończy z uśmiechem. I tak właśnie zamyka się sprawa oczekiwania na “absolutely amazing breakfast”:)


No cóż, po raz kolejny trzeba sobie powiedzieć, że nie samym chlebem człowiek żyje. Co tam śniadanie... W zamian za to los właśnie podarował nam początek czegoś naprawdę “absolutely amazing”. Oto właśnie rozpoczęła się nasza wielka miłosna przygoda z Libanem.

* Zdjęcia bez podpisu z pierwszej części relacji (do gwiazd) pochodzą jeszcze z Cypru

P.s. Następny wpis o Libanie: https://podobrejdrodze.blogspot.com/2020/02/liban-w-hodzie-dla-charbela-wkrotce.html

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz